Co dalej po TSUE?

Trudno rozpocząć wpisy na blogu od innego tematu niż wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w odpowiedzi na pytania prejudycjalne polskiego Sądu Najwyższego w sprawie obecnych reform wymiaru sprawiedliwości.

Kwestia skutków tego wyroku stała się przedmiotem istotnych rozbieżności interpretacyjnych. Ze stanowiska rządowego wynika, że nie ma w istocie żadnych skutków, wobec czego żadne zmiany legislacyjne nie są potrzebne. Z kolei przedstawiciele środowiska sędziowskiego doszukują się w tym wyroku podstaw do podważenia podstawowych zmian wprowadzonych w roku ubiegłym, w tym likwidacji KRS i nowych izb SN, a nawet podważenia nominacji sędziowskich z ostatnich dwóch lat. Czyli tak, jakby zasada nieusuwalności sędziów wynikająca z art.180 Konstytucji nagle przestała obowiązywać.

 Jakie mogą być zatem skutki wyroku TSUE? Oczywiście zależy to od treści ostatecznego rozstrzygnięcia SN. Przede wszystkim Sąd Najwyższy będzie orzekał w zakresie spraw, w których zadał pytania prejudycjalne. A sprawy te dotyczyły roszczeń pracowniczych sędziów SN w wieku ponad 65 lat, którzy w roku 2018 byli zagrożeni przeniesieniem w stan spoczynku. Obecnie to zagrożenie minęło, wszyscy sędziowie, którzy chcieli, zostali rok temu przywróceni do służby, więc obecnie sprawy te dotyczą zagadnień nieaktualnych. I właściwie tylko do tych zagadnień może się odnieść SN, decydując o tym, czy te sprawy pracownicze sędziów ma rozpoznać zgodnie z ustawą Izba Dyscyplinarna, czy też można ją pominąć i orzec w tych sprawach w Izbie Pracy. Choć rzecz jasna w uzasadnieniu mogą pojawić się elementy o znacznie szerszym znaczeniu.

W wyroku TSUE nie ma zakwestionowania polskiego systemu nominacji sędziowskich. Sąd Najwyższy, w oparciu o wyrok TSUE nie może orzec generalnie, jaki jest status sędziów Izby Dyscyplinarnej, a tym bardziej – „nowych” sędziów sądów powszechnych. TSUE uznał jedynie, że sąd każdorazowo, w konkretnej sprawie, może zbadać, czy skład sądu, który rozpoznał sprawę spełniał definicję sądu w rozumieniu przepisów traktatu i określił, jakie przesłanki trzeba brać w tym względzie pod uwagę. SN nie może generalnie orzec, że składy z udziałem jakichś sędziów nie stanowią sądu w rozumieniu prawa UE. Zawsze musi to być ocena w realiach danej sprawy, czy dany skład sądu spełniał definicję sądu w rozumieniu traktatowym.

Całkowicie czymś innym jest kwestia, czy ktoś jest sędzią, a zagadnienie czy skład z jego udziałem jest sądem w rozumieniu prawa UE. Nie ma znaku równości między tezą, że jakiś sąd nie jest sądem w rozumieniu UE, a przesłankami do ewentualnego wyłączenia sędziego czy wznowienia postępowania. TSUE nie orzekł, że jakiś przepis polskiego prawa jest niezgodny z prawem unijnym i tym samym nie obowiązuje, a jedynie upoważnił sądy do dokonywania oceny okoliczności faktycznych. Możliwość wznowienia postępowania w oparciu o ta przesłankę jest więc wątpliwa, gdyż odnosi się do oceny faktów, a nie prawa.

Nadto TSUE wyraźnie odróżnił sytuację sędziów Izby Dyscyplinarnej od sytuacji innych sędziów. W związku z tym orzeczenie w sprawie ID może nie mieć żadnego przełożenia na sędziów sądów powszechnych, czy nawet sędziów Izby Kontroli Nadzwyczajnej. Zarzuty dotyczące powołania sędziów ID SN są znacznie szersze, niż sam fakt powołania przez obecny skład KRS. Dotyczą także zlekceważenia postanowienia NSA o zabezpieczeniu przez wstrzymanie procedury, kwestii braku skutecznego odwołania od decyzji KRS czy pospiesznego trybu wyboru. W przypadku sędziów sądów powszechnych dość trudno będzie wywodzić, że sam fakt wątpliwości, co do trybu wyboru KRS może w jakikolwiek sposób wpływać na niezawisłość tych kilkuset sędziów, którzy mieli nieszczęście przejść procedurę nominacyjną w nowym systemie.

W dodatku te rozważania dotyczą jedynie tzw. spraw z elementem unijnym, a nie wszystkich spraw rozpoznawanych przez sądy. Nie jest niestety jasne, co należy przez to rozumieć. W sensie ścisłym spraw, w których stosuje się prawo unijne jest stosunkowo niewiele, zatem wyrok TSUE miałby nieduży zasięg. Są jednak opinie, że kwestie praworządności, czy prawa do niezależnego sądu zawsze mają związek z prawem europejskim. To oczywiście znacznie rozszerza potencjalne możliwości działania, choć może budzić wątpliwości.

Wyrok SN, jaki by nie był, nie tworzy nowego prawa. Sąd powszechny, rozpoznający sprawę,  nie jest związany uchwałami Sądu Najwyższego, nawet o mocy zasady prawnej, jeżeli nie zostały wydane w tej samej sprawie. Ale z drugiej strony – może je zastosować przy rozpoznawaniu poszczególnych spraw. Możliwe więc, że przyszłe orzeczenie SN będzie miało znacznie szerszy zasięg oddziaływania, niż wynika z zakresu rozpoznawanych spraw. Można spodziewać się znacznych rozbieżności orzecznictwa, w zależności od regionu kraju, sądu czy wręcz poszczególnych składów orzekających. I jest to zagrożenie realne.

W sumie zatem wyrok TSUE niczego tak naprawdę nie wyjaśnia. Owszem, daje pewne wskazówki, co do definicji niezależnego sądu, ale trzeba je będzie każdorazowo sprawdzać w poszczególnych sprawach, w dodatku z podanymi wyżej ograniczeniami. Nie należy spodziewać się orzeczenia, które w sposób generalny oceni nowe nominacje i wpłynie na dalszą działalność KRS. Ruch w zakresie ewentualnych zmian i tak jest po stronie ustawodawcy.

O fałszowaniu wyborów

Był 26 listopada 2014 r. Na mównicę sejmową wszedł prezes ówcześnie największej partii opozycyjnej – Jarosław Kaczyński. W toku polemiki z posłami partii podówczas rządzącej padły słowa: „Z tej najważniejszej w Polsce trybuny muszą paść słowa prawdy: te wybory zostały sfałszowane”. I to była zapowiedź rewolucji w prawie wyborczym.

Skąd tak radykalna teza? Kilka dni wcześniej, 16 listopada 2014 r. odbyła się pierwsza tura wyborów samorządowych, która wzbudziła chyba największe emocje społeczne w historii III RP. Początkowo nic nie zapowiadało katastrofy. Owszem, testy systemu informatycznego wypadły negatywnie, ale twórcy systemu zapewniali, że błędy zostały wyeliminowane, a system komputerowy zadziała.

Nie zadziałał. Komisje obwodowe policzyły głosy, sporządziły protokoły w wersji i zaczęły je wprowadzać do systemu. I wtedy nastąpiła katastrofa. System padł i już się nie podniósł. Co gorsza, Państwowa Komisja Wyborcza najwyraźniej nie miała planu „B”. W rezultacie bezskutecznie czekano na naprawienie systemu informatycznego, a komisje niższego szczebla czekały na możliwość wydrukowania swoich protokołów. Dni mijały i nic. Nie podjęto w porę decyzji o przejściu na ręczny sposób sporządzania protokołów. Podkreślę – sporządzania protokołów, bo wyniki w komisjach obwodowych były gotowe już w poniedziałek. Był tylko problem z ich przekazaniem na wyższe szczeble.

W tych okolicznościach napięcie społeczne rosło. Pod siedzibą PKW pojawili się demonstranci, którzy ostatecznie wtargnęli do wnętrza i zaczęli okupację, co wstrzymało wszelkie prace i jeszcze powiększyło chaos. W rezultacie, gdy w końcu zapadła decyzja o ręcznym sporządzaniu protokołów, narosło tyle zarzutów i wątpliwości, że skutkowało to dymisją prawie całego składu PKW oraz cytowaną na wstępie tezą o sfałszowaniu wyborów.

Cóż się jednak tak naprawdę stało w roku 2014? Doszło do zbiegu kilku niefortunnych okoliczności. Pierwszą była opisana wyżej awaria systemu informatycznego, który zostal zakupiony zbyt późno, od zbyt niedoświadczonego producenta i najwyraźniej jednak zbyt tanio, by dawał gwarancję bezawaryjnego działania. Drugą – brak szybkiej właściwej reakcji i wdrożenia alternatywnego planu ręcznego sporządzania protokołów. Trzecią kwestią było niezbyt fortunne sporządzenie kart do głosowania na radnych sejmików wojewódzkich w formie broszury. Wyborcy często nie bardzo wiedzieli jak oddać głos na kartę w kształcie małej książeczki, traktując poszczególne jej strony jako odrębne karty do głosowania. W rezultacie stawiali znak „x” na każdej stronie broszury (lub na kilku stronach), zamiast tylko na jednej z nich. Skutek – rekordowa liczba głosów nieważnych, co wzbudzało w politykach i publicystach dodatkowe podejrzenia. Było to pewne zniekształcenie wyniku wyborów, ale przecież nie ich celowe fałszowanie.

Mimo to mit sfałszowanych wyborów samorządowych był nadal żywy w partii obecnie rządzącej. Stąd szybko podjęte prace nad nowelizacją kodeksu wyborczego. Zmiany były szerokie, aczkolwiek niestety wiele z nich bynajmniej nie przyczyniło się do usprawnienia procesu wyborczego.
Przede wszystkim zerwano z tradycją, że wybory przeprowadza w całości jedna komisja obwodowa. Tradycją, która obowiązywała prawie sto lat, od wyborów sejmowych ze stycznia roku 1919. Tym razem wybory przeprowadzały dwie komisje – jedna do spraw przeprowadzenia głosowania, zwana „dzienną”, a druga – do spraw ustalania wyników, zwana „nocną”.

Teoretycznie powołanie dwóch komisji miało uniemożliwić ewentualne fałszerstwa wyborcze. W praktyce zakończyło się to katastrofą. Po pierwsze, liczenie głosów trwało znacznie dłużej, gdyż zanim komisje przekazały sobie karty do głosowania i wszystkie dokumenty, mijało kilka godzin. Po drugie, dochodziło do pomyłek przy pieczętowaniu kart pieczęcią nie tej komisji co trzeba, co skutkowało nawet nieważnością kart do głosowania. Co jednak najważniejsze, dochodziło do rekordowo licznych błędów przy przeliczaniu przekazywanych kart, przez co w końcowych protokołach głosowania wprost roiło się od ostrzeżeń. Wszystko to spowodowało, że szybko zrezygnowano z pomysłu podwójnych komisji i w kolejnych wyborach szczęśliwie powrócono do koncepcji jednej komisji obwodowej.

Drugą istotną rewolucją było stworzenie w gminach korpusu urzędników wyborczych, którzy przejęli czynności do tej pory przypisane urzędom gmin. W założeniu miało to odseparować samorządy od procesu wyborczego. Pomysł ten okazał się średnio udany, zwłaszcza, że część z tych urzędników było zupełnymi nowicjuszami w dziedzinie wyborczej.

Dodatkowo ustawa wyjątkowo niejasno określała podział kompetencji pomiędzy urzędnika wyborczego a gminę, co powodowało liczne spory kompetencyjne. Poza tym izolacja gmin od wyborów okazała się mocno iluzoryczna, bo i tak wszelkie czynności z zakresu obsługi technicznej wyborów pozostały przy gminach. Szczęśliwie większość problemów z tym związanych udało się z czasem przezwyciężyć. Urzędnicy wyborczy nabrali doświadczenia i udało im się wypracować na ogół dobre zasady współpracy z gminami.

Trzecim istotnym elementem było powołanie nowych komisarzy wyborczych, zresztą nie wiedzieć czemu, w podwojonej liczbie. Istotnym novum był fakt, że połowa komisarzy wyborczych nie była – wbrew dotychczasowej tradycji – sędziami. Co prawda udział sędziów w procesie wyborczym nie jest niezbędny, a wręcz można powiedzieć, że jest ewenementem na skalę europejską, tym niemniej fakt, że wśród komisarzy wyborczych znalazła się grupa sędziów wydaje się być pozytywem. Oczywiście komisarze wyborczy nie mają bezpośredniego wpływu na proces wyborczy, a jedynie go organizują i nadzorują. Dodatkowo uczestniczą w pracach komisji okręgowych, które jednak wpływu na wynik nie mają.

W tej sytuacji nie było zaskoczeniem, że opozycyjni politycy i media zaczęli napomykać o możliwości sfałszowania wyborów. Tym razem w przeciwnym kierunku. Głosy te szybko jednak ucichły wobec wyniku wyborów samorządowych, który – mimo wygranej w sejmikach wojewódzkich – nie okazał się wcale miażdżącym sukcesem partii rządzącej i każda ze stron była względnie zadowolona. W przypadku wyborów do Parlamentu Europejskiego głosów o wyborczych fałszerstwach już praktycznie nie było. Być może dlatego, że dla polskiej polityki mają one jednak stosunkowo najmniejsze znaczenie.

Podejrzenia wyborczych fałszerstw odżyły jednak przed obecnymi wyborami parlamentarnymi. Hasło „nieważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy” znów zyskało na popularności. Co zaskakujące, glosy o możliwym fałszowaniu wyborów pojawiły się ze strony… polityków PiS. Jest to o tyle dziwne, że przecież nowy system wyborczy był stworzony przez tychże polityków właśnie po to, by uniemożliwić – pod względem organizacyjnym i personalnym – jakiekolwiek fałszerstwa. O ile zarzuty opozycji, że partia rządząca fałszuje wybory byłyby przynajmniej w miarę logiczne (co nie znaczy, że słuszne), o tyle zarzuty partii rządzącej, że po zmianie systemu wyborczego wybory fałszuje opozycja w granicach logiki mieszczą się z trudem.

W każdym razie historia zatoczyła koło i znów politycy Prawa i Sprawiedliwości, mimo wprowadzonych zmian ustawowych, kwestionują wynik wyborczy. Nie wnikając w szczegóły poszczególnych protestów wyborczych i zostawiając ich ocenę Sądowi Najwyższemu zauważyć jedynie należy, że podawany w mediach główny argument protestów nieco zaskakuje. Mianowicie ich autorzy przyjęli najwyraźniej założenie, że należy złożyć protest w każdej sytuacji, gdy liczba głosów nieważnych jest wyższa od różnicy głosów, którą przegrali kandydaci ich komitetu. Innymi słowy – uwżają, że wszystkie głosy uznane za nieważne powinny być zaliczone na kandydatów ich komitetu wyborczego…

Warto jednak rozważyć, czy twierdzenia o możliwości fałszowania wyborów mogą mieć – choćby teoretycznie – w ogóle jakieś oparcie w stanie faktycznym. W mojej ocenie na tak postawione pytanie trzeba stanowczo udzielić odpowiedzi przeczącej. System wyborczy jest tak skonstruowany, że w praktyce uniemożliwia fałszerstwa na skalę, która mogłaby mieć wpływ na wynik wyborów parlamentarnych. I chyba każda osoba, która w praktyce zetknęła się z systemem wyborczym może potwierdzić, że tezy o możliwości fałszowania wyborów można włożyć między bajki. Niezależnie od tego, przez kogo są głoszone.

Najważniejszym etapem liczenia głosów są działania komisji obwodowych. Tutaj teoretycznie może dochodzić – i nieraz dochodzi – do pomyłek. Teoretycznie można też wyobrazić sobie, że jakaś część kart może został sfałszowana, na przykład przez dostawienie dodatkowego znaku „x”, co powoduje nieważność głosu. Znacznie trudniej uwierzyć w opowieści o długopisach ze znikającym tuszem, które zresztą łatwo wyeliminować przynosząc własny długopis.

W praktyce jednak fałszerstwo na najniższym szczeblu jest bardzo trudne. Przede wszystkim w skład komisji nie wchodzą jakieś „zielone ludziki”, tylko kandydaci zgłoszeni przez wszystkie komitety wyborcze. Generalnie wszyscy patrzą wszystkim na ręce. A w tych wyborach patrzyli szczególnie uważnie. Do tego dochodzą mężowie zaufania i obserwatorzy społeczni. Oczywiście teoretycznie może się zdarzyć jakiś domorosły iluzjonista, któremu mimo to uda się sfałszować kilka kart. Albo może nastąpić jakaś zmowa ponad podziałami ze strony członków komisji. W skali okręgu wyborczego mieć nie może. Nawet gdyby taka sytuacja zaistniała, bo w rzeczywistości w żadnej z komisji niczego takiego nie stwierdzono.

Aby sfałszować wybory w skali okręgu, taka zmowa musiałaby obejmować kilkadziesiąt albo i kilkaset komisji wyborczych. Czyli od kilkuset do kilku tysięcy ludzi, zgłoszonych przez różne komitety wyborcze, musiałoby się umówić na popełnienie przestępstwa wyborczego. Kwestię oceny prawdopodobieństwa przestępczej zmowy o takiej skali pozostawiam czytelnikom…

Po sporządzeniu protokołów przez komisje obwodowe możliwości wpływania na wynik są żadne. Na etapie komisji okręgowej bada się jedynie poprawność protokołów pod względem formalnym. Pod wglądem matematycznym głosy w okręgu zlicza system komputerowy. W razie jakichkolwiek wątpliwości zawsze można zweryfikować te obliczania ręcznie, na podstawie protokołów papierowych, chociaż najczęściej nie ma takiej potrzeby. Na szczeblu Państwowej Komisji Wyborczej tym bardziej nie ma żadnej możliwości manipulacji, gdyż tu następuje jedynie sumowanie danych z komisji okręgowych.

W sumie zatem możliwości sfałszowania wyników wyborów są na tyle znikome, że tego rodzaju opowieści śmiało można włożyć między bajki. Takie sugestie są wręcz obraźliwe dla tych setek tysięcy ochotników, którzy za niezbyt wysokie pieniądze poświęcili swój czas na pracę w komisjach wyborczych dla dobra publicznego.
Co dalej? Oczywiście Sąd Najwyższy będzie rozpoznawał wszystkie protesty. I nie martwiłbym się nadmiernie faktem, że będzie to czynić nowopowołana Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Co prawda tryb powołania nowych sędziów SN wciąż wzbudza kontrowersje, ale dotychczasowe orzecznictwo nowej izby nie budzi zastrzeżeń. Nie ma więc żadnego realnego powodu, by nie ufać w rzetelność i uczciwość rozpoznania protestów wyborczych tylko dlatego, że istnieją wątpliwości co do trybu wyboru KRS. Myślę, że warto dać sędziom IKN kredyt zaufania w tym zakresie.

Warto przy tym zaznaczyć, że samo złożenie protestu wyborczego nie oznacza automatycznie konieczności ponownego liczenia głosów. Owszem, czasami taka potrzeba występuje, ale jedynie wtedy, gdy jest to w danej sytuacji uzasadnione i konieczne. O ile bywały w historii przypadki ponownego liczenia głosów z jednej komisji, to trudno sobie wyobrazić takie liczenie w skali kilkuset komisji w okręgu. Nawet gdyby takiego ponownego przeliczenia miały dokonywać sądy rejonowe w drodze pomocy prawnej.

Pozostaje więc spokojnie poczekać na zaopiniowanie poszczególnych projektów przez składy SN, a następnie zaczekać na ostateczne rozstrzygnięcie przez pełny skład Izby Kontroli Nadzwyczajnej. Mam nadzieję, że uchwała ta rozwieje ostatecznie wątpliwości, co do prawidłowości przeprowadzenia wyborów.

Przywracanie praworządności?

Wybory coraz bliżej. Wśród programów politycznych części komitetów wyborczych pojawiają się hasła przywrócenia praworządności, czy też – jak kto woli – odwrócenia reform wprowadzanych w latach 2015-2019. Warto więc przynajmniej teoretycznie zastanowić się nad możliwościami i perspektywami odwrócenia zmian wprowadzonych w bieżącej kadencji parlamentu.

Rzecz jasna ostatnie lata przyzwyczaiły nas do niespodzianek w dziedzinie tworzenia i stosowania prawa. Tym niemniej podstawowym założeniem dalszych rozważań będzie legalność działań kolejnej władzy. W mojej ocenie nie da się bowiem przywracać praworządności za pomocą działań niepraworządnych. To aksjologiczna sprzeczność. Działanie polegające na naginaniu lub wręcz łamaniu zasad prawa nie byłoby żadnym przywracaniem praworządności, lecz pogłębieniem problemów prawnych, z którymi borykamy się obecnie.

Co zatem mogłoby się stać, gdyby obecna opozycja polityczna zdobyła większość w parlamencie, utworzyła rząd i w dodatku porozumiała się co do dalszych kroków w dziedzinie władzy sądowniczej?

Najprościej oczywiście wykonać działania, które wymagają jedynie jednoosobowej decyzji ministra. Przede wszystkim wchodzi tu w grę odwołanie delegacji sędziów do Ministerstwa Sprawiedliwości. Można się spodziewać, że z delegacji mogą wrócić do orzekania sędziowie zajmujący w ministerstwie wyższe stanowiska funkcyjne. Wątpliwe jednak, by zmiany dotknęły większe grono spośród 160 sędziów delegowanych na niższe stanowiska. Jak dotąd przez 30 lat żadna władza nie zdecydowała się na rezygnację z delegacji sędziów do ministerstwa. Żadna też partia wprost takiego postulatu nie podnosi. Zresztą byłby to postulat niezbyt rozważny. O ile warto pomyśleć o skróceniu delegacji, np. do maksimum 4 lat czy też ograniczeniu liczby delegowanych, to całkowita rezygnacja z delegowania sędziów do MS i powierzenie ich obowiązków (także w zakresie nadzoru nad sądami) w całości urzędnikom służby cywilnej mogłaby być szkodliwa zarówno dla sądów, jak i dla procesu legislacyjnego.

Druga sfera to delegacje sędziów do sądów wyższego rzędu. To również jednoosobowa decyzja ministra. Można spodziewać się, że delegacje te będą weryfikowane, a niektóre z nich mogą zostać odwołane. Zwłaszcza odnośnie sędziów uznawanych za blisko związanych z obecną władzą. Trudno jednak oczekiwać jakichś masowych zmian w tym zakresie. Z uwagi na powszechnie znane olbrzymie opóźnienia w zakresie nowych nominacji, sądy wyższego szczebla opierają się w coraz większym stopniu na sędziach delegowanych. Nagłe przerwanie większej liczby delegacji spowodowałoby po prostu upadek tych sądów, a chyba żadna władza polityczna nie będzie sobie mogła na to pozwolić.

Trzecia dziedzina to prezesi sądów. Zwłaszcza tzw. „prezesi przyfaksowani”, czyli powołani w trybie specjalnym w latach 2017-2018. Tu jednak sprawa jest już bardziej skomplikowana. Co prawda prezesa sądu odwołuje minister, ale w obecnym stanie prawnym nie może tego uczynić samodzielnie. Konieczne jest zasięgnięcie opinii kolegium sądu (w którym zasiadają przedstawiciele sądów okręgu), a w razie negatywnej opinii kolegium – także KRS. Oczywiście wszystko zależy tu od lokalnych sytuacji w kolegiach. Można się spodziewać, że przynajmniej w niektórych przypadkach kolegia nie będą miały nic przeciwko odwołaniu prezesów, ale na pewno pełnej swobody w tym zakresie kolejny minister mieć nie będzie.

Na tym właściwie kończą się działania możliwe do przeprowadzenia bez zmian legislacyjnych. Do dalszych przypadków konieczna byłaby zmiana ustawy, w szczególności prawa o ustroju sądów powszechnych i ustawy o Sądzie Najwyższym. Jak wiemy, do uchwalenia nowej ustawy wiele nie potrzeba. Wystarczy kilkadziesiąt godzin prac w parlamencie i nowela gotowa. Oczywiście można się zastanawiać, czy stosowanie krytykowanego obecnie pospiesznego trybu procedowania nie byłoby wizerunkowo niekorzystne. Tym niemniej, mając większość parlamentarną, można szybciej lub wolniej pokusić się o zmiany ustawowe.

Co można osiągnąć zmieniając ustawę zwykłą? Teoretycznie całkiem sporo. Przede wszystkim zwykłą ustawą można kształtować ustrój wewnętrzny Sądu Najwyższego, a zwłaszcza zlikwidować jego dwie nowe izby: Izbę Dyscyplinarną i Izbę Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Ustawodawca może w dowolny sposób tworzyć nowe izby, może też je znosić. Na marginesie trzeba zauważyć, że nowopowołani sędziowie tych izb nie wyszliby na tym źle, bowiem Konstytucja gwarantuje im w takiej sytuacji przejście w stan spoczynku ze 100% wynagrodzenia. Wyrażane niekiedy pragnienie zemsty, zwłaszcza wobec sędziów Izby Dyscyplinarnej, może się więc nie powieść. Przynajmniej przy zachowaniu szacunku dla norm konstytucyjnych, czego przecież należy się (chyba?) spodziewać po osobach deklarujących obronę wartości konstytucyjnych. 

Ustawą zwykłą można także zmienić system postępowania dyscyplinarnego i doprowadzić do odwołania obecnych rzeczników dyscyplinarnych, zwłaszcza na szczeblu centralnym. Trzeba bowiem pamiętać, że obecnie nie ma możliwości odwołania rzecznika dyscyplinarnego i jego zastępców przed upływem kadencji. Podobnie jest w przypadku sędziów sądów dyscyplinarnych pierwszej instancji. Natomiast zmiana USP w tym zakresie otworzyłaby różne możliwości – od wprowadzenia zasady usuwalności rzeczników, po całkowitą zmianę modelu postępowań dyscyplinarnych.

Oczywiście można by też zmienić system powoływania i odwoływania prezesów sądów, czy też cały szereg innych zmian wprowadzonych w ustroju sądów w roku 2017. Można by też nawet pójść dalej i w ogóle zrezygnować z istniejących od zawsze uprawnień władczych Ministra Sprawiedliwości wobec sądów. Można by całkowicie odstąpić od modelu nadzoru MS nad sądami. Rzecz jasna te bardziej radykalne pomysły pełnej niezależności sądownictwa mają małe szanse na realizację w sytuacji, gdy przez 30 lat nikt jakoś nie pokusił się, by je wprowadzić w życie. Ale kto wie? Wszystko w rękach ustawodawcy.

Zmiany w ustawach dotyczących sądownictwa mogą oczywiście napotkać pewien istotny opór. Wprowadzenie tych zmian, wobec prawa weta ze strony prezydenta Andrzeja Dudy może okazać się problematyczne. A patrząc realnie – zupełnie niemożliwe. Do sierpnia 2020 wszelkie propozycje legislacyjne zmierzające do odwrócenia obecnych zmian nie będą zatem możliwe do przeprowadzenia. Aby o tym myśleć, opozycja musiałaby wygrać także wybory prezydenckie.

Co więcej, nawet szczęśliwy dla opozycji wynik także wyborów prezydenckich nie gwarantuje sukcesu w tej dziedzinie. Pozostaje bowiem Trybunał Konstytucyjny, który – jak można przypuszczać – zablokuje wszelkie zmiany w tej dziedzinie. Teoretycznie można rzecz jasna stosować znane już triki w postaci, np. niepublikowania orzeczeń TK czy wprowadzenia zerowego vacatio legis, by Trybunał nie zdążył się wypowiedzieć, ale przecież obecna opozycja stanowczo piętnuje takie zachowania. Czy więc mogliby się zdecydować na podobne kroki po nieoczekiwanej zamianie miejsc? Teoretycznie możliwe jest wszystko, ale w praktyce byłoby to chyba jednak trudne.

Wygląda więc na to, że nawet w razie wygrania najbliższych wyborów parlamentarnych przez obecną opozycję szanse na szybkie wprowadzenie istotnych zmian ustawowych w zakresie sądownictwa są niewielkie. Stan taki będzie trwał zapewne do lata 2020, a prawdopodobnie nawet co najmniej do roku 2024, gdy skończy się problem tzw. sędziów „dublerów” w TK.

Pozostaje kwestia zmian, które wymagałyby zmiany lub naruszenia Konstytucji. Przede wszystkim chodzi o kwestię składu KRS. Kadencja członków Rady podlega bez wątpienia ochronie konstytucyjnej. Prawidłowo liczona łączna kadencja sędziów zasiadających obecnie w KRS kończy się w marcu 2022 roku. Ustawą zwykłą nie można tego zmienić, bez naruszania norm konstytucyjnych. Nie można też odwoływać w toku kadencji poszczególnych członków KRS. Co najwyżej mogą sami zrzec się swoich stanowisk. Jeśli tego nie zrobią – będą członkami Rady do marca 2022 roku. I żadna ustawa czy orzeczenie tego zmienić nie może.

Pojawiają się co prawda głosy, że skoro obecna KRS została powołana w sposób niekonstytucyjny i z naruszeniem kadencji poprzedniej Rady, to nie pozostaje pod ochroną Konstytucji. Jest to oczywiście przykład wybiórczego stosowania przepisów konstytucyjnych wówczas, gdy jest to dla kogoś wygodne. Czy się to komuś podoba, czy nie – przepis art. 187 ust.3 Konstytucji chroni obecny skład Rady tak samo jak zawsze. Jedynie na marginesie można zauważyć, że kwestia niekonstytucyjności trybu wyboru KRS jest kwestią nieoczywistą, a obecna ustawa pozostaje pod ochroną domniemania konstytucyjności. Pomijam już fakt, że TK stwierdził jej konstytucyjność. Nie jest również prawdą, że skróceniu uległa kadencja poprzedniej KRS. Owszem nowa ustawa przewidywała – nie wiedzieć czemu – możliwość skrócenia kadencji łącznej członków KRS o 3 tygodnie, jednakże w praktyce nie miało to miejsca – nowa Rada zaczęła swoje prace już po zakończeniu prawidłowo liczonej kadencji poprzedników.

W każdym razie kwestia KRS będzie z pewnością twardym orzechem do zgryzienia. O ile obecni członkowie Rady sami nie zrzekną się swoich funkcji, ich ustawowe usunięcie nie będzie możliwe bez oczywistego naruszenia podstawowych norm konstytucyjnych. A na to obrońcy Konstytucji raczej nie mogą sobie pozwolić. Bo rzecz nie polega przecież na noszeniu koszulek z napisami tylko na faktycznym respekcie dla zasad konstytucyjnych.

Sędzia Irena Kamińska (Themis) znalazła co prawda sposób na eliminację tego problemu. Członkowie KRS tracą swoje funkcje w momencie utraty statusu sędziego. Sędzia Kamińska proponuje więc wytoczenie członkom KRS spraw dyscyplinarnych, które miałyby się skończyć ich usunięciem z zawodu, przez co droga do kolejnych wyborów członków KRS stanęłaby otworem.

Plan ten jest teoretycznie możliwy do realizacji pod względem prawnym. Po ostatnich doniesieniach w sprawie tzw. afery hejterskiej i sprawy antysemickiego wpisu prawdopodobieństwo realizacji tego planu wzrosło przynajmniej co do dwóch członków KRS. Tym niemniej jest to pomysł czasochłonny i niepewny, co do rezultatu, bowiem nie można być przecież z góry pewnym, jakie orzeczenia zapadłyby w ewentualnych postępowaniach dyscyplinarnych.  

W każdym razie istnieje duże prawdopodobieństwo, że członkowie KRS pozostaną na swoich funkcjach do końca kadencji w roku 2022. O ile sami się ich nie zrzekną, np. pod wpływem orzeczenia TSUE. Zmiana Konstytucji nie wydaje się możliwa, jej oczywiste złamanie także jest mało prawdopodobne. Ewentualne dyscyplinarki wymagałoby zmian ustawowych, co będzie zupełnie niemożliwe do lata 2020, a wątpliwe także później. Czyli prawdopodobnie status quo w tym zakresie pozostanie.

Z kwestią KRS wiąże się nierozłącznie zagadnienie nominacji sędziowskich dokonanych na wniosek obecnego składu Rady. Nie brak opinii, że należałoby te nominacje poddać ponownej weryfikacji lub w ogóle je unieważnić. Z przykrością muszę skonstatować, że autorzy tych opinii nawołują do złamania Konstytucji dużo bardziej rażącego niż wszystkie działania PiS razem wzięte. Nie ulega wątpliwości, że nieusuwalność sędziów jest podstawową zasadą ustrojową. Akt nominacji wydany przez Prezydenta jest skuteczny, nawet w razie nieprawidłowości przy powołaniu KRS. Przykładowo są skuteczne nominacje sprzed roku 2018, dokonane na wniosek KRS powołanej w trybie, który został zakwestionowany przez TK. Nawet jeśli ktoś ma wątpliwości co do prawidłowości trybu powołania obecnej KRS, to nie powoduje to możności wzruszenia nominacji sędziowskich. W żadnym trybie. No chyba, że ktoś zdecyduje się na działanie bez żadnego trybu, ale to wykracza poza ramy niniejszego artykułu.

Ostatnim – las but not least – elementem w zakresie planu tzw. przywracania praworządności jest kwestia Trybunału Konstytucyjnego. I nie ma co ukrywać – ta sprawa jest najtrudniejsza. Oczywiście łatwo można sobie wyobrazić sytuację, w której nowy Sejm wyda uchwałę o utracie mocy uchwał poprzedniego Sejmu z listopada 2015 r., dotyczących powołania do TK tzw. sędziów dublerów. Precedens już jest. Wystarczy tylko zmienić nazwiska w uchwałach z roku 2015. Ale co dalej?

Można przypuszczać, że prezydent Duda mimo wszystko nadal nie przyjmie ślubowania od sędziów TK powołanych w sposób prawidłowy, czyli od Romana Hausera, Krzysztofa Ślebzaka i Andrzeja Jakubeckiego, motywując to faktem, że wszystkie miejsca w TK są już zajęte. A gdyby nawet kolejny prezydent to ślubowanie po 2020 roku przyjął, to i tak prezes Przyłębska może ich nie dopuścić do orzekania dokładnie w ten sam sposób, jak prezes Rzepliński nie dopuszczał sędziów uznawanych przez siebie za dublerów.

Prezes Trybunału Konstytucyjnego jest nieusuwalna i choćby nie wiadomo ile błędów zostało jej  wytkniętych, to i tak będzie pełniła swoją funkcję do grudnia 2024 roku. Szanse, że sytuacja w TK zostanie naprawiona przed tą datą, są więc niewielkie. Oczywiście mówimy o działaniu w sposób legalny, bo nielegalnie można sobie nawet wyobrazić siłowe usunięcie ze stanowiska prezes TK. Ale skoro na siłowe rozwiązania wobec prof. Rzeplińskiego nie zdecydowali się swego czasu politycy PiS, to tym bardziej nie należy się tego spodziewać po politykach obecnej opozycji. W sprawie TK najprawdopodobniej czeka nas więc zapewne przez najbliższe lata sytuacja patowa.

W sumie zatem kwestia tzw. przywracania praworządności wygląda różnie. Pewne kwestie można zrobić szybko i bez większego problemu. Do innych potrzebna byłaby współpraca z prezydentem. Są wreszcie takie zmiany, które żadną miarą nie mogą być w sposób legalny odwrócone. I miejmy nadzieję, że nikt nie będzie próbował odwracać ich w sposób nielegalny.   

Wojna domowa

„Wojna domowa od wielu wieków trwa,

wojna na gesty, wojna na słowa…”

Te słowa Ludwika Jerzego Kerna z popularnego niegdyś serialu „Wojna domowa” przychodzą mi nieuchronnie na myśl, gdy czytam kolejne doniesienia z frontu walki o Sąd Najwyższy. Od początku wojny o SN, która z czasem przerodziła się w swoistą wojnę domową wewnątrz SN, minął zaledwie rok, ale natłok wydarzeń był w tym okresie tak duży, że czytelnikom należy się krótkie przypomnienie najważniejszych wydarzeń. Generalnie walka toczyła się na dwóch frontach. Pierwszy z nich dotyczył ochrony sędziów SN w wieku 65+, którzy w ubiegłym roku mieli być przymusowo przeniesieni w stan spoczynku. Front drugi dotyczy niedopuszczenia do orzekania sędziów, którzy zostali powołani w skład SN w myśl nowych przepisów, czyli tzw. sędziów nowych.

Wszystko zaczęło się w kwietniu 2018 r., od obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN i przeniesienia w stan spoczynku sędziów, którzy przekroczyli 65 lat. W rezultacie jedynie pięcioro sędziów SN w wieku 65+ uzyskało pozytywną opinię KRS i otrzymało zgodę Prezydenta na dalsze orzekanie.

Wydawało się, że wszystko pójdzie zgodnie z planem partii rządzącej. Co prawda trójka negatywnie zaopiniowanych sędziów SN złożyła odwołania od negatywnych opinii KRS, ale nie wstrzymało to działań związanych z przenoszeniem w stan spoczynku. Warto przy tym zauważyć, że przy wnoszeniu odwołań zastosowano po praz pierwszy precedensowe rozwiązanie proceduralne. Wobec odmowy przesłania odwołań przez KRS, sędziowie SN Anna Owczarek, Maria Szulc oraz Józef Iwulski swoje odwołania złożyli w dniu 30 lipca bezpośrednio do Sądu Najwyższego, nie zaś – zgodnie z procedurą – za pośrednictwem organu, który zaskarżoną decyzję wydał.

Zwrot akcji nastąpił kilka dni później. 3 sierpnia Sąd Najwyższy, rozpoznając zupełnie przypadkową sprawę z zakresu ubezpieczeń społecznych, przedstawił pięć pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości UE. Cztery z pytań dotyczyły kwestii zgodności z prawem unijnym trwającego wówczas procesu przenoszenia sędziów SN w stan spoczynku. Tu większych kontrowersji nie było, bo skoro w sprawie orzekali sędziowie w wieku powyżej 65 lat, ich status miał znaczenie dla rozstrzygnięcia sprawy.

Zaskoczeniem była natomiast kwestia zawarta w pytaniu nr 5. Otóż Sąd Najwyższy uznał, że należy ponownie poddać pod rozwagę TSUE kwestię stosowania, jako środka zabezpieczającego, odmowy zastosowania przepisów prawa krajowego sprzecznych z prawem unijnym. Nie czekając na odpowiedź, SN zastosował środek zabezpieczający i postanowił zawiesić stosowanie przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym określających zasady przechodzenia sędziów SN w stan spoczynku.

Przyznać trzeba, że było to bardzo nowatorskie podejście do kwestii zakresu postępowania zabezpieczającego. Zawieszenie stosowania przepisów ustawowych w żadnej mierze nie należy bowiem do konstytucyjnych uprawnień sądów, które są zobowiązane do stosowania przepisów ustawowych. Nic więc dziwnego, że zawieszone przepisy były przez inne organy stosowane nadal a procedura toczyła się swoim torem. Był to pierwszy przypadek twórczego podejścia do kwestii zabezpieczenia. Ale nie ostatni…

Pod koniec sierpnia 2018 r. wydarzenia nabrały tempa. Krajowa Rada Sądownictwa, w niezwykle pospiesznym postępowaniu, wytypowała kandydatów na wolne stanowiska w SN. Na początku września aż 21 sędziów SN – w tym prezes Gersdorf – zostało przeniesionych w stan spoczynku. 10 października zostało powołanych 27 „nowych” sędziów SN, głównie do nowoutworzonych Izb Dyscyplinarnej i Kontroli Nadzwyczajnej. Stało się tak pomimo faktu, że Naczelny Sąd Administracyjny, w ramach rozpoznania odwołań od uchwał KRS, nakazał wstrzymanie procesu nominacyjnego. Orzeczenie NSA zostało jednak zignorowane zarówno przez Przewodniczącego KRS Leszka Mazura, jak i przez prezydenta Andrzeja Dudę. Nowe izby SN zostały obsadzone, podobnie jak istniejące wakaty w „starych” izbach.

Tymczasem „starzy” sędziowie SN rozpoczęli kontrofensywę. 12 i 19 września SN w trzech sprawach zadał TSUE pytania, w których wprost zapytał o zgodność z prawem europejskim nowego trybu wyboru KRS, a co za tym idzie – o zgodność z prawem europejskim trybu wyłaniania sędziów nowych izb SN. Pytanie wystosowała Izba Pracy, choć nie była właściwa do rozpoznania tej sprawy (kwestii pominięcia właściwości dotyczyło jedno z pytań). Jednocześnie sędziowie Izby Karnej oraz Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych odmówili przedstawienia kandydatów na stanowiska prezesów tych izb, uznając, że przeniesienie dotychczasowych prezesów w stan spoczynku było bezskuteczne. 3 października 2018 r. Sąd Najwyższy postanowił zwrócić się czwartą już serią pytań prejudycjalnych do TSUE. Pytania były tożsame z pytaniami z pierwszej serii  i dotyczyły zasady nieusuwalności sędziów w związku z obniżeniem wieku spoczynkowego, zatem niczego nowego do sytuacji prawnej nie wnosiły.

Wkrótce nastąpił zwrot akcji w sprawie sędziów SN 65+ przeniesionych w stan spoczynku. W dniu 19 października TSUE, orzekając w sprawie wniesionej w międzyczasie przez Komisję Europejską, wydał postanowienie tymczasowe, w którym zawiesił część przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym i nakazał przywrócenie na stanowiska sędziów, którzy przeszli w stan spoczynku. Miesiąc później, błyskawicznie uchwalona nowelizacja ustawy o SN przywróciła do stanu czynnego wszystkich sędziów SN przeniesionych we wrześniu w stan spoczynku (jeden sędzia zdecydował się pozostać w stanie spoczynku). Powrót sędziów 65+ do stanu czynnego zakończył ten wątek sporu. Ostatecznie potwierdził to wyrok TSUE z 24 czerwca 2019 r., w którym stwierdzono, że przepisy ustawodawstwa polskiego dotyczące obniżenia wieku przejścia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego są sprzeczne z prawem Unii.

Pozostał problem „nowych” sędziów SN. Wkrótce zostały podjęte działania organizacyjne, zmierzające do odsunięcia ich od orzekania. 5 listopada Prezes Izby Karnej Stanisław Zabłocki wydał zarządzenie, którym zdjęto z wokandy sprawy wyznaczone do rozpoznania przez sędziego Wojciecha Sycha (z nowego naboru) oraz wstrzymano wyznaczanie go do składów orzekających w Izbie Karnej. Notabene zarządzenie to zostało wydane przed nowelizacją ustawy, gdy sędzia Zabłocki przebywał jeszcze formalnie w stanie spoczynku. Analogiczne zarządzenie, co do nowych sędziów Izby Cywilnej, wydał jej Prezes Dariusz Zawistowski.

Przez kolejne dwa miesiące w SN trwał stan swoistej tymczasowej równowagi sił. W „nowych” izbach praca przebiegała normalnie. Zostali powołani ich prezesi (26.02.2019 r.). Z kolei w „starych” izbach prezesi blokowali możliwość orzekania „nowym” sędziom, czekając na TSUE. Nowi sędziowie nie pozostawali przy tym bierni. Sędzia Kamil Zaradkiewicz wniósł do Izby Dyscyplinarnej (właściwej w tym zakresie) powództwo o nakazanie dopuszczenia go do wykonywania funkcji orzeczniczych wraz z wnioskiem o zabezpieczenie tego roszczenia. Postanowieniem Sądu Najwyższego z dnia 20 grudnia 2018 roku częściowo uwzględniono wniosek i zobowiązano prezesa Zawistowskiego do wyznaczania sędziego Zaradkiewicza do składów orzekających i przydzielenia mu asystenta. Był to kolejny przykład nowatorskiego podejścia do kwestii zabezpieczenia roszczenia, ale na tym nie koniec.

Do kolejnej potyczki prawnej doszło przy okazji rozpoznania odwołania sędziego Waldemara Żurka, dotyczącego przeniesienia go do innego wydziału. Odwołanie notabene było oczywiście bezzasadne, gdyż przeniesienie nastąpiło w tym samym pionie cywilnym, ale pozwoliło na wykonanie kilku ciekawych manewrów prawnych. Rzecz jasna, na wstępie sędzia Żurek złożył wniosek o wyłączenie wszystkich sędziów właściwej do rozpoznania sprawy Izby Kontroli Nadzwyczajnej. Wniosek ten był rozpoznawany w dniu 8 marca w godzinach popołudniowych przez skład Izby Cywilnej, która odroczyła posiedzenie. Tymczasem Izba Kontroli Nadzwyczajnej okazała się szybsza. Tego samego dnia w godzinach porannych odbyła posiedzenie (w składzie: SSN Aleksander Stępkowski, który nie był objęty wnioskiem o wyłączenie), na którym odrzucono odwołanie sędziego Żurka. Przy czym Izba Cywilna orzekała na podstawie oryginałów akt, a sędzia Stępkowski, który do oryginałów dostępu nie otrzymał – na podstawie kserokopii akt. Już w tym momencie działalność orzecznicza SN zaczęła niepokojąco przypominać grę w podchody, co niezbyt licuje z powagą najwyższego organu sądowego. Ubocznym efektem tej sytuacji były wnioski o dyscyplinarki dla sędziego Stępkowskiego i jego szefowej sędzi Joanny Lemańskiej.

 „Nowi” sędziowie nie zamierzali poddawać się bez walki. Izba Dyscyplinarna podkreślała, że wszystkie sprawy, w których zostały skierowane pytania prejudycjalne, zostały w sposób bezprawny przejęte przez niewłaściwą Izbę Sądu Najwyższego, zaś składy formułujące pytania prejudycjalne były ukształtowane niezgodnie z polskim prawem. Gdy w jednej ze spraw rozpoznawanych przez „nowych” sędziów SN padł wniosek o ich wyłączenie – zwrócili się oni o rozstrzygnięcie tej kwestii do Trybunału Konstytucyjnego. Analogiczne wystąpienie – w dniu 7 maja 2019 r. – nastąpiło ze strony Izby Kontroli Nadzwyczajnej.

Gdy podobny problem pojawił się z Izbie Cywilnej – pytanie w tym zakresie zostało 21 maja 2019 r. przedstawione TSUE. Szósta – i na razie ostatnia – seria pytań do TSUE została wystosowana w sprawie o ustalenie nieistnienia stosunku służbowego „nowego” sędziego SN, który wniosła sędzia Monika Frąckowiak. Skądinąd sam pomysł usuwania sędziów ze stanowisk poprzez wnoszenie do sądów pracy pozwów o ustalenie nieistnienia stosunku służbowego jest tyleż nowatorski, co niebezpieczny. Można sobie łatwo wyobrazić, jak wymarzoną bronią tego typu pozwy byłyby w rękach zawodowych pieniaczy. Ale cóż, na wojnie jak na wojnie. Wszystkie chwyty dozwolone. Oczywiście także i w tym zakresie pozew został złożony do niewłaściwej izby (Izba Pracy zamiast Izby Dyscyplinarnej), co jednak nie przeszkodziło sędziom Izby Pracy przyjąć tę sprawę do rozpoznania i zadać w jej toku pytanie do TSUE.  

Pytania prejudycjalne do TSUE stanowić mogą prawdziwą „bombę atomową” dla całego sytemu sądownictwa powszechnego. Skuteczne podważenie legalności wyboru KRS uderzałoby bowiem nie tylko w stosunkowo wąską grupę „nowych” SSN, ale także we wszystkich – Bogu ducha winnych – sędziów sądów powszechnych, którzy mieli nieszczęście trafić na obecne zamieszanie i przeszli procedurę nominacyjną przed obecnym składem KRS. Jest to już obecnie liczba ponad 500 sędziów i wciąż systematycznie rośnie.

Trudno się dziwić, że także „nowi” sędziowie postanowili stworzyć własną „bombę atomową”. Niezawodny sędzia Zaradkiewicz zadał Trybunałowi Konstytucyjnemu pytanie dotyczące statusu sędziów, którzy przeszli procedurę nominacyjną przed KRS powołaną w starym trybie (w latach 2001-2017), która to procedura została skądinąd słusznie uznana przez TK za niekonstytucyjną.

W związku z pytaniem s. Zaradkiewicza doszło wręcz do sytuacji, które bardziej przypominają sceny z placu zabaw niż z najwyższego organu sądowniczego RP. Przesłanie postanowienia do TK zostało zablokowane przez Prezesa Izby Cywilnej Dariusza Zawistowskiego, z uwagi na jego wątpliwości co do prawidłowości powołania sędziego Zaradkiewicza. Na to sąd w osobie sędziego Zaradkiewicza wydał najciekawsze jak dotąd postanowienie w zakresie zabezpieczenia i… zawiesił w czynnościach w tym zakresie swojego przełożonego. Chwilę później pojawiła się informacja, że akta sprawy zaginęły. I gdy już czytelnicy zaczęli sobie wyobrażać poszukiwanie zaginionych akt w stylu „Kodu da Vinci” okazało się, że zostały przekazane do TK za pośrednictwem prezesa innej izby (Dyscyplinarnej), z pominięciem zwykłego trybu obiegu dokumentów.

Notabene w związku z ta sprawą prof. Gersdorf złożyła wniosek o dyscyplinarkę dla s. Zaradkiewicza nie tylko za naruszenie procedury obiegu dokumentów, ale także… za sam fakt wystosowania pytania prawnego do TK. I jakoś nie słyszałem głosów sprzeciwu organizacji deklarujących walkę o niezawisłość. Nie widziałem akcji „murem za Zaradkiewiczem”. A przecież takie działanie prof. Gersdorf nie odbiega od szeroko potępianych działań rzecznika Radzika wobec sędziów Tulei i Maciejewskiej za pytania zadane TSUE. 

W każdym razie teraz już obie strony sporu mają „broń atomową”. W razie uznania przez TSUE, że obecna KRS została powołana w sposób niezgodny z normami europejskimi i próby podważenia nominacji sędziowskich dokonanych po roku 2018 może pojawić się także możliwość podważania wszystkich nominacji od roku 2001 dokonanych przy udziale niekonstytucyjnej KRS. W końcu obie sytuacje prawne są dosyć podobne i dotyczą skutków działania KRS powołanej niezgodnie z Konstytucją bądź traktatami europejskimi.

W związku z pytaniem prawnym sędziego Zaradkiewicza SSP „Iustitia” wydało alarmistyczną uchwałę, w której bije na alarm i przewiduje masowe usuwanie „starych” sędziów z SN i sądów powszechnych na mocy przewidywanego wyroku TK.

Czy jednak te obawy są słuszne? Nie wydaje się. Broń atomowa nie istnieje na świecie po to, by jej używać, tylko by szachować nią przeciwnika. Doktryna odstraszania jest znana od czasów zimnej wojny. Nader wątpliwe jest, by ewentualne orzeczenie TK mogło działać wstecz i wpływać na nominacje z lat 2001-2017. Tym bardziej, że uderzałoby to w większość sędziów zajmujących ważne stanowiska w MS i KRS, a pośrednio także w samego sędziego Zaradkiewicza, który przed tymi sędziami z KRS przechodził procedurę nominacyjną. Raczej więc należy spodziewać się ustalenia zasady, że ewentualne nieprawidłowości przy wyborze KRS nie wpływają na nominacje wręczone przed stwierdzeniem tych nieprawidłowości. Rzecz jasna będzie to miało znaczenie także dla oceny skutków ewentualnego niekorzystnego wyroku TSUE.

W każdym razie można chyba postawić względnie optymistyczną tezę, że żadna z bomb atomowych nie zostanie użyta w praktyce. Nie zostaną podważone ani nominacje z obecnego okresu, ani te z okresu poprzedniego. W przeciwnym razie grozi nam w sądownictwie prawdziwa nuklearna zagłada. I nie będzie niczego.

Czekając na TSUE

Historia pierwsza. W dniu 24 października 2007 r. Trybunał Konstytucyjny rozstrzygał kwestię konstytucyjności instytucji asesora sądowego. Rzecz była o tyle istotna, że nie dotyczyła tylko kilkuset asesorów sądowych pełniących swoje funkcje w danym momencie, ale także wszystkich tych sędziów, którzy byli asesorami od chwili wejścia w życie Konstytucji. Czyli kilka tysięcy osób i miliony orzeczeń wydanych w ciągu niemal 10 lat.

Trybunał uznał, że przepis dotyczący powoływania asesorów jest niezgodny z art. 45 ust. 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Stwierdził, iż niedopuszczalne jest: uzależnienie asesora od Ministra Sprawiedliwości, brak określenia ram czasowych powierzenia asesorom funkcji sędziowskich, eliminacja udziału Krajowej Rady Sądownictwa w procedurze powierzania asesorowi czynności sędziowskich, uzależnienie od kolegium sądu okręgowego oraz od sędziego konsultanta, brak gwarancji apolityczności asesorów.

Z drugiej strony Trybunał odroczył utratę mocy obowiązującej niekonstytucyjnego przepisu na osiemnaście oraz uznał, że dotychczasowe czynności asesorów sądowych nie podlegają wzruszeniu na podstawie art. 190 ust. 4 Konstytucji. Innymi słowy, instytucja asesorów sądowych w ówczesnym stanie prawnym okazała się niekonstytucyjna, jednakże orzeczenia wydane przez niekonstytucyjnie powołanych asesorów pozostawały w mocy. Mało tego, jeszcze przez półtora roku – do 5 maja 2009 r. – ci niekonstytucyjnie powołani asesorzy nadal spokojnie orzekali.

Historia druga. Gdy w styczniu 2013 roku weszła w życie tzw. reforma ministra Gowina, zakładająca likwidację 79 najmniejszych sądów rejonowych, powstał problem przeniesienia sędziów ze zlikwidowanych sądów. Taką decyzję miał prawo podjąć Minister Sprawiedliwości. Jednak z nieznanych bliżej przyczyn minister Gowin scedował to żmudne zajęcie na swoich zastępców i 550 sędziów zostało przeniesionych na nowe miejsca służbowe przez podsekretarzy stanu. I zaczął się problem dotyczący umocowania przeniesionych w ten sposób sędziów. Grupa nieprawidłowo przeniesionych sędziów zaczęła powstrzymywać się od orzekania, by uniknąć zarzutu wydawania orzeczeń przez osoby nieuprawnione. Akcja ta objęła w mniejszym lub większym stopniu ponad pięćdziesiąt zlikwidowanych sądów.

Ostatecznie problem ten rozwiązał Sąd Najwyższy w pełnym składzie, który w styczniu 2014 orzekł, iż, co prawda wiceminister nie może podpisywać decyzji o przeniesieniu sędziego, ale zasada ta działa dopiero na przyszłość. Innymi słowy – dotychczasowe nieprawidłowe przeniesienia pozostały w mocy. Nie były też oczywiście zakwestionowane wyroki wydawane przez nieprawidłowo przeniesionych sędziów. A chodziło o niebagatelną liczbę ponad pół miliona orzeczeń. W sumie więc zapadł wyrok iście salomonowy – stwierdzono co prawda nieprawidłowość procesu przenoszenia sędziów, ale bez szkody dla toczących się postępowań.

Historia trzecia. Był luty 2014 r. Zgromadzenie Przedstawicieli Sędziów Okręgów zebrało się by wybrać ośmiu sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa. Tej samej, która zakończyła swoją kadencję w marcu roku ubiegłego.  Podczas obrad sędziowie przyjęli zgłoszony przez Stowarzyszenie „Iustitia” projekt apelu do KRS o wystąpienie do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności z Konstytucją ówczesnego trybu wyboru członków KRS.

O co chodziło? Przede wszystkim o kurialny system wyborów, który zapewniał przykładowo sędziom apelacyjnym siłę głosu kilkanaście razy większą, niż mieli sędziowie rejonowi. Tak znaczne uprzywilejowanie wyższych szczebli kłóciło się z podstawowymi zasadami demokracji (równość wobec prawa), ale także z przepisami Konstytucji, która nie różnicowała sędziów sądów powszechnych zależnie od szczebli. Nie trzeba chyba nikogo specjalnie przekonywać, że sytuacja, gdyby w wyborach powszechnych ktoś z racji pełnionej funkcji mógł wrzucić do urny 15 kart jest niemożliwa do zaakceptowania. A system wyborczy do KRS tak właśnie działał. Siła głosów sędziów była nierówna.

Krajowa Rada nie była jednak uprzejma zaskarżyć do TK trybu swojego wyboru, ignorując stanowisko samorządu sędziowskiego. Oficjalnym powodem była opinia prawna, z której wynikało, że skarga nie jest zasadna. Nieoficjalnym zaś podobno – oczekiwanie na koniec kadencji w TK prof. Rzeplińskiego, który w poprzednich latach wsławił się kilkoma orzeczeniami niekorzystnymi dla sędziów. W każdym razie na kilka lat sprawa trafiła do szuflady. Wątpliwa konstytucyjnie KRS normalnie działała, wydawała uchwały, wskazywała kandydatów na sędziów. I nic się nie działo. 

Aż zaszła zmiana. W kwietniu 2017 r., już w toku „wojny sądowej”, Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro wniósł skargę konstytucyjną dotyczącą trybu wyboru członków KRS. Skarga ta opierała się w istocie na tych samych zarzutach, co uchwała sędziów sprzed trzech lat. Fakt, że było to już w zupełnie innych okolicznościach politycznych, ale nie mówimy tu o polityce, tylko o prawie. W każdym razie Trybunał Konstytucyjny, zgodnie z przewidywaniami, orzekł o niekonstytucyjności wyboru sędziów do KRS. Trybunał stwierdził, że kwestionowane przepisy w sposób nieuprawniony różnicują sędziów, wpływając na ich bierne prawo wyborcze do KRS.

I co dalej? Nadal nic. Jak wiemy, latem 2017 r. dwie ustawy sądowe zostały zawetowane, potem pojawił się nowy projekt, który wszedł w życie w styczniu 2018 r. Tymczasem wybrana w niekonstytucyjny sposób Krajowa Rada funkcjonowała w praktyce niemal do końca kadencji. Nikt z jej członków nie podał się do dymisji. Nie było w tym kierunku żadnych apeli środowiska sędziowskiego. Żadnego ostracyzmu środowiskowego. Nic. Dopiero wejście w życie nowej ustawy spowodowało zmianę sposobu wyboru składu KRS. Ale i tak nowy skład rozpoczął działanie już po zakończeniu prawidłowej kadencji składu starego.

Po co przypominam te historie? Rzecz jasna nie tylko ze względów edukacyjnych, choć historia jest nauczycielką życia i warto wiedzieć, skąd się wzięła aktualna sytuacja. Jednak przede wszystkim historia z trybem wyboru poprzedniej KRS, sędziami przenoszonymi przez wiceministrów i niekonstytucyjnymi asesorami sądowymi jest warta przypomnienia w związku z niedawną publikacją opinii Rzecznika Generalnego Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Jewgienija Tanczewa, dotyczącej również kwestii wyboru członków KRS obecnej kadencji. A także z wypowiedziami, dotyczącymi przewidywanych skutków orzeczenie TSUE.

Oczywiście nie będę nawet próbował zgadywać, jakie będzie orzeczenie TSUE. Niezbadane są wyroki sądów, a już sądów europejskich w szczególności. Tym niemniej już teraz warto przewidywać, co się by się mogło stać, gdyby Trybunał zdecydował się podzielić stanowisko swojego rzecznika.

Rzecz jasna pojawiły się tu dwa zupełnie przeciwstawne stanowiska. Według pierwszego z nich, orzeczenie TSUE działa natychmiast, eliminując stosowne przepisy krajowe z porządku prawnego. Innymi słowy – z chwilą ogłoszenia wyroku znikają instytucje uznane za powołane niezgodnie z prawem unijnym – przykładowo Krajowa Rada Sądownictwa czy Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego. Niektórzy idą jeszcze dalej, twierdząc, iż automatycznie stracą ważność nominacje sędziowskie wręczone na wniosek obecnego składu KRS. Pojawia się wreszcie jeszcze najdalej idąca koncepcja, że konieczne będzie uchylenie orzeczeń wydanych przez tych sędziów i asesorów, którzy mieli pecha trafić akurat na obecną kadencję KRS.

Nie jest zaskoczeniem, że pojawia się także koncepcja całkowicie przeciwna, że z chwilą wydania wyroku TSUE nie stanie się nic, natomiast ustawodawca będzie mógł i powinien dostosować polskie przepisy do norm unijnych wynikających z tego orzeczenia. Rzecz jasna w tej koncepcji nie ma mowy o podważaniu jakichkolwiek czynności faktycznych i prawnych zapadłych przed tymże orzeczeniem, a każdorazowa zmiana stanu prawnego wymagać ma interwencji ustawodawcy.

Aby podjąć próbę odpowiedzi na te wątpliwości, warto zacząć od rzeczy podstawowej, czyli przewidzianej w rozdziale III Konstytucji hierarchii norm prawnych. Nie ulega wątpliwości, że najwyższa jest ranga norm konstytucyjnych, zaś prawo stanowione przez UE jest stosowane bezpośrednio, mając pierwszeństwo – w przypadku kolizji – przed ustawami. Czyli kolejność jest jasna: Konstytucja, umowa międzynarodowa, ustawa.  

Nie ulega wątpliwości, że normy konstytucyjne nie mogą być uchylane ani zmieniane przez akty niższego rzędu. Nie mogą być zmienione przez umowę międzynarodową, a tym bardziej – przez sądową wykładnię tej umowy. Żaden wyrok sądu krajowego czy międzynarodowego nie może naruszać konstytucyjnej zasady nieusuwalności sędziego (art.180 Konstytucji). Co prawda przepis ten posiada kilka wyjątków i przewiduje możliwość usunięcia sędziego na mocy orzeczenia sądu (w tym przypadku – dyscyplinarnego), ale dotyczy to przypadków indywidualnych, a nie generalnych orzeczeń dotyczących statusu całych grup sędziów. Innymi słowy – wykluczone jest przyjęcie, że wyrok TSUE może podważyć skuteczność nominacji dokonanych na wniosek KRS obecnej kadencji. Nawet gdyby okazało się, że część składu Rady została powołana niezgodnie z zasadami europejskimi, to fakt ten nie powinien mieć żadnego praktycznego znaczenia, gdyż prezydencka nominacja konwaliduje ewentualne braki występujące na wcześniejszym etapie postępowania nominacyjnego.

Drugi element chroniony konstytucyjnie to czteroletnia kadencja Krajowej Rady Sądownictwa. Oczywiście zaraz pojawi się argument, że kadencja poprzedniej Rady została skrócona. Ale jest to tylko częściowa prawda, gdyż ustawa rzeczywiście taką niekonstytucyjną możliwość przewidywała, ale faktycznie do tego nie doszło, gdyż nowy skład zaczął pracę już po zakończeniu konstytucyjnej kadencji poprzedników. Konstytucyjna kadencja obecnej KRS kończy się 30 marca 2022 r. i żadne orzeczenie tego nie zmieni. Nie jest możliwe, aby trybunał międzynarodowy orzekał o wygaśnięciu, np. kadencji prezydenta czy parlamentu. Nie może też skutecznie orzekać o skróceniu kadencji innego organu konstytucyjnego, jakim jest KRS. Również ewentualna ustawa skracająca kadencję KRS byłaby prawnie nieskuteczna. Jedynym skutecznym sposobem zmiany składu KRS jest więc dobrowolna dymisja jej członków lub ich odejście ze stanu sędziowskiego.  

 Pozostałe kwestie są w domenie zwykłej materii ustawowej. W tym zakresie nie ulega wątpliwości, że w razie kolizji przepisy unijne mają pierwszeństwo przed przepisami krajowymi. Natomiast wyrok jakiegokolwiek sądu czy trybunału nie jest konstytucyjnym źródłem prawa i co najwyżej może być istotnym elementem jego stosowania. Nie wydaje się zatem słuszną teza, że wyrok TSUE może automatycznie uchylać przepisy polskiego ustawodawstwa. Sposoby uchylania przepisów rangi ustawowej są jasne. Może to zrobić ustawodawca w drodze zmiany lub uchylenia danej ustawy. Drugą metodą jest uchylenie danego przepisu na mocy orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Innej legalnej drogi nie ma.

Podobny wniosek wynika również z analizy Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej (TFUE). Zgodnie z art. 260, jeśli TSUE stwierdzi, że państwo członkowskie uchybiło jednemu z zobowiązań traktatowych,  jest ono  zobowiązane podjąć środki, które zapewnią wykonanie wyroku Trybunału. Gdyby dane państwo nie podjęło środków zapewniających wykonanie wyroku Trybunału, Komisja Europejska może wnieść sprawę do TSUE, a Trybunał może nałożyć na państwo członkowskie ryczałt lub okresową karę pieniężną. Czyli w praktyce – może nas czekać długa i kosztowna droga przymuszania polskich władz do wykonania wyroku TSUE, o ile nie zrobią tego niezwłocznie. Przy braku woli politycznej, czekanie na wykonanie wyroku TSUE może więc okazać się przysłowiowym czekaniem na Godota.

Rzecz jasna pewne zmiany można byłoby przeprowadzić bardzo łatwo. Przykładowo likwidacja nowych izb Sądu Najwyższego to kwestia zwykłej nowelizacji ustawy, która – przy odpowiedniej woli politycznej – może być przeprowadzona w ciągu 48 godzin. Łatwo też można ustalić nowy tryb wyboru KRS w roku 2022. Jednak przy próbie ustawowego skrócenia kadencji KRS lub usuwania sędziów ze stanowisk – nie obyłoby się bez konieczności zmiany lub rażącego naruszenia Konstytucji.

Pozostaje kwestia ewentualnych działań judykatury. Orzekając w przedmiocie wykładni lub ważności prawa UE, TSUE stara się udzielić odpowiedzi użytecznej dla rozstrzygnięcia sporu w postępowaniu głównym. Ale to do sądu krajowego należy wyciągnięcie z niej konkretnych wniosków, w tym – w razie potrzeby – podjęcie decyzji o niestosowaniu danego przepisu prawa krajowego. Odpowiedź na pytanie prejudycjalne wiąże więc, co do zasady sąd pytający i to w sposób względny. Czyli w tym przypadku – związany może być jedynie skład SN w sprawie, która od wielu miesięcy jest już nieaktualna (przenoszenie sędziów SN 65+ w stan spoczynku). Ale – podobnie jak w przypadku orzeczeń SN – orzeczenie TSUE ma znaczenie dla linii orzecznictwa sądów w całej Unii. Można więc przypuszczać, że orzeczenie to może mieć znaczenie dla praktyki orzeczniczej zarówno sądów polskich, jak i sądów innych państw członkowskich.

Co to w praktyce może oznaczać? Trudno powiedzieć. Orzeczenie w tym zakresie ma charakter precedensowy, a jego skutki są bardzo trudne do przewidzenia. Jednak orzeczenie TSUE – jakie by nie było – nie może wywoływać skutków wstecz. Nie może spowodować anulowania nominacji sędziowskich czy automatycznie skracać kadencji KRS. Tym bardziej wyrok TSUE nie może wzruszać orzeczeń wydawanych przez sędziów z nowego naboru. Skoro w przeszłości nie były kwestionowane orzeczenia wydawane przez niekonstytucyjnych asesorów, nie były kwestionowane orzeczenia sędziów przeniesionych niekonstytucyjnie przez wiceministrów ani orzeczenia sędziów przedstawianych przez niekonstytucyjnie wybrany poprzedni skład KRS – podobnie powinno być w tym przypadku. Oczywiście istotne znaczenie będzie miał tu rozsądek polskich sędziów. Oby zwyciężył.

Opcja turecka

„Jeśli podczas naszego Kongresu słyszeliśmy opowieść sędziego z Turcji, który obecnie jest uchodźcą, o tym, jak tamtejsze władze traktują sądy i sędziów, to gdybyśmy nie wiedzieli, że to kolega z Turcji, moglibyśmy odnieść wrażenie, że to opowieść o naszym kraju” – te słowa padły z ust prezesa „Iustitii” Krystiana Markiewicza podczas obrad II Kongresu Prawników Polskich, który na początku czerwca odbywał się w Poznaniu. 

Niewątpliwie warto się przyjrzeć temu porównaniu i ustalić, na ile koncepcja „opcji tureckiej” ma jakieś podstawy w polskich realiach. Dla przypomnienia trzeba przytoczyć kilka podstawowych faktów. W lipcu 2016 r., po skierowanej przeciwko prezydentowi Erdoganowi próbnie wojskowego zamachu stanu w Turcji, przez kraj przetoczyła się fala represji. Jak podaje Wikipedia, w lipcu 2016 zamknięto 1043 prywatnych szkół, 1229 charytatywnych fundacji, 15 uniwersytetów, 35 placówek medycznych oraz zdelegalizowano 19 związków zawodowych. Do 29 lipca 2016 tureckie władze zamknęły ponad 130 redakcji i tytułów medialnych, nakazy aresztowania wydano dla ponad 89 dziennikarzy, wydawców i pracowników tureckich mediów. Z pracy zwolniono ponad 15 tys. naukowców oraz 1577 dziekanów uczelni różnego typu. Około 50 tysiącom osób unieważniono paszporty. W lipcu 2016 władze Turcji zawiesiły obowiązywanie na terenie kraju Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. W ciągu pierwszego roku po zdławieniu puczu pozbawiono stanowisk ponad 150 tysięcy tureckich funkcjonariuszy państwowych, a około 50 tysięcy aresztowano.

Represje objęły także tureckich sędziów. Z informacji uzyskanych od naszych tureckich kolegów, że 4000 osób spośród kadry sędziowskiej i prokuratorskiej zostało przeniesionych na inne miejsca służbowe.   W ciągu zaledwie miesiąca po puczu zostało aresztowanych 1684 sędziów i prokuratorów. Symbolem opresji stosowanych przez tureckiego dyktatora stał się sędzia Murat Arslan, który był przewodniczącym zdelegalizowanego tureckiego stowarzyszenia sędziowskiego YARSAV.  W styczniu 2019 r. Sędzia Arslan został skazany na 10 lat więzienia za „udział w organizacji terrorystycznej”. 

Warto przyjrzeć się tym porażającym danym, gdy zacznie się rozważać kwestię „opcji tureckiej” w polskich realiach. Wnioski wydają się być oczywiste i nie świadczą one bynajmniej na korzyść cytowanej na wstępie wypowiedzi prezesa „Iustitii”. Oczywiście również w naszych realiach doszło do zaostrzenia retoryki politycznej wobec sędziów, a także do ograniczenia niezależności organizacyjnej sądów. Jednakże nijak się to ma do opresyjnego systemu tureckiego. Dość wspomnieć, że jak dotąd osławiona Izba Dyscyplinarna, z jej „dodatkiem katowskim”, która wg zapowiedzi miała  usuwać z zawodu niepokornych sędziów, wydała dotąd 1 (jeden) nieprawomocny wyrok skazujący za delikt orzeczniczy na karę upomnienia.

Największą represją, jaka spotkała cytowanego wyżej prezesa Markiewicza, było wezwanie na przesłuchanie w charakterze świadka w sprawie dyscyplinarnej innego sędziego. Największą zaś szykaną, która spotkała czołowego działacza sędziowskiej opozycji pozaparlamentarnej sędziego Waldemara Żurka, okazuje się być przeniesienie z mniej obciążonego wydziału cywilnego do wydziału bardziej obciążonego, co oczywiście wpływa na komfort pracy sędziego, ale jednak jest trudno porównywalne z represjami spotykającymi naszych kolegów z Turcji.

Już to krótkie zestawienie pozwala na odpowiedź, czy polscy sędziowie znajdują się w sytuacji porównywalnej do sędziów tureckich. Warto się jednak przyjrzeć bliżej kilku najbardziej spektakularnym sprawom dyscyplinarnym, by ta ocena była pełniejsza. 

Konstrukcja rzekomego „układu zamkniętego” w ramach postępowań dyscyplinarnych jest równie stara, jak sam system, wprowadzony w roku ubiegłym w sądach powszechnych i Sądzie Najwyższym. Pozornie ma ona pewne racjonalne podstawy. Istotnie, w całym procesie tworzenia bardzo dużą rolę odgrywał Minister Sprawiedliwości, który powołał zarówno rzeczników dyscyplinarnych (oskarżycieli) na szczeblu centralnym, jak i zastępców rzecznika na szczeblu lokalnym – tu jednak spośród kandydatów zgłoszonych przez samorząd sędziowski. Co więcej, MS powołał także – w sposób całkowicie dowolny i nieraz przy braku zgody samych zainteresowanych – sędziów Sądów Dyscyplinarnych pierwszej instancji (działających przy apelacjach).

Zwieńczeniem systemu dyscyplinarnego jest Izba Dyscyplinarna SN. Pominę już w tym miejscu szersze rozważania, czy jest to niekonstytucyjny sąd specjalny, gdyż jest to temat wykraczający poza ramy niniejszego artykułu. Tym niemniej zarówno nader pospieszny tryb powoływania sędziów ID, jak również osoby, które zostały powołane w skład tego organu (w większości prokuratorzy i tylko dwóch sędziów), nie napawały zbytnim optymizmem. W tych warunkach bonmoty o „dodatku katowskim” trafiały na podatny grunt, potęgując poczucie zagrożenia w środowisku sędziowskim.

Pierwsze istotne orzeczenie ID jeszcze te obawy wzmogło. Sąd Najwyższy skazał bowiem sędzię Alinę Czubieniak z Gorzowa za działalność stricte orzeczniczą, tj. za uchylenie postanowienia o tymczasowym aresztowaniu, co skutkowało czasowym wypuszczeniem na wolność podejrzanego o czyn o charakterze pedofilskim. Co do meritum tej sprawy zdania fachowców są podzielone. Istnieje opinia, że sędzia Czubieniak popełniła błąd proceduralny, gdyż w danych okolicznościach nie powinna zaskarżonego postanowienia uchylać, lecz wydać orzeczenie merytoryczne, konwalidując wcześniejszy brak obrońcy na posiedzeniu w pierwszej instancji. Tym niemniej są też głosy odmienne, zgodnie z którymi prawo do obrony jest wartością, która ma pierwszeństwo przed prawem mieszkańców Gorzowa do nieobecności osoby podejrzanej o pedofilię na ulicach miasta.

Trzeba jednak podkreślić, że zgodnie z art. 107. § 1 u.s.p.  sędzia odpowiada dyscyplinarnie za przewinienia służbowe, w tym za oczywistą i rażącą obrazę przepisów prawa. Obraza przepisów prawa musi być więc zarówno rażąca, jak i oczywista. Trudno uznać, że oba te warunki zostały spełnione w omawianej sprawie, a zwłaszcza mówić o oczywistości naruszenia prawa.

Na marginesie warto zaznaczyć, że zgodnie z §13 Zbioru Zasad Etyki Sędziów (uchwalonego w poprzedniej epoce) sędzia nie powinien wyrażać publicznie opinii na temat toczącego się lub mającego się toczyć postępowania. Uwzględniając jednak wagę tego postępowania dla kwestii niezawisłości oraz fakt, że na temat tego postępowania wypowiadało się publicznie już bardzo wielu sędziów – w tym w formie uchwał samorządu zawodowego – uchybienie zasadzie milczenia uznaję za w pełni usprawiedliwione.

Pojawiły się też jednak liczne przykłady orzeczeń, które tezie o „układzie zamkniętym” wyraźnie przeczą. Ze swojego podwórka Sądu Dyscyplinarnego w Łodzi mogę podać przykłady nieuwzględnienia zażalenia złożonego przez Ministra Sprawiedliwości czy uwzględnienia odwołania sędziego od wytyku udzielonego mu przez prezesa z nowego rozdania. Jeszcze bardziej znamienne było orzeczenie Sądu Dyscyplinarnego w Krakowie, który odmówił uchylenia immunitetu sędziemu Wojciechowi Łączewskiemu (co notabene tak wzburzyło polityków partii rządzącej, że chcieli nawet zmienić u.s.p. w zakresie właściwości). Jak jednak widać – sam fakt powołania przez Ministra Sprawiedliwości na jakąś funkcję nie musi mieć żadnego wpływu na orzecznictwo. I nie ma, gdyż sędziowie pozostają niezawiśli niezależnie od zawirowań ustrojowych.

Istotniejsza jest grupa orzeczeń Izby Kontroli Nadzwyczajnej SN w sprawie odwołań od uchwał KRS dotyczących nominacji na stanowiska sędziowskie. W dniach 26–27 marca 2019 r. Sąd Najwyższy rozpoznał łącznie siedem odwołań od uchwały Krajowej Rady Sądownictwa. Ku zaskoczeniu wielu obserwatorów, uwzględnił wszystkie odwołania, uchylił uchwały w zaskarżonej części i przekazał sprawy w tym zakresie KRS do ponownego rozpatrzenia.

Na tym jednak nie koniec. Jakby tego było mało, w dniu 3 czerwca Sąd Najwyższy po raz pierwszy oddalił skargę nadzwyczajną skierowaną do niego przez Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobrę, w dodatku dość ostro oceniając wartość tej skargi. „SN nie może abstrahować od realiów, które są związane z obowiązującym porządkiem prawnym i tym, iż SN nie jest demokratycznie legitymowanym ustawodawcą i nie może zmienić ugruntowanej praktyki rozumienia i stosowania przepisów prawa” – mówił w uzasadnieniu poniedziałkowego orzeczenia SN oddalającego skargę sędzia Leszek Bosek.

Potem wydarzenia jeszcze przyspieszyły. 4 czerwca Krajowa Rada Sądownictwa, za nic sobie mając fakt powołania jej składu przez posłów, negatywnie zaopiniowała rządowy projekt dużej nowelizacji kodeksu karnego. Tego samego dnia SN w jednej ze spraw dyscyplinarnych nie uwzględnił większości odwołania Ministra Sprawiedliwości od wyroku pierwszej instancji i uznał winnym sędziegoK., ale odstąpił od wymierzenia kary. 9 czerwca b.r. Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego oddaliła kasację Ministra Sprawiedliwości w sprawie sędziego, który kopiował wyroki, popełniając błędy. SN uznał, że surowsza kara – przeniesienia do innej apelacji jest bezcelowa, gdyż obwiniony już wyciągnął wnioski ze swego postępowania. Dzień później prokuratorski Sąd Dyscyplinarny w Warszawie oczyścił prokuratora Piotra Wójtowicza z zarzutu przewinienia dyscyplinarnego, zarzucanego mu przez Bogdana Świączkowskiego.

Już w tym momencie widać wyraźnie, że „układ zamknięty” nie działa tak, jak to zapowiadali twórcy tego pojęcia. Powołanie na stanowisko przez obecny skład KRS nie sprawia wcale, że „nowi” sędziowie SN będą orzekać zgodnie z oczekiwaniami tejże Rady i utrzymywać w mocy wszystkie uchwały w sprawach personalnych. Jest to jak najbardziej zdrowy objaw, gdyż, gdyby rzeczywiście odwołania od uchwał KRS miały charakter pozorny, kwestia prawidłowości postępowań awansowych stanęłaby pod znakiem zapytania. 

Nie inaczej ma się rzecz w orzeczeniach Izby Dyscyplinarnej SN. 21 maja 2019 r. uniewinniła ona prokurator w stanie spoczynku Beatę Mik, której w postępowaniu dyscyplinarnym zarzucono działalność publicystyczną (notabene na łamach Rzeczpospolitej) bez zgody przełożonego, tj. Prokuratora Krajowego, co miało uchybiać godności sprawowanego urzędu. Orzekający w pierwszej instancji Sąd Dyscyplinarny przy Prokuratorze Generalnym ukarał panią prokurator upomnieniem. W drugiej instancji – ku niemałemu zaskoczeniu obserwatorów, a chyba i samej zainteresowanej – zapadł wyrok uniewinniający.

Co prawda nie ma jeszcze pisemnych motywów tego wyroku, ale na pewno jest on istotny z kilku powodów. Po pierwsze, sankcjonuje wolność słowa w zakresie publikacji prasowych także względem prokuratorów, a pośrednio także wobec sędziów, gdyż unormowania ustawowe dla obu zawodów są w tym zakresie identyczne. To ważne, bowiem sędziowie i prokuratorzy są także obywatelami i przysługują im co do zasady konstytucyjne prawa w zakresie wolności słowa. Także prezentowanej na piśmie.

Po drugie, wyrok sprecyzuje prawa i obowiązki prokuratorów (pośrednio także sędziów) w zakresie prowadzenia działalności publicystycznej. Dotychczas nie było jasne, czy publikacje prasowe są działalnością wymagającą zgłoszenia przełożonym, jako „inne zajęcie” w rozumieniu art.86 ust. 4 prawa o ustroju sądów powszechnych. Jako osoba sporo publikująca, a więc żywotnie zainteresowana tą kwestią Na jednoznaczne wnioski w tym zakresie trzeba jednak poczekać do czasu publikacji pisemnego uzasadnienia wyroku. 

Po trzecie, wyrok w istotny sposób podważa rzecz jasna teorię „układu zamkniętego”, który miał być stworzony do usuwania „niepokornych” prawników z zawodu. Prokurator Mik z pewnością do kategorii „niepokornych” może być zaliczona, gdyż w swoich tekstach często krytycznie wypowiadała się na temat zmian wprowadzanych w ostatnich latach w prokuraturze. Mimo to została od zarzutu uniewinniona, co musiało wprawić w niemałe zakłopotanie zwolenników „teorii katowskiej”, w myśl której sędziowie Izby Dyscyplinarnej mieliby zajmować się głównie eliminacją krytyków obecnej władzy.

Konsternacja musiała być tym większa, że kilka dni wcześniej ta sama Izba Dyscyplinarna utrzymała w mocy najniższą możliwą karę upomnienia dla sędziego Cezarego Skwary, który na Twitterze porównał Jarosława Kaczyńskiego do fűhrera, wykorzystując w dodatku konto należące do Warszawskiego Oddziału SSP „Iustitia”. Wpis był bez wątpienia wysoce niefortunny, co zresztą szybko zrozumiał sam sędzia Skwara, usuwając go po niewczasie z profilu „Iustitii”, a następnie rezygnując z funkcji wiceprezesa Oddziału Warszawskiego „Iustitii”. Czy był to delikt dyscyplinarny, czy też czyn o znikomej społecznej szkodliwości (jak orzeczono przy pierwszym rozpoznaniu sprawy) – rzecz dyskusyjna. Nie mnie oceniać. Natomiast poza dyskusją jest fakt, że również w tej sprawie Izba Dyscyplinarna nie okazała się narzędziem do usuwania sędziów krytycznych wobec władzy, a zastosowane upomnienie to najłagodniejsza możliwa sankcja za delikt dyscyplinarny. 

Nowe izby SN działają już od 9 miesięcy i jak dotąd nie widać, aby stanowiły zbrojne ramię władzy i stwarzały jakieś zagrożenie dla demokratycznego porządku prawnego. Zapowiadanej apokalipsy wciąż nie widać. Wszystko działa w miarę normalnie.

Oczywiście grupa sędziów wyznających teorię spisku i tak w to nie uwierzy. Zwolennicy tej teorii od razu podnieśli argumenty, że łagodna linia orzecznicza „nowych” sędziów SN (zwłaszcza z Izby Dyscyplinarnej) wynika li tylko z oczekiwania na wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Mówiąc krótko, „nowi” sędziowie ID mieliby wprowadzać sędziów TSUE w błąd, co do pozornej łagodności, by uzyskać orzeczenie korzystne dla własnej legalizacji. Jednak taki punkt widzenia prowadzi do wniosku, że osławiony „efekt mrożący” owszem działa, ale nie wobec sędziów nieprzychylnych zmianom, tylko wobec tzw. „sędziów dobrej zmiany”. O sensowności tej koncepcji każdy z czytelników może sobie wyrobić zdanie we własnym zakresie.

Biorąc to wszystko pod uwagę można stwierdzić, że teza o podobieństwie sytuacji polskiej i tureckiej jest obecnie mocno naciągana. Oczywiście sytuacja nie jest idealna i warto monitorować postępowania dyscyplinarne, bacząc, by nie doprowadziły one do zagrożenia zasady niezawisłości sędziowskiej. Oczywiście spore zastrzeżenia budzą działania rzeczników dyscyplinarnych na etapie postępowań wyjaśniających, co jednak wykracza poza ramy niniejszego artykułu.

Tym niemniej porównywanie obecnej sytuacji polskich sędziów do Turcji jest wręcz obraźliwe dla naszych tureckich kolegów, pozbawionych pracy,  środków do życia lub wciąż siedzących w więzieniach. Warto w tym miejscu powtórzyć hasło „Iustitii”: wolność dla Murata Arslana!

My – kolaboranci?

Podczas ostatniej wizyty w USA premier Morawiecki wziął udział „Transatlantyckim dialogu” na Uniwersytecie Nowojorskim. Temat spotkania brzmiał „Europa i Stany Zjednoczone: Dialog Transatlantycki – 15 lat Polski w Unii Europejskiej”. Podczas debaty premiera Morawieckiego z prof. Josephem H.H. Weilerem, padły słowa, które wzbudziły spore oburzenie w środowisku sędziowskim i nie tylko.

            Otóż pan premier, próbując wytłumaczyć swemu rozmówcy sytuację Polski po przejściu z epoki komunizmu do demokracji, nawiązał do sytuacji sądownictwa we Francji pod rządami Vichy i francuskiej reformy sądownictwa przeprowadzonej w okresie powojennym. Wbrew dość powszechnej opinii nie padły, co prawda, słowa wprost porównujące polskich sędziów do nazistowskich kolaborantów, jednakże nawet samo porównanie sytuacji Polski w roku 2019 z sytuacją Francji po roku 1945 wzbudziło zrozumiałe wzburzenie.

Nie pierwsze to tego rodzaju wydarzenie medialne. Na początku swojej kadencji premier Mateusz Morawiecki postanowił podzielić się z czytelnikami amerykańskiego magazynu Washington Examiner swoimi przemyśleniami na temat sądów.  Wówczas również padł argument odwołujący się do totalitarnej przeszłości polskich sędziów. W tego rodzaju retoryce pan premier nie jest zresztą osamotniony. Na Kongresie Prawników Polskich w dniu 20 maja 2017 r. wiceminister sprawiedliwości dr Grzegorz Warchoł stwierdził, że główną przyczyną nieprawidłowości w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości w Polsce jest nierozliczenie się ze zbrodni sądowych systemu komunistycznego.  

Sytuacja jest bowiem nieporównywalna. Gdyby taki argument padł w roku 1956 – byłby najzupełniej słuszny. Gdyby padł w roku 1989 – byłby trochę naciągany (jednak nie ta skala działań reżimu). Ale obecnie, 30 lat po zmianie ustroju, jest już całkowicie wątpliwy.

Warto jednak przeanalizować taki właśnie sposób rozumowania polityków partii rządzącej, zwłaszcza, że ma on wyraźne przełożenie na działania legislacyjne. Poglądy te opierają się na przekonaniu, że polskie sądy zostały żywcem przeniesione z epoki komunizmu, gdyż w 1989 r. nie przeprowadzono ich weryfikacji. W związku z tym sędziowie bronić mają rozumianego szeroko „postkomunizmu”. W tym dość dziwnym rozumieniu znaczenia słów „postkomunistą” staje się np. represjonowany w stanie wojennym prof. Adam Strzembosz, zaś „antykomunistą” – poseł Piotrowicz, który w tamtym czasie był prokuratorem.  

Zdaniem premiera Morawieckiego: „w sądownictwie było więcej niż 100 sędziów wywodzących się z czasów stalinowskich, wciąż czynnych w latach 90. Aż do dziś mamy sędziów i prokuratorów, którzy w najciemniejszych komunistycznych czasach wydawali wyroki śmierci na naszych bohaterów”. Czy jest w tym stwierdzeniu coś na rzeczy?  

Nie ulega wątpliwości, że obecnie kwestia sądowych zbrodni okresu stalinowskiego to już temat wyłącznie historyczny. Sprawcy tych zbrodni, jeśli nawet żyją, to przebywają poza zasięgiem polskiej jurysdykcji, jak np. Stefan Michnik, stalinowski sędzia wojskowy, którego ekstradycji kilka lat temu odmówiła Szwecja. Słynny był swego czasu przypadek prokurator Wolińskiej, która oskarżała m.in. w procesie generała Fieldorfa „Nila”, na ekstradycję której nie zgodziły się dla odmiany władze brytyjskie. Osoby te na ogół zresztą zakończyły karierę sądową po roku 1956. W zdecydowanej większości już nie żyją. Stąd hasło pociągnięcia do odpowiedzialności stalinowskich zbrodniarzy ma charakter czysto publicystyczny, a nie prawny. Z pewnością nie może tu chodzić o sędziów w stanie czynnym, a tylko tych dotyczą bieżące reformy.

Bardziej aktualna jest kwestia sędziów, którzy skazywali opozycjonistów w stanie wojennym. Faktem jest, że po roku 1989 środowisko sędziowskie – wbrew nadziejom prof. Adama Strzembosza – nie oczyściło się z osób, które w latach 80. sprzeniewierzyły się zasadom niezawisłości. Tylko niewielka grupka sędziów spotkała się z konsekwencjami większymi niż przeniesienie do mniej eksponowanego wydziału. W utrzymaniu status quo wziął także udział SN, ostatecznie wykluczając możliwość pociągnięcia do odpowiedzialności „sędziów stanu wojennego”.

Po roku wszyscy sędziowie z okresu PRL pozostali na stanowiskach. Co ciekawe, wyjątkiem był Sąd Najwyższy, który został zbudowany od podstaw przez prof. Strzembosza w roku 1990. Jednak w zakresie sądów powszechnych Polska pozostała ewenementem wśród państw dawnego bloku radzieckiego, gdzie w większości przeprowadzono weryfikację sędziów. Przykładowo w Niemczech po roku 1989 usunięto ze służby większość sędziów z dawnej NRD. Oczywiście w Polsce nie było to możliwe, bo w przeciwieństwie do Niemców nie mieliśmy kadr, by zapewnić ciągłość pracy wymiaru sprawiedliwości na zwalnianych stanowiskach.

Owszem, środowisko sędziowskie powinno spełnić oczekiwania prof. Strzembosza i oczyścić się na początku lat 90. Przynajmniej w tych najbardziej skrajnych przypadkach skazywania opozycjonistów na kary pozbawienia wolności sędziowie będący częścią komunistycznego aparatu przemocy nie powinni orzekać. Czy jest jednak powód, aby obecnie, 30 lat później, przedstawiać to jako główną bolączkę wymiaru sprawiedliwości? Zdecydowana większość sędziów obecnie orzekających otrzymała nominacje już po roku 1990. Średnia wieku sędziów to nieco ponad 40 lat. Większość zna stan wojenny tylko z książek i filmów lub z wczesnego dzieciństwa. Sędziów sądów powszechnych pamiętających czasy stanu wojennego jest niewielu i właśnie teraz przekraczają oni granicę wiekową stanu spoczynku.  

Dlaczego zatem głównym zarzutem stawianym sędziom, którzy w stanie wojennym w najlepszym razie chodzili do podstawówki albo do przedszkola i mieli wówczas zgoła niepolityczne zainteresowania, stawia się zarzut nierozliczenia sędziów stanu wojennego?  Ciągłość instytucjonalna oczywiście istnieje, ale ciągłość personalna już jednak nie. Z równym powodzeniem można by przykładowo twierdzić, że obecne Ministerstwo Sprawiedliwości powinno przeprosić za zbrodnie stalinowskie i hitlerowskie, ponieważ mieści się w siedzibie dawnego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a w czasie okupacji policji kryminalnej Kripo.

Oczywiście politycy partii rządzącej doskonale wiedzą, że obecnie sądownictwo jest zdominowane przez ludzi młodych i w średnim wieku. Tym niemniej minister Warchoł w jednym z wywiadów konsekwentnie twierdził, że nierozliczenie się środowiska sędziowskiego z tym epoką PRL bezpośrednio wpływa na młode kadry, na całe korporacyjne myślenie. Jednak przy takim toku rozumowania nigdy nie wyjdziemy z ery postkomunizmu. Każdy kiedyś od kogoś się uczył.  Wszyscy albo kończyliśmy szkoły w PRL, albo byliśmy uczeni przez wychowanków szkół z poprzedniego systemu. W ten sposób ciąg uczniów i nauczycieli zawsze gdzieś tam będzie sięgał korzeniami czasów PRL, ale przecież nic z tego nie wynika.

Notabene akurat komunistyczny sposób myślenia o sądownictwie był zgoła odmienny od obecnego. Do roku 1989 sądownictwo było częścią jednolitej władzy państwowej, całkowicie podporządkowaną partii rządzącej i władzy wykonawczej. O żadnej niezależności nie mogło być w praktyce mowy.  Sędziów uznawano za zwykłych urzędników państwowych, a w razie niesubordynacji karano.  Odbiega to w znaczący sposób od obecnego myślenia o funkcjonowaniu sędziów i sądów. A właśnie ostatnie zmiany zbliżają nas do modelu dominacji władzy wykonawczej nad sądowniczą, przyjmując nawet szerszy stopień podporządkowania niż przed rokiem 1989.

Nieco inaczej wygląda sprawa w Sądzie Najwyższym, z uwagi na przedłużony o 5 lat czas przechodzenia w stan spoczynku. Tu, mimo przeprowadzonej w roku 1990 weryfikacji,  mogli później trafić „sędziowie stanu wojennego” z niższych instancji,  którzy w latach 80. wydawali wyroki skazujące opozycjonistów, a obecnie znajdujący się u schyłku swojej kariery.

Oczywiście trudno się nie zgodzić dawnymi opozycjonistami – autorami niedawnego listu otwartego, że pozostawania na wysokich stanowiskach w sądownictwie „sędziów stanu wojennego” nie przystaje do standardów demokratycznego państwa prawnego. I dziwię się nieco, że sami sędziowie oskarżani o skazywanie opozycjonistów nie poczuli potrzeby pozostania w stanie spoczynku, tylko skwapliwie wrócili do orzekania w SN. Zaskakuje również, że liczne organizacje, także sędziowskie, mające na sztandarach walkę o wolność i demokrację, nie widzą w tym stanie rzeczy nic niestosownego. I nie widziałem żadnych płomiennych apeli o odejście skompromitowanych sędziów ze stanowisk. Podczas, gdy np. w przypadku członków KRS takie apele są co chwila.

Przed ubiegłorocznymi zmianami w SN orzekało ośmiu sędziów, których media wskazywały, jako „sędziów stanu wojennego”. Dodajmy – media o proweniencji prawicowej, które trudno podejrzewać o zawężanie „kręgu podejrzanych”. Obecnie pozostało ich w służbie trzech.   Zakładając nawet, że doniesienia medialne są prawdziwe (trudno to ocenić, bo nikt ich formalnie nie weryfikował) to jest to zbyt skąpa podstawa, by przedstawiać ją, jako realną, a nie jedynie propagandową, przyczynę znaczących zmian personalnych w SN.

Drugim, zasadniczym powodem obecnych zmian ma być – zdaniem premiera – plaga korupcji wśród polskich sędziów. „Było tam wiele korupcji, mógłbym poświęcić kwadrans na omówienie konkretnych przypadków, dotyczących także szczytów” stwierdził pan premier. Niestety, omówieniu konkretnych przypadków z ostatnich 30 lat premier poświęcił zaledwie kilka zdań. I były to jedynie dwa przypadki. Prezes Rady Ministrów ma jednak – zgodnie z art.304§2 k.p.k. – obowiązek niezwłocznego zawiadomienia prokuratury i Policji o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu (a takim jest łapownictwo). Jeżeli pan premier ma dowody uzasadniające podejrzenie masowej korupcji w sądach, to powinien je przedstawić właściwym organom. Jeśli tych dowodów nie ma – nie powinien takich rzeczy mówić ani pisać.

Niesławnej pamięci kampania bilbordowa i inne działania medialne przybliżyły opinii publicznej przypadki kradzieży sklepowych dokonywanych przez sędziów. Wszystko to oczywiście w atmosferze całkowitej bezkarności „nadzwyczajnej kasty” sędziowskiej. Mówiąc krótko: komuniści i złodzieje w togach. Minister Ziobro z upodobaniem przywołuje przykład sędziego, który ukradł części do wkrętarki i nie został wydalony za służby, tylko zastosowano wobec niego jedynie wysoką karę finansową. Trudno się nie zgodzić, że to orzeczenie SN, nie przynosi sądownictwu dyscyplinarnemu specjalnej chluby.  Ale czy tego rodzaju pojedynczy przypadek jest wystarczającym powodem do wprowadzenia radykalnych zmian ustrojowych?

Znane z mediów niektóre przypadki przestępstw sędziów można policzyć na palcach jednej ręki. Razem z wykroczeniami – na palcach dwóch rąk. Przypadki kradzieży wśród sędziów są sporadyczne i zdarzają się wielokrotnie rzadziej niż w innych grupach zawodowych. Na 10.000 obywateli przypada rocznie średnio ponad 200 przestępstw, na taką samą liczbę sędziów – wielokrotnie mniej. W ciągu ostatnich dwóch lat ujawniono kilka przypadków kradzieży. Czy dla tych paru przypadków warto było zmieniać radykalnie ustrój sądów i narażać się na poważne konsekwencje międzynarodowe? Śmiem wątpić. Przypomina to przysłowiowe strzelanie z armaty do wróbla.  

Trzeba zauważyć, że choć w powszechnym odczuciu korupcja jest istotnym problemem wymiaru sprawiedliwości w Polsce (wskazuje na nią 30% badanych w marcu 2017 r. przez CBOS) to w praktyce sądowej takich zdarzeń właściwie nie widać. W ciągu ostatnich kilkunastu lat media opisywały bodajże trzy przypadki klasycznej korupcji, czyli  uzyskiwania korzyści majątkowych lub osobistych w zamian za określonej treści orzeczenia.  Wszystkie zakończyły się wydalenie ze służby i wyrokami skazującymi. Głośna ostatnio afera w sądach krakowskich dotyczy nie korupcji, a nadużyć gospodarczych dokonywanych przez urzędników sądowych i jednego sędziego. Przy obecnym poziomie rozwoju techniki i aktywności służb specjalnych pod kierownictwem Mariusza Kamińskiego właściwie nie sposób sobie wyobrazić, aby w sądach istniałaby na masową skalę korupcja, która nie byłaby wykryta.

Przywoływany jest też w tym kontekście kazus byłego prezesa Ryszarda Milewskiego z Gdańska, który w sposób służalczy odnosił się do rzekomego przedstawiciela rządu (w istocie była to prowokacja dziennikarska), a jego skutkiem była kara dyscyplinarna wobec sędziego, który sprzeniewierzył się zasadom niezawisłości. Naganność tego przypadku nie budzi wątpliwości. Jednak politycy ze sprawy sędziego Milewskiego nie wyciągnęli żadnych wniosków, a właściwie wyciągnęli wniosek dość absurdalny – o konieczności zwiększenia nadzoru nad sędziami. Tymczasem oczywistym jest, że ta niechlubna postawa wynikała właśnie z zależności prezesa sądu od władzy wykonawczej. Politycy, zamiast tę zależność zmniejszyć, postępują dokładnie odwrotnie i ją zwiększają. To jak ratowanie tonącego przez rzucenie mu worka kamieni.

Premier wspomniał także przykład „sędziego Sądu Najwyższego, który omawia z innym sędzią konkretną sprawę, w sposób całkowicie nielegalny”. Chodziło o sprawę sprzed kilku lat, gdy jeden z sędziów SN proponował swojemu koledze pomoc w napisaniu kasacji i w dodatku twierdził, że „prosił o życzliwość” sędziego sprawozdawcę w tej sprawie. Nie wiadomo, czy rzeczywiście prosił, w każdym razie czynił to nieskutecznie, skoro mimo ostatecznie kasacja nie została uwzględniona. Sprawa jest na pewno mocno wątpliwa pod względem etycznym, a możliwe, że także pod względem prawnym, choć w tym zakresie postępowanie toczy się ze zmiennym szczęściem – była dwukrotnie umarzana i wznawiana.  

Oczywiście należy ubolewać nad ujawnioną treścią rozmów przedstawicieli najwyższych organów sądowych. Nie tylko w sferze prawnej, ale też w sferze pikantnych elementów obyczajowych. Jeszcze bardziej należy ubolewać nad faktem, że bohater tej niechlubnej akcji nie wyciągnął ze sprawy żadnych samokrytycznych wniosków. Nie tylko powrócił ostatnio, jak gdyby nigdy nic, ze stanu spoczynku do orzekania, ale jeszcze procesuje o ochronę dóbr osobistych z prasą, która opisała cały incydent. I znów żadnej reakcji ze strony środowiska i obrońców demokracji. Tym niemniej ten wstydliwy przypadek jest jednak wyjątkiem, a nie regułą.

W sumie podawane przez premiera Morawieckiego uzasadnienie prowadzonych w ostatnich latach zmian w sądownictwie oparte jest więc na dość wątłych podstawach. Dekomunizacja spóźniona o 30 lat mija się zupełnie z celem. Powszechna rzekomo korupcja sprowadza się do pojedynczych przypadków. Podobnie jak kilka drobnych kradzieży sklepowych. Można wątpić, czy z tych iluzorycznych powodów warto było dokonywać tak radykalnych i nieraz wątpliwych prawnie zmian w systemie sądownictwa. Ostatecznej odpowiedzi na te wątpliwości udzieli suweren. Już wkrótce.

Między Skyllą a Charybdą

„Pod strachem wpłynęliśmy w przesmyk, gdzie szła droga:

Tu nam groziła Skylla, tam Charybda sroga,

co bezdenną paszczęką słoną wodężłopie,

A kiedy ją wyrzuca, jak w kotła ukropie…”

            Tymi słowy Homer opisał dylemat króla Itaki Odyseusza, gdy podczas powrotu spod Troi do rodzinnego miasta zmuszony został do przepłynięcia Cieśniny Mesyńskiej, na której brzegach grasowały dwa śmiercionośne potwory: Skylla (łac. Scylla) i Charybda. Ominąć się ich nie dało, zawrócić też nie, gdyż na tyłach wędrowcy pozostawili Syreny, których kuszącym głosom ledwie zdołali umknąć. Trzeba było wybrać mniejsze zło. I znany ze sprytu król Odys wyboru dokonał. Uznał, że przepłynięcie przez wir tworzony przez Charybdę grozi zniszczeniem statku i śmiercią całej załogi, zaś Skylla zadowoli się skonsumowaniem kilku członków załogi. Bez większego wahania nakazał więc popłynięcie w kierunku brzegu zajmowanego przez Skyllę, przezornie zresztą nie informując swoich towarzyszy o niebezpieczeństwie. Zgodnie z przewidywaniami potwór porwał sześciu żeglarzy, a Odyseusz opłakał ich i z resztą załogi popłynął ku nowym przygodom.

Opowieść ta stała się na tyle znana, że przepłynięcie między Skyllą a Charybdą jest się w języku potocznym synonimem trudnego wyboru mniejszego zła. I jako żywo pasuje to sytuacji wyborów, przed którymi stanęli w ostatnim czasie polscy sędziowie poddani operacji zwanej reformą wymiaru sprawiedliwości. A przyznać trzeba, że były to wybory niełatwe, bo i ustawodawca postawił wyzwania godne pióra Homera.

Takim trudnym wyborem stały się ostatnio konkursy na wolne stanowiska w sądach powszechnych. Konkursy nader liczne, bo przez półtora roku „chomikowania” przez MS zwalnianych etatów uzbierało się ich w pierwszym rzucie ponad 400 i wciąż przybywają kolejne. Jest to bez wątpienia najszerzej otwarte „okno transferowe” w historii. Początkowo nikt tu na poważnie o bojkotach nie myślał. Zresztą w oczywisty sposób takie próby byłyby skazane na niepowodzenie. Mimo niesprzyjającej sytuacji ogólnej zgłosiła się całkiem spora liczba kandydatów. W niektórych okręgach była to liczba wręcz rekordowa, gdyż po raz pierwszy w historii zgłoszenie się na konkurs nie było faktycznie uzależnione od zgody prezesa sądu. Nic więc dziwnego, że KRS miała do rozpoznania na początek aż 1300 wniosków awansowych, czyli ponad trzy osoby na jedno miejsce. Opiniowanie tych kandydatów przebiegało początkowo bez problemów.

W ostatnim czasie sytuacja się zmieniła. Wiele sędziowskich zgromadzeń odmówiło opiniowania kolejnej puli kandydatów do czasu wydania przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzeczenia dotyczącego pytań prejudycjalnych, dotyczących pośrednio także trybu wyboru KRS. Motywem było uniknięcie sytuacji, w której byliby powołani sędziowie przechodzący procedurę przed obecnym składem KRS. Podnoszone były kwestie trybu powołania sędziów do KRS, jako sprzecznego z Konstytucją i prawem europejskim, co miałoby skutkować późniejszą koniecznością weryfikacji nominacji oraz być może nawet podważania orzeczeń wydanych przez tych sędziów. Co prawda gest ten ma charakter symboliczny, gdyż KRS może obecnie procedować nawet bez opinii samorządu i tego typu posunięcia nie wstrzymują procesów nominacyjnych, tym niemniej warto przyjrzeć się podnoszonym argumentom. 

Ostrożność w tym przypadku wydaje się zbyt daleko idąca. Jeśli chodzi o potencjalną sprzeczność z prawem europejskim to warto zauważyć, że praktyka państw UE jest w tym zakresie bardzo zróżnicowana. Przykładowo w Polsce zaaplikowano zmodyfikowany system hiszpański. W wielu krajach UE (np. w Niemczech) organ o charakterze KRS w ogóle nie istnieje, a sędziów powołują wprost politycy, a mimo to nie ma wątpliwości, co do niezawisłości tamtejszych sędziów. Zakwestionowanie przez TSUE polskiego trybu powoływania sędziów postawiłoby w kłopotliwej sytuacji te kraje, w których wpływ polityków na nominacje sędziowskie jest większy niż u nas. Oczywiście warto postulować, by ten wpływ był możliwie ograniczony, jednakże pozostaje kwestia, gdzie jest granica dopuszczalnego wpływu polityków w tym zakresie.

Istotnym zarzutem stawianym obecnej KRS jest kwestia złamania zasady kadencyjności. Oczywiście kadencja członków KRS jest chroniona konstytucyjnie. Nowa ustawa tę konstytucyjną kadencję formalnie przerwała, aczkolwiek nie miało to żadnego praktycznego znaczenia. Liczona łącznie konstytucyjna kadencja sędziów z poprzedniego składu – o czym rzadko się mówi – upłynęła 29 marca 2018 r. Ustawa przesunęła tę datę na 6 marca. Niewątpliwie w tym zakresie należy stosować normę wyższego rzędu, czyli konstytucyjną. W rezultacie nowy skład KRS nie mógł pracować do końca poprzedniej kadencji, czyli przed 29 marca. Rzecz w tym, że pierwsze posiedzenie nowego składu KRS odbyło się 25 kwietnia, czyli już po zakończeniu konstytucyjnej kadencji poprzedników. Tym samym faktycznie nie doszło do złamania zasady kadencyjności. Nie powinien być to więc skuteczny zarzut przeciwko obecnemu składowi Rady.

Istotniejszą kwestią jest tryb wyboru sędziów – członków KRS przez Sejm, co wzbudzało i wzbudza poważne wątpliwości konstytucyjne. Co prawda, nie było tu złamania Konstytucji o charakterze oczywistym – przepis art.187 nie stanowi wprost, kto ma wybierać sędziów do KRS. Było to złamanie dotychczasowej powszechnie przyjmowanej (również przez niżej podpisanego) wykładni, zgodnie z którą sędziów do KRS powinni wybierać sędziowie. Trudno jednak mieć pretensje do osób, które uważają, że np. konstytucyjna zasada zwierzchności Narodu, który działa przez swoich przedstawicieli (art.4) w powiązaniu z zasadą równowagi władz (art.10) pozwala na wybór członków KRS przez parlament.

Nie ulega wątpliwości, że jedynym organem, który może dokonywać wiążącej powszechnie oceny zgodności ustawy z konstytucją, jest Trybunał Konstytucyjny. I Trybunał ostatnio się wypowiedział, uznając obecny tryb wyboru sędziów do KRS za zgodny z konstytucją. Nie było to zaskoczeniem, tym niemniej to orzeczenie kończy sprawę na gruncie prawa krajowego.

Oczywiście ten wyrok TK ma słabą stronę, w postaci udziału w składzie orzekającym osoby nieuprawnionej do orzekania, zwanej potocznie „dublerem”. Rozważania na temat skutków tego faktu wykraczają poza ramy niniejszego artykułu. Dość wspomnieć, że można tu rozważać nieważność orzeczenia (którą jednak musiałby stwierdzić sam TK w nieznanym dotychczas trybie) lub koncepcję wyroku nieistniejącego (ale tu niebezpiecznie wkraczamy na drogę minister Kempy, która z tego powodu odmawiała publikacji trzech wyroków TK). Niezależnie jednak od tego, przepisy ustawy pozostają pod ochroną domniemania konstytucyjności do czasu, aż TK nie stwierdzi, że są sprzeczne z ustawą zasadniczą. Jak wiemy, TK tego nie stwierdził i w najbliższym czasie się na to nie zanosi. Czyli tak czy owak pozostajemy w punkcie wyjścia – tryb wyboru KRS jest skuteczny ze wszystkimi tego konsekwencjami, niezależnie od poglądów przedstawicieli doktryny czy uchwał samorządu sędziowskiego.

Jedynie na marginesie warto zauważyć, że wątpliwości konstytucyjne były zgłaszane również co do poprzedniego trybu wyboru KRS. Chodziło o wybory o charakterze kurialnym, gdzie nieliczna grupa sędziów apelacyjnych była wyraźnie uprzywilejowana w stosunku do pozostałych sędziów sądów powszechnych. Kwestia ta była nawet w 2014 r. przedmiotem uchwały sędziowskiego Zebrania Przedstawicieli, które wezwało uprzednią KRS do zaskarżenia tych przepisów do Trybunału Konstytucyjnego. Co zresztą nigdy nie nastąpiło.

Oczywiście obecnie skala i zakres wątpliwości są inne. Warto jednak zauważyć, że uprzednio nikt nie robił większych problemów z niekonstytucyjną procedurą wyboru KRS. Nie było szerszych protestów, uchwał, bojkotów, pytań do TSUE ani pretensji wobec sędziów startujących w wątpliwej konstytucyjnie procedurze. 

Warto zauważyć, że dotychczasowa praktyka zna kilka przypadków, gdy pojawiły się wątpliwości, co do prawidłowości obsadzenia stanowisk orzeczniczych. Pierwszym był przypadek asesorów sądowych, których konstytucyjność powołań została podważona wyrokiem TK z 2007 r. Drugi przypadek to sędziowie przenoszeni na nowe stanowiska przez podsekretarzy stanu w ramach reformy Gowina w roku 2012, co stwierdził SN w uchwale ze stycznia 2014 r. W obu przypadkach stanowiska orzecznicze były obsadzane w sposób nieprawidłowy. Mimo to nikt nie zakwestionował skuteczności dotychczasowych powołań asesorów czy przenoszenia sędziów. TK pozwolił na orzekanie niekonstytucyjnie powołanym asesorom jeszcze przez 2 lata. Dawni asesorzy nadal orzekają jako sędziowie,a przeniesieni nieprawidłowo sędziowie pozostali na nowych stanowiskach. Rzecz jasna nikt nawet nie próbował podważać legalności wydanych przez nich wyroków, gdyż taki krok doprowadziłby do całkowitego chaosu prawnego.

Co więcej, nikt nie wpadł na pomysł, by kwestionować nominacje sędziowskie dokonywane przed rokiem 1989 przez Radę Państwa, w trybie bardzo odległym od podstawowych zasad państwa demokratycznego. Skoro zatem sędziowie, którzy odebrali nominacje z rąk Henryka Jabłońskiego czy Wojciecha Jaruzelskiego nie podlegali żadnej weryfikacji i mogą nadal spokojnie orzekać, to dziwić muszą pomysły weryfikacji nominacji sędziowskich, nawet gdyby okazało się, że tryb wyboru sędziów do KRS nie spełnia norm europejskich. Nie ulega bowiem wątpliwości, że komunistyczna Rada Państwa nie spełniała tych norm w stopniu zdecydowanie większym niż obecna KRS, co jednak pozostaje bez wpływu na skuteczność nominacji dokonanych przed rokiem 1989.

Nawet jeśli TSUE stwierdzi, że z uwagi na tryb wyłonienia KRS nowi sędziowie zostali powołani w sposób nieprawidłowy, to skutki takiego rozstrzygnięcia nie powinny działać wstecz. Nowopowołani sędziowie pozostaną na stanowiskach, będąc pod ochroną konstytucyjnej zasady nieusuwalności sędziów. Ich orzeczenia nie będą kwestionowane z tych samych przyczyn, dla których nie mogły zostać zakwestionowanie orzeczenia wydane przez asesorów. Twierdzenia przeciwne są wręcz groźne dla konstytucyjnego porządku prawnego.

Warto zauważyć, że w ciągu czteroletniej kadencji obecnej KRS nominacje uzyska około 2500 sędziów, czyli ¼ ogólnej ich liczby. W tym czasie sędziowie ci wydadzą około 10 milionów orzeczeń. Już z tego prostego zestawienia widać, że tego trendu nie da się już odwrócić. Można sobie wyobrazić, z jakimi chaosem mielibyśmy do czynienia, gdybyśmy się zdecydowali na wariant, w którym orzeczenie TSUE miałoby wywołać skutki wstecz, a więc od momentu wyłonienia przez KRS kandydatów na sędziów. To przecież oznaczałoby konieczność podważenia milionów orzeczeń i musiałoby się odbić nie tylko na stronach postępowań, ale na całym systemie sądownictwa. 

Kolejną Cieśniną Mesyńską dla polskich sędziów był nabór do Sądu Najwyższego. Zyskał on niespotykany rozgłos, gdyż dotychczas prawie nikt nie interesował się sposobem, w jaki odbywał się ten nabór. A warto zaznaczyć, że odbywał się w istocie na zasadzie kooptacji, tj. sami sędziowie SN decydowali o tym, którego prawnika chcą widzieć w swoim gronie. Obecnie sytuacja uległa całkowitemu odwróceniu i sędziowie SN nie mieli żadnego wpływu na obsadzenie wolnych stanowisk sędziowskich.

W przypadku SN – poza kwestią składu KRS – doszedł dodatkowo zarzut dotyczący trybu obwieszczenia wolnych stanowisk przez prezydenta Dudę. Pojawiła się teza, wspierana m.in. przez SSP „Iustitia”, że do dokonania aktu obwieszczenia potrzebna jest kontrasygnata premiera. Skąd ten pogląd? Otóż przewidziany w art.144 ust.3 Konstytucji wykaz prerogatyw prezydenckich, czyli aktów urzędowych wydawanych samodzielnie, nie zawiera prawa do wydawania tego rodzaju obwieszczeń. Pozostałe akty urzędowe wymagają natomiast podpisu premiera, zwanego kontrasygnatą. A w tym wypadku tego podpisu nie było.

Czy słusznie kwestionowana jest ważność obwieszczeń? Poglądy w tej sprawie są rozbieżne, ale gdyby nawet uznać, że kontrasygnata była jednak wymagana, to i tak nie powinno to mieć wpływu na ważność całej procedury. Dla ważności procedury nominacyjnej są bowiem istotne dwa elementy – wniosek ze strony KRS i postanowienie prezydenta o powołaniu sędziego. Ewentualne uchybienia proceduralne dotyczące czynności technicznej, jaką jest obwieszczenie nie powinny, jak się wydaje, wpływać na ważność nominacji.

Sytuacji wokół nowych sędziów SN nie ułatwia postawa samej Krajowej Rady, która przeprowadziła konkursy na stanowiska SN w tempie prawdziwego Blitzkriegu, co nie buduje prestiżu ani KRS, ani nowomianowanych sędziów. Wybory kandydatów, zwłaszcza do Sądu Najwyższego, są zbyt poważną sprawą, aby traktować ją jak wyścig z czasem.

W tym przypadku był to wyścig ze spodziewanym orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE). Wyścig zresztą niezbyt udany, gdyż pomimo niezwykłego pośpiechu ze strony KRS, przeniesieni przymusowo w stan spoczynku sędziowie wrócili na szczęście do SN właśnie na mocy postanowienia zabezpieczającego TSUE, a ostatecznie na skutek kolejnej noweli do ustawy o SN.

Niestety, nadmierny pośpiech doprowadził do zlekceważenia zabezpieczenia zastosowanego przez Naczelny Sąd Administracyjny w sprawie odwołania od uchwały KRS. Zabezpieczenie zlekceważył zarówno Przewodniczący KRS, przesyłając akta prezydentowi, jak i sam prezydent Duda, pospiesznie wręczając nominacje. Tym samym pogłębiły się wątpliwości prawne co do skuteczności powołania sędziów SN.

W związku z kilkoma pytaniami prejudycjalnymi sędziowie SN stanęli przed kolejnym trudnym wyborem – czy nowi sędziowie powinni być dopuszczani do orzekania, czy też należy zaczekać w tym momencie na ostateczne rozstrzygnięcie TSUE. Wątpliwości przeciął nowy regulamin SN, który wprowadził skądinąd słuszną zasadę równego przydziału spraw, co skutkowało koniecznością przydziału spraw także sędziom „nowym”. Choć swoista walka na orzeczenia w tym zakresie między starymi i nowymi izbami SN nadal trwa…

W każdym razie ogólna sytuacja faktyczna i prawna sprawia, że wybór między Skyllą a Charybdą jest obecnie chyba trudniejszy niż kiedykolwiek. Z jednej strony dobro wymiaru sprawiedliwości wymaga, aby wolne stanowiska w sądach powszechnych i w SN były obsadzone jak najszybciej. Przeciążone sądy czekają na obsadzenie wolnych etatów. Z drugiej strony – niestabilna sytuacja ogólna, dotychczasowa postawa KRS, oczekiwanie na wyrok TSUE a także groźba przyszłych reperkusji, nie napawają optymizmem. Pozostaje zatem spokojnie poczekać na orzeczenia Trybunału. Na szczęście, niezbyt długo, bo pierwszy termin publikacji orzeczenia już w maju.

Zarządzanie strachem?

Postępowania dyscyplinarne są jawne od wielu lat, ale nigdy nie budziły takiego zainteresowania jak obecnie. I w sumie nic w tym dziwnego – sądownictwo od dwóch lat znalazło się na głównej linii frontu ostrego sporu politycznego, a postępowania dyscyplinarne stanowią niewątpliwie oczko w głowie obecnych władz. Nowe instytucje, w postaci rzeczników dyscyplinarnych szczebla centralnego, sądów dyscyplinarnych przy apelacjach czy wreszcie przede wszystkim Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, na pewno budzą uzasadnione zainteresowanie. Zwłaszcza, że wraz z wprowadzeniem nowej procedury dyscyplinarnej wieszczono wręcz jakąś hekatombę w środowisku sędziowskim.

 Wiele zależy od tego, kto i w jaki sposób będzie te nowe narzędzia stosował.  Pierwsze przykłady nowych postępowań dyscyplinarnych mamy już za sobą. Izba Dyscyplinarna wydała swoje pierwsze wyroki i już pobieżna analiza wskazuje, że nie widać tu żadnego specjalnego zaostrzenia. Mamy raczej do czynienia z kontynuacją dotychczasowej linii orzecznictwa zawartej w komentarzu autorstwa sędziego Kozielewicza. Ba, w jednej z pierwszych spraw nie zostało nawet uwzględnione odwołanie Ministra Sprawiedliwości. Na podstawie tych pierwszych spraw nie da się obronić popularnej tezy o zaostrzeniu odpowiedzialności dyscyplinarnej oraz pełnej zależności sędziów SN od ministra.

Podobnie zresztą jest w postępowaniach pierwszej instancji, znanych mi z własnego doświadczenia, jako sędziego sądu dyscyplinarnego. Tu również jakiegoś gwałtownego zwiększenia represji nie widać. Nie tylko nie zapadają szczególnie drakońskie orzeczenia, ale wręcz dochodzi do takich sytuacji, jak nieuwzględnienie zażalenia Ministra Sprawiedliwości na odmowę wszczęcia postępowania dyscyplinarnego czy też uwzględnienie odwołania od wytyku udzielonego przez nowego prezesa. Plusem jest uczestnictwo w sądach dyscyplinarnych sędziów różnych szczebli, dzięki czemu stały się one mniej oderwane od rzeczywistości „dołów sądowych”, niż dotychczasowe składy złożone wyłącznie z sędziów apelacyjnych.  Jak widać, obawy o niezawisłość sędziów orzekających w składach dyscyplinarnych na tym szczeblu okazują się płonne, nawet jeśli zostali oni powołani arbitralną decyzją ministra.

Faktem jest, że dotychczasowe orzecznictwo dotyczy deliktów o charakterze pospolitym. Nie trafiły dotąd na wokandę jakieś spektakularne sprawy z pierwszych stron gazet. I nie wiadomo, jak w takich właśnie sprawach może zachować się Izba Dyscyplinarna. Co prawda nie jestem zwolennikiem ataku paniki w tym zakresie, ale przyznać trzeba, że wyłonienie sędziów tej izby budzi zastrzeżenia tak pod względem formalnym (bardzo pospieszna procedura), jak i merytorycznym (wyraźna nadreprezentacja prokuratorów). To oczywiście niczego z góry nie przesądza, ale na pewno trzeba przyglądać się działaniom tej izby. Mówiąc obrazowo – wisząca dotąd na ścianie strzelba została zdjęta i załadowana. Czy ktoś pociągnie za spust? Zobaczymy. To kwestia przyszłości… 

            Na razie największe zainteresowanie opinii publicznej budzą sprawy dyscyplinarne znajdujące się na wstępnym etapie, czyli postępowanie wyjaśniające prowadzone przez rzeczników dyscyplinarnych szczebla centralnego. W tym zakresie pojawiło się już tak wiele półprawd i mitów, że warto bliżej przyjrzeć się prowadzonym postępowaniom. Oczywiście z racji sprawowanej funkcji nie mogę oceniać merytorycznie poszczególnych spraw, ale ogólne spostrzeżenia co do procedur dyscyplinarnych wydają się wręcz konieczne.

            Pierwszą istotną kwestią proceduralną jest zakres postępowania dowodowego w fazie wyjaśniającej, tj. przed postawieniem zarzutów. A ściślej – możliwości przesłuchiwania na tym etapie sędziów w charakterze świadków. Jak wiemy, wiele takich przesłuchań w ostatnim czasie miało miejsce. Niektóre z nich przybrały nawet formę spektakularnych happeningów. W kwestii dopuszczalności przesłuchań pojawiło się wiele głosów, na ogół krytycznych.         Jak to jednak wygląda przy pominięciu otoczki propagandowej? Same przepisy dotyczące przebiegu postępowania wyjaśniającego w sprawach dyscyplinarnych są dość lakoniczne. Przepis art.114 u.s.p. stanowi, że rzecznik dyscyplinarny może wezwać sędziego do złożenia pisemnego oświadczenia dotyczącego przedmiotu tych czynności, może również odebrać od sędziego oświadczenie ustne. I to wszystko. O żadnych innych czynnościach przepisy u.s.p. nie mówią, odsyłając do odpowiedniego stosowania procedury karnej.

I tu rzecz jasna zaczyna się problem, w jaki sposób i w jakim zakresie należy stosować przepisy k.p.k. w „dyscyplinarkach”. Problem jest o tyle istotny, że procedura karna przewiduje – mówiąc w pewnym uproszczeniu – trzy fazy postępowania przygotowawczego: postępowanie sprawdzające, postępowanie w sprawie do czasu przedstawienia zarzutów i postępowanie przeciwko osobie po przedstawieniu zarzutów. Natomiast w przypadku postępowań dyscyplinarnych wyróżnia się jedynie czynności wyjaśniające i właściwe postępowanie dyscyplinarne.

Autorzy opinii prawnych często utożsamiają pierwsze fazy obu postępowań i uznają, że w czasie czynności wyjaśniających obowiązują te same zasady, co w pierwszej fazie postępowania karnego. Konsekwencją takiego stanowiska jest twierdzenie, że w czasie czynności wyjaśniających nie można przeprowadzać dowodów zakazanych w fazie sprawdzającej wg k.p.k., czyli m.in. przesłuchiwać świadków.

Utożsamienie czynności wyjaśniających w „dyscyplinarkach” z postępowaniem sprawdzającym w k.p.k. wydaje się jednak chybione. Warto zauważyć, że czynności wyjaśniające – jeśli potwierdzą delikt – kończą się wszczęciem postępowania dyscyplinarnego i przedstawieniem zarzutu (art.114§3 u.s.p.). Tym samym postępowanie wyjaśniające obejmuje także czynności, których w procedurze karnej dotyczy faza druga (in personam). Innymi słowy należy uznać, że pierwsza faza postępowania dyscyplinarnego (do przedstawienia zarzutów) obejmuje w istocie dwie pierwsze fazy postępowania karnego (również do przedstawienia zarzutów).  

Wynikają z tego ważne konsekwencje. Przede wszystkim, w czasie czynności wyjaśniających rzecznik dyscyplinarny może przeprowadzać wszelkie czynności niezbędne do ustalenia, czy delikt miał miejsce. Co więcej, ma obowiązek przeprowadzenia takich czynności, aby sprawdzić, czy jest podstawa do stawiania zarzutów. Samo odebranie oświadczenia od sędziego (pisemnie lub ustnie) często może nie być wystarczające do ustalenia, czy delikt zaistniał. Przyjęcie koncepcji odmiennej prowadziłoby do absurdalnego wniosku, że rzecznik w sprawie wątpliwej musi najpierw postawić zarzuty tylko po to, by móc przeprowadzić dowody potwierdzające słuszność tych zarzutów. Trudno akceptować sytuację, w której z powodu zakazu dowodowego najpierw stawia się sędziemu zarzuty, a później wyjaśnia ich słuszność.

Nie ulega więc wątpliwości, że obecny model postępowania wyjaśniającego pozwala na prowadzenie wszelkich czynności dowodowych przewidzianych w procedurze karnej, w tym na przesłuchiwanie świadków. Wyjątkiem jest domniemany sprawca, którego w charakterze świadka przesłuchiwać się nie powinno, ograniczając się do odebrania pisemnego bądź ustnego oświadczenia. Oświadczenie to ma zresztą charakter fakultatywny i jego brak nie wstrzymuje biegu postępowania. Innych sędziów można w tej fazie postępowania przesłuchiwać jako świadków. Nie ma w tym nic zdrożnego, chociaż oczywiście nie w każdej sprawie musi to być rzeczywiście niezbędne, a nie stanowi jedynie drobnej złośliwości.  

Druga mocno nagłośniona kwestia to obecność pełnomocników świadków podczas ich przesłuchania. W tym przypadku nie ma żadnych przepisów szczególnych regulujących te kwestie, zatem stosuje się ogólne zasady procedury karnej.  Osoba, która nie jest stroną (czyli np. świadek), może ustanowić pełnomocnika, gdy wymagają tego jej interesy w danym postępowaniu. Ocena, czy obrona interesów świadka wymaga dopuszczenia pełnomocnika do udziału w przesłuchaniu, należy do organu prowadzącego czynność, czyli w tym przypadku – rzecznika dyscyplinarnego. Innymi słowy – to rzecznik ostatecznie decyduje, czy w konkretnej sprawie interes świadka wymaga dopuszczenia pełnomocnika. Warto zaznaczyć, że najgłośniejsze tego typu postępowanie zostało ostatecznie umorzone. Trudno tu więc mówić o naruszeniu prawa świadka do obrony.

Zupełnie inaczej wygląda ocena zakresu postępowań wyjaśniających. Jak wynika z doniesień medialnych, zastępcy rzecznika nie koncentrowali się wyłącznie na kwestiach będących pierwotnym przedmiotem postępowania, lecz dokonywali także analizy statystyk sędziów, których to postępowanie dotyczyło. Skutkowało to postawieniem dwóm sędziom z Gorzowa i Poznania zarzutów dotyczących przekroczenia terminów sporządzenia uzasadnień, co w żaden sposób nie wiązało się z pierwotnym zakresem postępowania, czyli wypowiedziami dla mediów i udziałem w symulacji rozprawy na festiwalu muzycznym.

Tak szeroki zakres czynności wyjaśniających jest ewidentnie nieprawidłowy. Rzecznik dyscyplinarny podejmuje czynności wyjaśniające po wstępnym ustaleniu okoliczności koniecznych dla stwierdzenia znamion przewinienia dyscyplinarnego (art.114 ust.1 u.s.p.). Wynika z tego jednoznacznie, że czynności wyjaśniające powinny dotyczyć wyłącznie konkretnego domniemanego deliktu dyscyplinarnego, a nie całokształtu działalności danego sędziego. Tym samym tzw. „postępowania trałowe”, charakterystyczne dla niektórych śledztw prokuratorskich w sprawach gospodarczych, nie są dopuszczalne w postępowaniach dyscyplinarnych. Postępowanie wyjaśniające powinno dotyczyć innego zakresu niż konkretne zdarzenie, na podstawie którego zostało wszczęte. Sprawdzanie referatu sędziego, w poszukiwaniu jakichś uchybień, jako żywo przypomina znaną maksymę o znalezieniu paragrafu dla wyznaczonego człowieka…

Rzecz jasna fakt, że obwinione nie są osobami przypadkowymi, lecz znanymi działaczkami SSP „Iustitia”, stawia działania rzeczników w szczególnie niekorzystnym świetle. I muszę przyznać, że nie bardzo rozumiem celowość takiego działania. Skutków w zakresie prewencji ogólnej w ten sposób się nie osiągnie. Wręcz przeciwnie – można łatwo skompromitować całą ideę postępowań dyscyplinarnych. W zakresie prewencji indywidualnej i celów wychowawczych również trudno będzie o sukces. Czyli w sumie – po co to wszystko?

Co do meritum zarzutów trudno się wypowiadać, nie znając szczegółów. Sam fakt stwierdzenia opóźnień w sporządzaniu uzasadnień nie przesądza jeszcze zawinionego deliktu dyscyplinarnego. Nawet, jeśli w badanym okresie trzech i pół roku było to 170 przypadków. I nawet, jeśli wszystkie one byłyby nieusprawiedliwione. Wszystko zależy od szeregu okoliczności, w tym objętości referatu, stanu kadrowego wydziału, ogólnej ilości wniosków o uzasadnienia w danym referacie, urlopów, zwolnień lekarskich itp. Dopiero analiza wszystkich okoliczności może prowadzić do stwierdzenia, że nastąpiło rażące, oczywiste i zawinione naruszenie prawa. Przy braku wiedzy na ten temat nie sposób się wypowiedzieć w sposób bardziej konkretny. Zresztą z uwagi na sprawowaną funkcję i tak bym nie mógł tego zrobić.

W ostatnim czasie ujawniła się nowa sfera aktywności rzeczników dyscyplinarnych. Jak donosi prasa, zainteresowali się oni podejmowanymi na szeregu sędziowskich zgromadzeń ogólnych uchwałami dotyczącymi wstrzymania opiniowania kandydatów na sędziów do czasu wydania rozstrzygnięcia przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Już na wstępie ten kierunek działania musi budzić zdziwienie. Uchwały zgromadzeń są podejmowane kolegialnie, dotyczą od zawsze różnych kwestii ustrojowych, zatem – niezależnie od oceny tych konkretnych uchwał – trudno mówić o jakiejkolwiek odpowiedzialności dyscyplinarnej w tym zakresie. Tym bardziej, że wstrzymanie opiniowania nie blokuje procedury nominacyjnej i ma charakter wyłącznie symboliczny. W dodatku głosowanie jest tajne i nie da się ustalić, kto stał za poparciem danej uchwały.

Jeszcze większe zaskoczenie wywołuje opublikowana w mediach treść pism przesłanych prezesom sadów przez zastępcę rzecznika, w których domaga się również podania informacji na temat osób, które zgłaszały i rozpowszechniały projekt uchwały, także za pomocą poczty elektronicznej. I tu następuje konsternacja. O ile osoba zgłaszająca dany projekt jest zwykle ujęta w protokole, to kwestia ustalenia osób, które projekt rozpowszechniały, wymaga co najmniej przesłuchania świadków a w skrajnym przypadku – ingerencji w tajemnicę korespondencji w ramach służbowej poczty elektronicznej. Mam nadzieję, że nie taka była intencja kolegi rzecznika, aczkolwiek pismo zostało sformułowane w sposób umożliwiający niestety także taką interpretację. A co do pytania o listy obecności… Cóż, podobnej treści uchwały zapadły dotąd w 16 sądach. Jeśli rzecznik zamierza przesłuchiwać ponad 1000 sędziów biorących w nich udział, to pozostaje pogratulować pomysłu na marnotrawienie czasu sędziów i środków publicznych.  

Podsumowując, nowy tryb postępowań dyscyplinarnych budzi mieszane uczucia. Jak dotąd praktyka nie jest tak tragiczna w skutkach jak wieszczono. Nie ma jakichś masowych represji. Kilka głośnych postępowań wyjaśniających zostało umorzonych, a ogólna linia orzecznicza nie uległa wyraźnemu zaostrzeniu. Zapowiadana apokalipsa nie nastąpiła. Są też jednak elementy niepokojące. „Trałowe” postępowania dyscyplinarne nie mieszczą się w dopuszczalnych standardach prawnych. Nie wiadomo, jak ostatecznie ukształtuje się linia orzecznicza w Izbie Dyscyplinarnej. Pozostaje czekać na rozwój wypadków i bacznie obserwować przebieg sędziowskich postępowań dyscyplinarnych, gdyż mogą mieć one istotny wpływ na gwarancje praw obywatelskich w Polsce.

Powtórka z rozrywki

Był 16 grudnia 2011 r. Sejm przyjął rządowy projekt tzw. ustawy okołobudżetowej, która zakładała zamrożenie waloryzacji wynagrodzeń sędziowskich. Oznaczało to wynagrodzenie niższe o kwotę od 344,93 zł (w wypadku początkującego sędziego sądu rejonowego) do 799,24 zł miesięcznie (w wypadku długoletniego sędziego SN). Autorem projektu było Ministerstwo Sprawiedliwości kierowane wówczas przez Krzysztofa Kwiatkowskiego.

Trzy dni później, po błyskawicznej procedurze, poprawki do ustawy wniósł Senat. Zostały one rozpoznane 22 grudnia, a już 27 grudnia podpis na ustawie złożył prezydent Bronisław Komorowski. Cała procedura od III czytania w Sejmie, przez poprawki Senatu i podpis Prezydenta, trwała łącznie 13 dni, w tym sześć dni roboczych. Brzmi znajomo?

Skąd tak radykalna decyzja, łamiąca całkiem wówczas świeże ustalenia dotyczące sposobu kształtowania wynagrodzeń sędziów? Oficjalnym powodem była troska o finanse publiczne i wysokość deficytu budżetowego w związku z trwającym od 2 lat światowym kryzysem ekonomicznym. Wersja ta była jednak mało wiarygodna. Cóż mogło znaczyć zaoszczędzenie kilkudziesięciu milionów złotych rocznie, w stosunku do budżetu państwa?

Tajemnicą poliszynela był fakt, że zamrożenie wynagrodzeń stanowiło odwet ówczesnego premiera Donalda Tuska na sędziach, którzy przeprowadzili zorganizowaną przez SSP „Iustitia” akcję protestacyjną wysyłania do premiera czerwonych kartek.

Decyzja „dwuwładzy” ustawodawczo-wykonawczej spowodowała duże wzburzenie w środowisku sędziowskim. I nie chodziło tu o kwestie materialne – bez tych kilkuset złotych miesięcznie sędziowie dali sobie radę – ale o fundamentalną kwestię ustrojową: czy władza ustawodawcza może w sposób dowolny manipulować wynagrodzeniami sędziowskimi, gwarantowanymi przez art.178 ust. 2 Konstytucji.

Sędziowie próbowali przeciwdziałać tym niekorzystnym finansowo i ustrojowo rozwiązaniom. Po pierwsze, zostały opracowane wzory pozwów, które „Iustitia” przekazywała sędziom. Sporo takich pozwów zostało wniesionych. Po drugie, Pierwszy Prezes Sadu Najwyższego Stanisław Dąbrowski złożył w tym zakresie skargę konstytucyjną.

W dniu 12 grudnia 2012 roku Prezes Andrzej Rzepliński ogłosił wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie K 1/12. Z zainteresowaniem słuchali go sędziowie w całym kraju. Niestety, szybko przyszło rozczarowanie. Trybunał stwierdził – przy dwóch zdaniach odrębnych s. Wojciecha Hermelińskiego i s. Mirosława Granata- że zamrożenie wynagrodzeń nie narusza Konstytucji, o ile następuje jedynie na rok. Zasada stabilności budżetu okazała się nadrzędna wobec innych wartości konstytucyjnych. Bez znaczenia byłm.in. zarzut, że pospiesznie procedowana ustawa nie była konsultowana z Krajową Radą Sądownictwa. Trudno. Orzeczenia Trybunału są ostateczne i nikomu wówczas jeszcze nie przychodziło do głowy, by można je było kwestionować. Budżet państwa zaoszczędził jakieś ćwierć promila swoich wydatków (bo o taką mniej więcej skalę oszczędności chodziło), a sędziowie stracili po parę tysięcy złotych rocznie.

To nie koniec jednak oszczędnościowych pomysłów ówczesnego rządu kosztem sędziów. Na kolejny pomysł wpadł Minister Sprawiedliwości Cezary Grabarczyk. Od 1 stycznia 2015 r. stawki zwrotu kosztów przejazdu sędziów zostały ujednolicone i obniżone do kwoty 30 groszy za kilometr. Była to kwota w istocie symboliczna, gdyż przy przeciętnym zużyciu paliwa nie pokrywała nawet kosztów benzyny, nie mówiąc już o amortyzacji pojazdu. Warto przypomnieć, że podstawowa stawka dla pracowników delegowanych wynosiła i nadal wynosi 83 groszy za kilometr.

W związku z tym „Iustitia” ponownie przygotowała wzory pozwów, które były wnoszone przez sędziów pokrzywdzonych zaniżeniem wysokości stawek kilometrowych. Sprawy w sądach pracy toczyły się, aż w końcu17 grudnia 2015 r. jedna z nich trafiła na wokandę Sądu Najwyższego (sprawa III PZP 5/15).

Niestety, powiększony skład SN wydał uchwałę niezbyt korzystną dla sędziów sądów powszechnych. Uznał mianowicie, że pracodawca może swobodnie kształtować kwotę zwrotu kosztów przejazdu, chyba że ustalona stawka ryczałtu nie gwarantuje zwrotu kosztów przejazdu w wysokości obejmującej cenę biletu na określone środki transportu. Innymi słowy – „kilometrówka” może być symboliczna, ale musi wystarczyć na bilet kolejowy lub autobusowy… 

Z pewnością tego rodzaju rozstrzygnięcie nie wzmacniało pozycji sędziów względem Ministra Sprawiedliwości, który od tej pory mógł w sposób niemal dowolny wpływać w ten sposób na finanse sędziów dojeżdżających do pracy. Szczęśliwie temat stał się w istocie nieaktualny, gdy od stycznia 2016 r., za sprawą wiceministra Łukasza Piebiaka, wysokość „kilometrówki” została podniesiona z 30 do 60 groszy za kilometr, co może nie było całkowicie satysfakcjonujące, ale przynajmniej pokrywało rzeczywiste koszty benzyny.

Na tym jednak nie koniec. Kolejny pomysł ministra Grabarczyka na sięgnięcie do kieszeni sędziów pojawił się podczas procesu legislacyjnego w sprawie nowelizacji prawa o ustroju sądów powszechnych, zwanej Lex Biernacki. W trakcie dwóch kolejnych posiedzeń podkomisji poseł Robert Kropiwnicki (PO) zgłosił – formalnie jako poprawki poselskie – dwie „wrzutki legislacyjne”, czyli przygotowane w Ministerstwie Sprawiedliwości zupełnie nowe przepisy zdecydowanie niekorzystne dla sędziów. W zakresie „kilometrówek” przewidziano całkowitą rezygnację ze zwrotu kosztów przejazdu, ale – nie wiedzieć czemu – tylko dla sędziów sądów rejonowych. Sędziowie wyższych szczebli mieli to uprawnienie zachować, o ile mieszkali ponad 20 kilometrów od siedziby sądu. 

„Iustitia” po raz kolejny uznała te propozycje za zagrażające standardom konstytucyjnym. Art.178 ust.2 Konstytucji stanowi, że sędziom zapewnia się warunki pracy i wynagrodzenie odpowiadające godności urzędu oraz zakresowi ich obowiązków. Przepis Ustawy Zasadniczej w żaden sposób nie uzależnia tych warunków od szczebla sądownictwa. Nie było wiadomo zatem, skąd propozycja pozostawienia prawa do zwrotu kosztów dojazdu sędziom sądów okręgowych i apelacyjnych, a pozbawienia tego prawa sędziów sądów rejonowych. Również Krajowa Rada Sądownictwa krytycznie oceniła projekt, co doprowadziło notabene do kuriozalnej sytuacji, gdy dwoje parlamentarzystów PO zasiadających w KRS zgłosiło „zdanie odrębne” od krytycznej uchwały w tym zakresie, choć żaden przepis tak dziwnej formy nie przewidywał.

Protesty rzecz jasna na nic się nie zdały. Któż by tam słuchał głosu sędziów? 20 lutego 2015 r. Sejm uchwalił kontrowersyjne przepisy zgodnie z wersją rządową. Senat nie złożył poprawek. Jednak na skutek zmasowanej akcji środowiska sędziowskiego prezydent Komorowski podjął decyzję o skierowaniu ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Co prawda Prezydent z sześciu głównych zarzutów stawianych tej nowelizacji uwzględnił dwa: dotyczące dostępu Ministra Sprawiedliwości do akt spraw będących w toku oraz do systemów informatycznych sądów. Poza zakresem wniosku znalazła się niestety, m.in. kwestia likwidacji zwrotu kosztów przejazdu dla większości sędziów. Tym niemniej był to pierwszy znany przypadek, kiedy udało się – przynajmniej częściowo – powstrzymać wejście w życie szkodliwych dla funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości przepisów przygotowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości. 

W dniu 14 października 2015 r. Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok (Kp 1/15), w którym stwierdził, że przyznanie Ministrowi Sprawiedliwości prawa żądania akt każdej sprawy prowadzonej przez każdy sąd oraz wglądu w te akta jest niezgodne z Konstytucją. Co prawda, orzeczenie to nie dotyczyło „kilometrówek”, ale w rezultacie, na wniosek „Iustitii” prezydent Duda całą ustawę odesłał do Sejmu obecnej kadencji, który nie podjął nad nią dalszych prac.

Wydawać się mogło, że sięganie do kieszeni sędziów przejdzie do historii jako wstydliwy element walki z władzą sądowniczą. Jednak w grudniu 2018 r. pomysł niespodziewanie powrócił, w dodatku w formie kumulacji.

Podczas negocjacji z przedstawicielami protestujących pracowników administracji sądowej wiceminister Michał Wójcik zaproponował innowacyjny sposób sfinansowania postulowanych podwyżek wynagrodzeń. Otóż wyciągnął z lamusa i połączył wszystkie dotychczasowe pomysły swoich poprzedników i zaproponował całkowitą likwidację zwrotu kosztów przejazdu dla sędziów oraz jednoczesne zamrożenie waloryzacji wynagrodzeń sędziów, a także – to nowość – likwidację pożyczek mieszkaniowych. Takie trzy w jednym ponad podziałami…

Być może nie powinno być zaskoczenia. W ciągu trwającej już dwa lata wojny sądowej można było spodziewać się, że dwuwładza ustawodawczo-wykonawcza może w końcu sięgnąć po argumenty finansowe. Nic to, że są to pomysły forsowane niegdyś przez polityków obecnej opozycji. Jak widać, w dziedzinie sięgania do kieszeni sędziów politycy rożnych opcji potrafią być zaskakująco zgodni. Oczywiście tylko wówczas, gdy są aktualnie przy władzy, bo przejście do opozycji radykalnie zmienia punkt widzenia.

Propozycje ministra Wójcika, choć na razie nie przybrały konkretnej postaci projektów legislacyjnych, uznać należy za groźne i szkodliwe. Po pierwsze, choć Trybunał Konstytucyjny uznał niegdyś jednorazowe zamrożenie wynagrodzeń sędziów za konstytucyjne, to jednak powinno odbywać się to tylko w sytuacjach wyjątkowych, ze względu na trudności budżetowe państwa, jeżeli występuje w kontekście szerszego programu oszczędnościowego. Tymczasem, jak wiadomo z informacji przekazywanych przez stronę rządową, obecna sytuacja budżetowa jest bardzo dobra. O żadnych zatem trudnościach budżetowych i programach oszczędnościowych nic nie wiadomo. Zatem pomysł można zakwalifikować jedynie w kategoriach odwetu na środowisku sędziowskim za dotychczasowe protesty i poparcie postulatów płacowych pracowników.

Po drugie, zapowiadane oszczędności to kropla w morzu potrzeb. Pożyczki na cele mieszkaniowe sędziów kosztują rocznie 34 miliony złotych, a tak zwane kilometrówki, to dodatkowe 20 mln zł. Z tytułu jednorazowego zamrożenia wynagrodzeń można uzyskać około 60 milionów, ale tylko przez rok. W sumie całość oszczędności to 114 mln złotych rocznie, podczas gdy realizacja postulatów płacowych pracowników wymagałaby wyłożenia w ciągu roku niemal 500 milionów. Zakładane oszczędności stanowić więc mogą tylko ułamek potrzebnej kwoty, wobec czego trudno resortowe plany traktować poważnie.

Po trzecie, taki ewidentnie wrogi ruch pozbawiłby obecną władzę resztek poparcia dla swoich działań w środowisku sędziowskim. Poparcie to i tak utrzymuje się na dosyć niskim poziomie, ale po takim ruchu spadłoby praktycznie do zera. Co prawda politycy obecnej władzy nieraz już udowodnili, że niespecjalnie przejmują się swoimi notowaniami wśród sędziów (cóż znaczy grupa 10 tysięcy wyborców !), ale na dłuższą metę trudno sobie wyobrazić skuteczne reformowanie czy choćby zwykłe zarządzanie sądownictwem przy całkowitej negacji ze strony sędziów.

Po czwarte, zamierzone skłócenie pracowników z sędziami, do czego niewątpliwie zmierza ta propozycja, jest działaniem bardzo krótkowzrocznym. W dłuższej perspektywie jest to po prostu szkodliwe dla Polski, niezależnie od tego, która z partii będzie sprawowała władzę. 

Pozostaje mieć nadzieję, że reaktywacja niechlubnych projektów z przeszłości była jedynie chwytem retorycznym i w praktyce nigdy nie ujrzy światła dziennego. Czego wszystkim sędziom i sobie samemu życzę.