Sądownictwo na równi pochyłej

Nie jest dobrze być placem boju w głównym sporze politycznym w kraju. Znalezienie się w ogniu walki zwykle nie bywa doświadczeniem pozytywnym, nic więc dziwnego, że sędziowie odczuwają rosnący dyskomfort, co prawidłowej pracy orzeczniczej na pewno nie ułatwia. Niestety, z dnia na dzień spirala sporu w „wojnie sadowej” nakręca się coraz bardziej i wręcz trudno sobie wyobrazić, co może przynieść dzień kolejny. Co gorsza, poszczególne sytuacje coraz bardziej zaczynają ocierać się o granice absurdu, za którymi racjonalne argumenty nie mają już żadnego znaczenia.

Przykładów nie trzeba szukać daleko – ot wystarczy włączyć pierwszy z brzegu program informacyjny albo otworzyć gazetę czy zajrzeć do Internetu. I od razu pojawia się na przykład informacja o przeniesieniu w stan spoczynku kolejnych sędziów Sądu Najwyższego, którzy przekroczyli 65. rok życia. Niestety, prezydent Andrzej Duda nie stanął w tym przypadku na wysokości zadania, pozostawiając w służbie jedynie 5 sędziów z tej grupy wiekowej. Trzeba pamiętać, że od lipca w stan spoczynku zostało przeniesionych aż 21 sędziów, czyli 29% składu. Warto zauważyć, że wśród przeniesionych w stan spoczynku znaleźli się zarówno sędziowie, którzy nie chcieli się podporządkować rygorom ustawy i swoje oświadczenia oparli wyłącznie na Konstytucji (n. sędzia Stanisław Zabłocki), jak i ci, którzy złożyli wnioski w trybie ustawowym, które i tak nie zostały uwzględnione (np. profesorowie Jacek Gudowski i Wojciech Katner). W dodatku prezydencka decyzje, wydane zresztą nie w prawidłowej formie postanowienia, tylko zawiadomienia, nie zawierały uzasadnienia, podobnie zresztą jak wcześniejsze opinie KRS. W związku z tym zupełnie nie wiadomo, dlaczego jedni sędziowie uzyskali zgodę na dalsze orzekanie, a inni nie. Mimo to przenoszeni w stan spoczynku sędziowie podporządkowali się tej decyzji, choć czę1)ść z nich nadal uważa, że de iure są w stanie czynnym.

Z drugiej strony barykady pojawia się wypowiedź posła Piotrowicza, który stwierdził, że obecne zmiany są konieczne po to, żeby sędziowie, którzy są zwykłymi złodziejami dalej orzekali. I właściwie, co do zasady, trudno się z panem posłem nie zgodzić. Fakt, że niedawne orzeczenie SN, które pozostawiło w służbie sędziego przyłapanego na kradzieży części do wkrętarki, specjalnej chluby sądownictwu dyscyplinarnemu nie przynosi.

Ale jednak – znaj proporcjum mocium panie. Trudno zauważyć jakiś racjonalny związek pomiędzy motywem deklarowanym przez posła Piotrowicza, a działaniami wokół SN. Przypadki kradzieży wśród sędziów są zupełnie sporadyczne i zdarzają się wielokrotnie rzadziej niż w innych grupach zawodowych. Na 10.000 obywateli przypada rocznie średnio ponad 200 przestępstw, na taką samą liczbę sędziów – wielokrotnie mniej. W ciągu ostatnich dwóch lat ujawniono kilka przypadków kradzieży. Czy dla tych paru przypadków warto zmieniać ustawę, demolować Sąd Najwyższy i narażać się na poważne konsekwencje międzynarodowe? Naprawdę warto? Przypomina to przysłowiowe strzelanie z armaty do wróbla, przy czym ogniomistrz sam już nie pamięta po co strzela. Ważne jest, że strzał musi koniecznie paść. Koszty nie grają roli…

Wypowiedź posła Piotrowicza wywołała burzę wśród sędziów Sądu Najwyższego, którzy uznali, że wypowiedź ta odnosi się właśnie do nich. Ale biorąc pod uwagę kontekst sytuacyjny wydaje się, że sędziów SN dotyczy ona tylko w tym zakresie, w którym mieli oni zbyt łagodnie orzekać w postępowaniach dyscyplinarnych. Fakt, że poseł Piotrowicz nie wypowiedział się precyzyjnie, ale o ile cieszy się on wśród prawników złą sławą za dotychczasowe działania, to jednak nie każdą jego wypowiedź należy interpretować na niekorzyść.   

Drugi istotny motyw działania prezentowany przez przedstawicieli opcji rządzącej to usunięcie z Sądu Najwyższego „sędziów stanu wojennego”, czyli tych z nich, którzy w latach 80. wydawali wyroki skazujące opozycjonistów. Politycy prześcigają się tu w wymyślaniu coraz to nowych określeń – ostatnio padło słowo „ciemiężyciele”. Poza chwytliwymi hasłami, rzadko kiedy podaje się jednak konkrety. A konkrety są takie, że przed zmianami w SN orzekało ośmiu sędziów, których media wskazywały jako „sędziów stanu wojennego”. Dodajmy – media o proweniencji prawicowej, które trudno podejrzewać o zawężanie „kręgu podejrzanych”.  Z tych wymienianych w prasie sędziów do lipca 2018 r. pozostało w służbie dwóch. Z tego jeden nadal pozostaje w służbie, gdyż nie ukończył 65. roku życia. Zakładając nawet, że doniesienia medialne są prawdziwe (trudno to ocenić, bo nikt ich formalnie nie weryfikował) to jest to zbyt skąpa podstawa, by przedstawiać ją, jako realną, a nie jedynie propagandową, przyczynę znaczących zmian personalnych w SN.

Kolejna wypowiedź, która wywołała ostrą reakcję i skutkowała nawet przekazaniem sprawy zastępcy rzecznika dyscyplinarnego, to wypowiedź członka KRS sędziego Macieja Nawackiego, który stwierdził: „jeżeli ktoś łamie prawo, nie przestrzega go w sposób rażący, łamie porządek konstytucyjny w Polsce, to spotka się chociażby z odpowiedzialnością dyscyplinarną”, dodając, że dotyczy to również sędziów SN. Co do zasady z takim twierdzeniem trudno się nie zgodzić. Sędziowie nie są „nadzwyczajną kastą” i powinni ponosić odpowiedzialność za łamanie porządku prawnego. Ale wypowiedź ta padła w kontekście niedawnego orzeczenia SN o zwrócenie się z pytaniem prejudycjalnym do TSUE i zawieszeniu obowiązywania przepisów ustawy o SN. O ile samo pytanie większych kontrowersji nie budzi, o tyle zawieszenie obowiązywania przepisów ustawy przez sąd w ramach postępowania zabezpieczającego jest precedensem w polskim systemie prawnym i siłą rzeczy może wzbudzać kontrowersje i głosy krytyczne.

Tym niemniej koncepcja odpowiedzialności dyscyplinarnej za treść orzeczeń, zwłaszcza w tak nieoczywistych sprawach jak ta, nie jest właściwa. Tzw. delikt orzeczniczy może być, w mojej ocenie, istotnym zagrożeniem sędziowskiej niezawisłości. Jak bowiem może być w pełni niezawisły sędzia, który wie, że za określony pogląd prawny wyrażony w orzeczeniu może go spotkać „dyscyplinarka”? Warto jednak zauważyć, że nie jest to koncepcja nowa, a w orzecznictwie SN funkcjonowała od dawna. Najbardziej spektakularnym przykładem jest kazus sędziego Przysuchy, który za bezpośrednie stosowanie Konstytucji został kilka lat temu skazany dyscyplinarnie przez ten sam SN. Taki paradoks dziejów.

Oczywiście kluczowe znaczenie dla ewentualnej realizacji zagrożeń dla niezawisłości ma kształt przyszłej Izby Dyscyplinarnej SN. To sędziowie tej Izby będą bowiem decydować, czy delikt orzeczniczy podlega karze i czy mogą być skuteczne postępowania dyscyplinarne np. za wypowiedzi medialne. Będą również decydować, który z obwinionych sędziów może pozostać w zawodzie, a który nie. I nie dotyczy to sędziów – złodziei, ale także np. sędziów zaangażowanych w obronę dotychczasowego porządku prawnego czy mających inne zdanie niż aktualnie rządząca większość, a w skrajnych przypadkach – sędziów wydających orzeczenia nie po myśli władzy.

Z tych powodów obsada Izby Dyscyplinarnej była absolutnie kluczowa dla kwestii ochrony niezawisłości sędziowskiej. Jak wiemy – Krajowa Rada Sądownictwa nie stanęła w tym zakresie na wysokości zadania, nominując tam aż 6 prokuratorów, w dodatku znanych z bliskiej współpracy ze Zbigniewem Ziobrą. I tylko dwóch sędziów. Prokuratorzy, sądzący sprawy dyscyplinarne sędziów, to wizja cokolwiek koszmarna, a niebezpieczeństwa z tego wnikające są chyba oczywiste.

Co gorsza, wśród kandydatów znalazły się ewidentne wpadki. Okazało się, że pani radca prawna ma na koncie prawomocne skazanie dyscyplinarne. To samo okazało się w stosunku do pana prokuratora, który dodatkowo nie miał wystarczającego stażu pracy – doliczono mu okres przebywania w stanie spoczynku.

Nie można zgodzić się przy tym z tezą, że KRS nie ma obowiązku badania z urzędu kandydata, tylko opiera się na tych materiałach, które sam dostarczy. Jest wręcz przeciwnie. Konkurs do SN jest rzeczą na tyle poważną, że należy zrobić wszystko, co możliwe, aby wyeliminować niewłaściwych kandydatów. Nawet, jeśli ustawa wprost takiego obowiązku nie nakłada. Ale przede wszystkim należy powoli i rzetelnie przeanalizować każdą kandydaturę, nie ograniczając się do kwadransa wysłuchania i przejrzenia akt przez sprawozdawcę.

Czyż nie lepiej było w tej sytuacji spokojnie przeprowadzić analizę kandydatur i rozpoznać je na planowanym posiedzeniu w połowie września? Te trzy tygodnie były tak bezcenne, że nie można było poczekać? Czy może lepiej teraz czekać na zmiłowanie Prezydenta, który może odrzucić część kandydatur? Ciężko przejść nad tym do porządku dziennego.

Pewnym jest, że ekspresowa procedura nominacyjna nie sprzyjała jakości tego procesu. Jest to zresztą zupełnie oczywiste, skoro procedura była dużo bardziej uproszczona niż przy mianowaniu sędziego Sądu Rejonowego, nawet – sekretarza sądowego. W takim pospiechu pomyłek mogło być znacznie więcej i być może tylko kwestią czasu jest, abyśmy poznali kolejne bulwersujące fakty. I trudno się w tej sytuacji dziwić, że po takiej serii wpadek KRS została zawieszona w prawach członka Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa. Istniała szansa, aby oderwać się od złych korzeni w postaci wątpliwej procedury wyboru członków KRS, ale niestety została zmarnowana.

Wyłonienie kandydatur do Izby Dyscyplinarnej spowodowało dalsze nakręcenie sie sprężyny. Otóż sądy w Łodzi i Warszawie powzięły wątpliwość, co do własnej niezawisłości i skierowały w tym zakresie pytania prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Chodzi o wykładnię art. 19 ust. 1 akapit drugi Traktatu o Unii Europejskiej, który brzmi: „Państwa Członkowskie ustanawiają środki zaskarżenia niezbędne do zapewnienia skutecznej ochrony sądowej w dziedzinach objętych prawem Unii”. Czyli – mówiąc bardziej potocznie – o stwierdzenie, czy system prawny w Polsce gwarantuje prawidłową ochronę sądową.

Muszę przyznać, że mam z tymi pytaniami prawnym pewien kłopot. Choć wiele najnowszych rozwiązań ustawowych oceniam krytycznie, a nawet uważam je za niebezpieczne i szkodliwe, to jednak do głowy by mi nie przyszło, aby powziąć uzasadnioną wątpliwość, co do własnej niezawisłości. Owszem, gwarancje niezawisłości uległy ostatnio osłabieniu. Owszem, nowe postępowania dyscyplinarne, zwłaszcza w kontekście omówionego wyżej składu Izby Dyscyplinarnej, mogą budzić obawy. Jednakże na dzień dzisiejszy nie ma żadnych realnych (a nie jedynie potencjalnych) zagrożeń niezawisłości – nikt nie wpływa na orzekanie, sprawy są przydzielane elektronicznie i losowo, a teoria o usuwaniu sędziów nieprzyjaznych władzy jak dotąd znajduje się jedynie w sferze wyobraźni jej autorów.   

Przyznać jednak trzeba, że dzieje się ostatnio sporo, aby taki przekaz o zagrożeniach niezawisłości wzmocnić . Liderzy „Iustitii”: Krystian Markiewicz i Bartłomiej Przymusiński są wzywani na przesłuchania w sprawie wypowiedzi medialnych. Termin przesłuchania dostał także sędzia Igor Tuleya. Media donoszą, że sędzia Olimpia Barańska-Małuszek z Gorzowa, również znana z działalności w tym stowarzyszeniu, ma sprawdzany cały referat na kilka lat wstecz. Podobnie jest w przypadku sędzi Ewy Maciejewskiej z Łodzi, która zadała wspomniane wyżej pytanie prawne do TSUE. A z ostatnich doniesień wynika, że taką nadzwyczajną kontrolą został objęty także referat sędziego Akradiusza Krupy z Sądu Rejonowego w Łobzie, znanego autora satyrycznych rysunków na temat wymiaru sprawiedliwości. Czyżby rysowanie też zostało uznane za niegodne urzędu sędziego?

Fakt, że jak dotąd – na chwilę oddawania tego tekstu do druku – nikomu zarzutów dyscyplinarnych nie przedstawiono i wszystkie te sprawy są obecnie na poziomie postępowania wyjaśniającego. Możliwe, że podobnie jak w głośnej sprawie sędziego z Suwałk z dużej chmury będzie mały deszcz. Oby. Jednak tego rodzaju działania mogą być i są postrzegane jako próba skłonienia sędziów do ograniczenia swojej aktywności medialnej. I choć z tezami sędziów z władz „Iustitii” nader często zdarza mi się nie zgadzać, to jednak mają oni prawo do ich głoszenia i jakakolwiek próba ograniczenia obecności głosu sędziów w dyskusji publicznej nie powinna mieć miejsca. Zwłaszcza w taki sposób.

Trzeba jednak podkreślić, że ten postulat wolności słowa działa w obie strony. Skoro bronimy wolności wypowiedzi medialnych sędziów występujących przeciwko działaniom obecnej władzy, to ta sama zasada powinna dotyczyć także sędziów o poglądach przeciwnych. Jeśli nie potępiamy sędziego Waldemara Żurka za grożenie dyscyplinarkami członkom KRS, to nie powinniśmy też potępiać sędziego Macieja Nawackiego za postulat dyscyplinarek wobec sędziów SN. Nie ma tu miejsca na podwójne standardy.

Na koniec wreszcie – last but not least – kolejna odsłona „insurekcji krakowskiej”, czyli przeniesienie sędziego Waldemara Żurka do innego wydziału. Dodajmy – do wydziału w tym samym pionie cywilnym, tylko z drugiej instancji do pierwszej. Wg niektórych komentatorów jest to faktyczna degradacja. Jednak – jako sędzia orzekający w I instancji Sądu Okręgowego – nie odczuwam, aby mój wydział był w czymkolwiek gorszy od sąsiedniego wydziału, rozpoznającego odwołania od orzeczeń sądów rejonowych. Raczej jest to rzecz gustu,  upodobań i lokalnych zwyczajów. W każdym razie jakaś szczególna tragedia życiowa to raczej nie jest.

Na marginesie należy zauważyć, że do noweli z roku 2017 przenoszenie sędziów bez ich zgody do innego wydziału było normą. Nikogo nie dziwiło i nie oburzało przenoszenie nawet do innego pionu (z cywilnego do karnego i na odwrót). Co więcej, kolegia apelacyjne, rozpoznając odwołania przenoszonych bez zgody sędziów, zwykle tych odwołań nie uwzględniały, kierując się założeniem, że prezes ma zawsze rację. Oczywiście do czasu, kiedy byli „słuszni prezesi”, bo nowi „niesłuszni prezesi” nie mają racji nigdy.

Trudno ocenić, czy to przeniesienie było faktycznie uzasadnione, czy chodzi o bezzasadną szykaną ze strony nowej prezes Dagmary Pawełczyk-Woickiej. Pewnym jest, że sędzia Żurek nie jest ulubieńcem obecnej władzy politycznej i pozostaje w konflikcie z nową prezes. Z tego punktu widzenia przeniesienie akurat sędziego Żurka wydaje się być najgorszym z możliwych wyborów i sprowadzaniem sobie kłopotów na własne życzenie. Ale cóż… spirala nakręcona jest już zbyt mocno…

Ogólnie rzecz biorąc, ostatnie wydarzenia – a to są newsy zaledwie z kilku dni – sytuacja wygląda nieszczególnie. Spirala nakręca się coraz bardziej i coraz trudniej znaleźć osoby, które starają się zachować w tym wszystkim jakiś element zdrowego rozsądku. Sprawy zaszły za daleko.  Sądownictwo toczy się po równi pochyłej i nie za bardzo widać, by którakolwiek ze stron miała ochotę i możliwość, aby ten ruch zatrzymać.

O jeden most za daleko

Bitwa o Sąd Najwyższy wchodzi w kolejną fazę. Krajowa Rada Sądownictwa wybrała kandydatów do nowych Izb SN i na kilka wakatów w Izbach dotychczasowych. Można się spodziewać, że zgodnie z nową świecką tradycją prezydenckie nominacje nastąpią bardzo szybko. Wątłe uliczne protesty czy niemrawe działania organów europejskich raczej już tego walca nie zatrzymają. Przynajmniej na razie.

Rzecz jasna jeszcze długo będzie punkt zapalny, w postaci powołania nowej osoby na funkcję Pierwszego Prezesa SN. Dodajmy – na funkcję, która jeszcze przez prawie 2 lata pozostanie obsadzona. Trudno powiedzieć, czy znajdzie się chętny do tej misji, ale, znając życie – być może tak. Zapewne pojawią się problemy z wyłonieniem odpowiedniej liczby kandydatów w odpowiednim trybie, ale obóz rządzący już nieraz pokazał, że takie problemy załatwia szybką ścieżką legislacyjną maksymalnie w dwie doby. Zatem opór będzie pewnie daremny, a „samozwaniec” sięgnie po tron. Oczywiście straty Polski z tego tytułu będą ogromne, także na arenie międzynarodowej, ale najwyraźniej jest to poświęcenie, na które obóz rządzący jest gotowy.

Rodzi się w tym miejscu pytanie – po co to wszystko? Jak istotne są cele związane z głębokimi zmianami w Sądzie Najwyższym, że mają one uświęcać zastosowane środki? Na to pytanie już mało kto w ferworze walki zwraca uwagę. Można odnieść wrażenie, że – cytując klasyka socjaldemokracji Eduarda Bernsteina – cel jest niczym, a ruch – wszystkim. Rzeczywistym zaś motywem działania staje się po prostu postawienie na swoim bez wględu na koszty i pokonanie przeciwnika, który stawia zaskakująco duży opór.

To jest rzecz jasna uproszczenie. U źródeł niechęci (mówiąc delikatnie) obozu władzy do sądów w ogóle, a do Sądu Najwyższego w szczególności, stoją bowiem całkiem konkretne przesłanki, osadzone w praktyce ostatniego ćwierćwiecza. Inna rzecz – na ile te przesłanki są racjonalne i uzasadnione oraz na ile uzasadniają radykalne działania.  

Pierwszy i chyba najważniejszy zarzut, powtarzany przez polityków obozu władzy, to rzekomo postkomunistyczna tradycja SN. Pomijam już głoszone czasem tezy, że w SN nadal orzekają sędziowie, którzy skazywali na śmierć polskich patriotów w okresie stalinowskim. Pół wieku po zakończeniu stalinizmu jest to po prostu fizycznie niemożliwe. Większość stalinowskich oprawców przestała orzekać jeszcze w latach 50. Jedyny znany żyjący obecnie stalinowski sędzia – Stefan Michnik – nie został ukarany nie z powodu bezczynności polskiego wymiaru sprawiedliwości, lecz z powodu decyzji Szwecji o odmowie ekstradycji z powodu przedawnienia (wg szwedzkiego prawa). Historie o stalinowskich sędziach można więc śmiało włożyć między bajki.

Bardziej złożona jest kwestia historii najnowszej, a zwłaszcza sędziów, którzy orzekali w okresie stanu wojennego. Ale i tu upływ czasu jest bezlitosny. Jeśli ktoś zaczynał orzekać w roku 1981, w wieku 26 lat, to obecnie ma 63 lata i zbliża się do granicy stanu spoczynku. Zdecydowana większość sędziów z tamtego okresu już nie orzeka. Co jednak najważniejsze – samo rozpoczynanie kariery w okresie PRL nie jest w żadnym przypadku powodem do ujmy. Istotne jest, czy ktoś wówczas sprzeniewierzył się zasadom niezawisłości, a w szczególności – czy skazywał opozycjonistów na podstawie niekonstytucyjnego dekretu o stanie wojennym.

Faktem jest, że po roku 1989 środowisko sędziowskie – wbrew nadziejom prof. Adama Strzembosza – nie oczyściło się z osób, które w latach 80. sprzeniewierzyły się zasadom niezawisłości. Sąd Najwyższy też ma niestety w tym swój udział, gdyż w jednym z orzeczeń sprzed kilkunastu lat uznał za niedopuszczalne pociąganie do odpowiedzialności za delikty orzecznicze z czasów stanu wojennego. W praktyce zamknęło to możliwość pociągania do odpowiedzialności dyscyplinarnej „sędziów stanu wojennego”. Tylko niewielka grupka sędziów spotkała się z konsekwencjami większymi niż przeniesienie do mniej eksponowanego wydziału.   

Argumenty dotyczące dekomunizacji Sądu Najwyższego są o tyle chybione, że akurat ta instytucja – jako jedyna w wymiarze sprawiedliwości – podlegała weryfikacji w roku 1990. Wówczas wymieniono większość sędziów. Obecny skład SN pochodzi w zdecydowanej większości z naboru robionego po roku 1990.

W międzyczasie trafiali do SN sędziowie z niższych instancji. Niektórzy z nich faktycznie byli zaangażowani w „orzecznictwo stanu wojennego”, ale nigdy nie była to grupa dominująca. Prawicowe media wskazywały osiem nazwisk sędziów, którzy w latach 80. mieli wydawać wyroki skazujące opozycjonistów. Ośmiu na ponad osiemdziesięciu sędziów SN. Do lipca 2018 r. w czynnej służbie pozostały dwie takie osoby. Nawet zakładając prawdziwość tych zarzutów, to znikoma skala tego zjawiska raczej nie usprawiedliwia tak intensywnego ataku na SN.

Swoistym paradoksem jest przykład jednej z ofiar czystek w SN – sędziego Stanisława Zabłockiego. W latach 80. był on obrońcą także w procesach politycznych, a ukoronowaniem jego adwokackiej kariery było reprezentowanie rotmistrza Witolda Pileckiego w procesie rehabilitacyjnym. I teraz, w ramach zbiorowej dekomunizacji, taka osoba ma być przeniesiona w stan spoczynku. Wylanie dziecka z kąpielą – to bardzo łagodne określenie tego rodzaju działań.

 Drugim argumentem podnoszonym w obronie wprowadzanych zmian jest bezkarność przestępczości sędziów. Rzecz jednak w tym, że owe znane z wypowiedzi polityków i nieszczęsnej kampanii bilbordowej przypadki przestępstw sędziów można policzyć na palcach jednej ręki. Razem z wykroczeniami – na palcach dwóch rąk. Owszem, czasem postępowania dyscyplinarne trwały zbyt długo. Owszem, zapadło jedno kontrowersyjne orzeczenie, zgodnie z którym za wykroczenie w postaci kradzieży części do wkrętarki nie zastosowano najwyższego wymiaru kary dyscyplinarnej – wydalenia ze służby. Czy jest to jednak powód do tak drastycznych działań, w postaci skrócenia konstytucyjnej kadencji Pierwszej Prezes SN czy otwartej wojny prawnej z Unią Europejską?

 Można podejrzewać, że solą w oku obozu rządzącego są także wyroki, które zapadały w poprzednich latach, dotyczące spraw o podłożu politycznym, w których brali udział politycy obu zwaśnionych stron. Najbardziej chyba znana jest sprawa ministra Mariusza Kamińskiego i jego współpracowników z CBA, która, jak wiadomo, zakończyła się precedensowym ułaskawieniem prezydenckim. To znaczy – być może się zakończyła, gdyż procedury związane z tym postępowaniem nadal są w toku. Sąd Najwyższy naraził się w tej sprawie obozowi władzy, kwestionując – skądinąd zupełnie słusznie – możliwość zastosowania prawa łaski przed prawomocnym zakończeniem postępowania.

Druga istotna sprawa to równie słynne zarzuty korupcyjne wobec posłanki Sawickiej. Sąd Najwyższy doszedł tu do przekonania, że dowody zdobyte nielegalnie nie mogą służyć jako podstawa skazania. W tym miejscu jednak nastąpiła rozbieżność między legalistycznym rozumowaniem prawniczym, a potocznie rozumianą sprawiedliwością, gdyż wielu niefachowych obserwatorów nie mogło zrozumieć, jak osoba nagrana podczas przyjmowania propozycji korupcyjnych może uniknąć skazania.  

Trzeci istotny wątek to sprawa zwana w mediach trochę na wyrost „korupcją w SN”, a polegająca na tym, ze jeden z sędziów SN proponował swojemu koledze, też zresztą sędziemu, pomoc w napisaniu skargi kasacyjnej. Nikt nie poniósł wówczas odpowiedzialności dyscyplinarnej, co na pewno nie pomogło wizerunkowi SN jako ostoi sprawiedliwości. I zostało obecnie bezwzględnie wykorzystane.

W każdym razie politycy obozu władzy uznali, że atak na SN jest niezbędny, gdyż ten organ jest „głową” wymiaru sprawiedliwości. Jest to teza jednak tylko częściowo słuszna. Owszem, w dziedzinie kierunków orzecznictwa i wykładni prawa rola SN jest znacząca. W gruncie rzeczy – przesądzająca. Ale już w kwestii organizacji wymiaru sprawiedliwości jest ona żadna. Sąd Najwyższy w ogóle, a Pierwszy Prezes w szczególności, nie ma żadnych kompetencji w zakresie funkcjonowania sądownictwa powszechnego. Zarówno w kwestiach organizacyjnych, jak i personalnych cała władza skupiała się w poprzednim okresie na poziomie apelacji, które stanowiły swoiste udzielne księstwa. Jeśli więc ktoś ma w tym zakresie jakieś zastrzeżenia, to w żadnej mierze nie powinien ich kierować do SN. Dzieje się jednak inaczej i obecnie w celach propagandowych używa się nieraz argumentów, które z rzeczywistą rolą SN nie mają nic wspólnego. 

W sumie jednak trzeba stwierdzić, że podstawy do ataku na SN są mocno naciągane. Owszem, likwidacja Izby Wojskowej doprowadziła do przejścia w stan spoczynku kilku sędziów zaangażowanych w sądownictwo wojskowe stanu wojennego. Ale jak wytłumaczyć atak na pozostałe Izby? Jak wytłumaczyć chęć przeniesienia w stan spoczynku wybitnego cywilisty prof. Jacka Gudowskiego albo wspomnianego już sędziego Stanisława Zabłockiego? Czy wreszcie – jak wytłumaczyć potrzebę walki „na noże” o usunięcie ze stanowiska prof. Małgorzaty Gersdorf, która całe życie zajmowała się naukowo prawem pracy, w SN jest raptem od kilku lat, a z omawianymi wyżej zarzutami nie miała nic wspólnego?

 Istotną rolę w zakresie zmian w Sądzie Najwyższym miała do odegrania Krajowa Rada Sądownictwa. Pominę już w tym miejscu konstytucyjne zastrzeżenia, co do sposobu jej powołania, gdyż jest to temat wykraczający poza ramy niniejszego artykułu. Dość powiedzieć, że pomimo tych zastrzeżeń Rada funkcjonuje, a w lipcu i sierpniu odegrała kluczową rolę w zakresie SN. Niestety, wbrew nadziejom, które także ja miałem okazję przedstawiać na łamach „Rzeczpospolitej”, rolę tę odegrała źle. Wchodzący w skład KRS sędziowie nie stanęli na wysokości zadania, które przed nimi postawiła historia. I to dwukrotnie.

 Pierwsza sprawa to opiniowanie wniosków sędziów SN w wieku 65+ o pozostanie w służbie, pomimo przekroczenia nowego wieku spoczynkowego. Negatywnie zostały zaopiniowane trzy wnioski (sędziowie: Stanisław Zabłocki, Józef Iwulski i Jerzy Kuźniar), które zostały oparte bezpośrednio na Konstytucji i nie spełniały ustawowego wymogu załączenia zaświadczenia lekarskiego. Tu Rada postanowiła ściśle trzymać się tekstu nowej ustawy. I choć sami zainteresowani pozytywnej opinii bynajmniej nie oczekiwali, uznając cała procedurę za niekonstytucyjną, członkowie Rady nie wykroczyli poza poziom literalnej wykładni tekstu ustawy i nie skorzystali z możliwości, by tę trójkę wybitnych prawników zachować w stanie czynnym.

Dalej było już tylko gorzej. KRS negatywnie zaopiniowała także te wnioski (sędziowie: Jacek Gudowski, Wojciech Katner, Anna Owczarek i Maria Szulc), które spełniały wymogi ustawowe. Utajnienie obrad w tym zakresie, a także niezwykle lakoniczne uzasadnienia podjętych decyzji, z których nic nie wynikało, nie pozwalają na ustalenie, jakimi motywami się kierowano.

Co gorsza Krajowa Rada podjęła z własnej inicjatywy uchwałę, że prof. Małgorzata Gersdorf przeszła z początkiem lipca w stan spoczynku i nie pełni już funkcji Pierwszej Prezes. Tu również oparto się na literalnym brzmieniu ustawy, zupełnie pomijając kontekst konstytucyjny, zgodnie z którym kadencja Pierwszego Prezesa SN trwa 6 lat (do 30 kwietnia 2020 r.) i nie może być skrócona za pomocą ustawowych sztuczek.  

Czary goryczy dopełniły wybory kandydatów do Sądu Najwyższego. Wybory, które z niezbyt zrozumiałych przyczyn znacznie przyspieszono – z połowy września na koniec sierpnia. Spokojnie można było dać sobie czas na rzetelną analizę 200 zgłoszonych kandydatur. Tym bardziej, że nie jest to decyzja na rok czy dwa, tylko na lat kilkanaście. Pośpieszna procedura nie wróżyła niczego dobrego. Procedowanie rozpoczęto z dnia na dzień, nie czekając nawet na zakończenie przesłuchań kandydatów przez zespoły robocze. Ale najgorsze miało dopiero nadejść.

Stało się to podczas wyborów do nowych Izb: Dyscyplinarnej i Skarg Nadzwyczajnych, które będą miały kluczowe znaczenie dla losów praworządności w Polsce, bowiem zadecydują zarówno w kwestii usunięcia ze służby sędziowskiej, jak i w kwestii ważności wyborów oraz wzruszania prawomocnych orzeczeń sądowych. Z punktu widzenia funkcjonowania demokratycznego państwa prawnego są to kwestie najzupełniej podstawowe. Dlatego tak ważnym jest, aby w skład SN, a zwłaszcza obu nowych Izb, weszli doświadczeni i niezależni sędziowie.

Stało się jednak inaczej. Wśród 12 kandydatów do Izby Dyscyplinarnej znalazło się jedynie dwóch sędziów. Za to jest w tym gronie aż sześciu prokuratorów, zresztą wyższych szczebli i w dużej mierze znanych z bliskiej współpracy z ministrem Ziobrą. Taka nadreprezentacja prokuratorów nie znajduje żadnego uzasadnienia. Dotychczasowi prokuratorzy są bowiem przyzwyczajeni do zupełnie innych standardów w zakresie niezależności i podległości służbowej. Jak się później okazało – jeden z rekomendowanych prokuratorów ma w dodatku na koncie wyrok dyscyplinarny, nie ma za to wymaganego stażu pracy. Do tego doszedł radca prawny, znany w mediach z antysędziowskich wypowiedzi, doradca marszałka Sejmu w sporze o TK czy pełnomocnik ministra Ziobry ze sprawy o ochronę dóbr osobistych – zresztą jak się okazało – również karana dyscyplinarnie. Taki skład kandydatów jest szkodliwy i niebezpieczny dla przyszłych postępowań dyscyplinarnych, a co za tym idzie – dla zachowania gwarancji niezawisłości sędziowskiej. I nie zmienia tej opinii ostatnia rezygnacja karanej dyscyplinarnie pani mecenas z kandydowania.

Złego wrażenia związanego z wyłanianiem kandydatów do Izby Dyscyplinarnej nie zatarł fakt, że w kolejnych dniach Rada wyłoniła na ogół całkiem dobrych kandydatów do pozostałych Izb. Nie osłodzi tego fakt, że dopiero od tej kadencji KRS rozpoczęto transmisje z posiedzeń, co wcześniej było nie do pomyślenia. Ani fakt, że po raz pierwszy zaproszono na rozmowy wszystkich kandydatów, co dotychczas zdarzało się sporadycznie. Złe wrażenie pozostało i chyba dosyć trudno będzie je zatrzeć.

Teraz wszystko w rękach prezydenta Andrzeja Dudy. Zarówno w kwestii odesłania sędziów w stan spoczynku, jak i powołania nowych. Paradoksem historii jest, że prezydencka prerogatywa odmowy powołania sędziego, która dwa lata temu stała się zaczątkiem sędziowskich protestów, organizowanych m.in. przez Stowarzyszenie „Iustitia”, teraz jawi się jako szansa na zatrzymanie złych nominacji. 

W każdym razie wojna o SN trwa i zapewne potrwa jeszcze długo. Czy było warto ją zacząć? Czy koszty, także te międzynarodowe, są współmierne do potencjalnych korzyści? Mam co do tego poważne wątpliwości. I mam wrażenie, że dla obozu rządzącego ten atak na SN to był o jeden most za daleko.

Lis i lew

„Bić się czy nie bić?” – takie pytanie zadawał w roku 1976 Tomasz Łubieński w książce pod tym samym tytułem. Rzecz dotyczyła oceny sensowności i skutków polskich powstań narodowych. Temat był wielokrotnie omawiany przez historyków i publicystów, począwszy od krakowskiej szkoły historycznej w XIX w., a skończywszy chociażby na niedawnej publikacji „Obłęd 44” Piotra Zychowicza. Oczywiście problem jest bardzo szeroki i dotyczy w ogóle wyboru między romantycznym „mierzeniem sił na zamiary” a bardziej pozytywistycznym dostosowywaniu możliwie skutecznych działań do aktualnych realiów.

Przed podobnym problemem stanęli także w ostatnim okresie polscy sędziowie. Stało się tak na skutek prowadzonej przez dwuwładzę ustawodawczo-wykonawczą ofensywy antysądowej, na którą składał się długi szereg inicjatyw ustawodawczych i propagandowych. Rozwój sytuacji sprawił, że przed sędziami w coraz większym stopniu staje kwestia odniesienia się do zachodzących wydarzeń.       Na czerwcowym spotkaniu w biurze RPO prof. Marcin Matczak obrazowo określił ten problem – nawiązując do „Księcia” Machiavellego – jako wybór między postawą lisa i lwa. Czyli, między twardym oporem a działaniem uwzględniającym siły, środki i cele do osiągnięcia.

Lew czy lis? W dotychczasowych działaniach większość środowiska, w tym władze największego sędziowskiego stowarzyszenia „Iustitia”, opowiadały się za strategią lwa, czyli, mówiąc krótko, za twardym oporem wobec działań strony rządowej i odrzuceniem jakichkolwiek kompromisów. Pierwszym przejawem tej strategii był Kongres Sędziów, zorganizowany we wrześniu 2016 r., gdy jeszcze prawie żadne rządowe projekty w sprawie sądów powszechnych nie ujrzały światła dziennego, a jedyny oficjalny projekt w sprawie KRS zyskał w większości punktów pozytywną opinię „Iustitii”. Na Kongresie wybrzmiały różne głosy, także te krytyczne wobec dotychczasowego status quo, ale najbardziej przebiła się w mediach owacja na stojąco zgotowana prof. Rzeplińskiemu oraz słowa o „nadzwyczajnej kaście”, wypowiedziane wówczas przez sędzię Irenę Kamińską. Trudno stwierdzić, na ile ten mocny początek działań środowiska sędziowskiego skłonił polityków partii rządzącej do porzucenia prac nad korzystnymi dla sądów projektami i przejścia do projektów zdecydowanie mniej korzystnych, ale logika zdarzeń wskazuje, że taki wpływ mógł mieć miejsce.

Później bowiem wypadki potoczyły się szybko. W styczniu 2017 r. minister Ziobro rozpoczął „ofensywę styczniową”, zgłaszając pierwszy pakiet projektów ustaw sądowych, zdecydowanie już gorszych niż projekty wcześniejsze. W reakcji na to, w maju 2017 r. w Katowicach odbył się Kongres Prawników Polskich, którego wydźwięk był w wyraźnej kontrze wobec propozycji rządowych, a najbardziej nośnym medialnie zdarzeniem było „wybuczenie” prezydenckiego ministra Andrzeja Dery i skandowanie „konstytucja” wobec wiceministra sprawiedliwości Marcina Warchoła. Niedługo potem pojawił się „poselski” projekt ustawy o SN, który w istocie likwidował Sąd Najwyższy w całości. Potem były protesty uliczne, łańcuchy światła i chwilowa nadzieja w postaci dwóch wet prezydenta, szybko jednak pogrzebana przez nowe prezydenckie projekty, które zostały uchwalone ostatecznie w grudniu 2017 r.

„Taktyka lwa” trwała jednak nadal i zaczęła przejawiać się w bojkocie kolejnych instytucji wprowadzanych nowymi ustawami. Na pierwszy ogień poszły stanowiska prezesów sądów obsadzanych przez Ministra Sprawiedliwości w trybie specjalnym, czyli bez konsultacji, bez uzasadnienia i faksem. Zarząd „Iustitii” zaapelował wówczas o bojkot tych stanowisk. Niezbyt co prawda skutecznie, bo wielu członków stowarzyszenia te stanowiska objęło, za co spotkały ich później sankcje w postaci wykluczenia. Ale furtka „polityki bojkotowej” została otwarta.

Łatwej otworzyć niż zamknąć. Druga akcja bojkotowa dotyczyła powołania sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa zgodnie z nowymi zasadami, czyli przez Sejm. Także tu trudno uznać, że akcja zakończyła się powodzeniem, skoro liczba sędziów zgłoszonych w nowym trybie na kolejną kadencję Rady okazała się wystarczająca do jej obsadzenia. Jedynym skutkiem bojkotu jest fakt, że liczba kandydatów była ograniczona, a w składzie KRS znalazła się spora grupa nowych prezesów oraz sędziów delegowanych dotychczas do MS, co z punktu widzenia pomysłodawców bojkotu nie może być przecież uznane za sukces. W dodatku do Rady weszło kilku znanych działaczy „Iustitii”, co było notabene najlepszym wynikiem Stowarzyszenia w historii. Co prawda później zostali oni wykluczeni lub sami zrezygnowali z członkostwa, dzięki czemu liczba członków „Iustitii” w KRS zmalała z ośmiu do zera.    

Dotychczasowe akcje bojkotowe nie przyniosły więc jak widać zamierzonego skutku, w postaci zablokowania czy też przynajmniej opóźnienia wprowadzanych zmian. Możliwe za to, że przyniosły skutki negatywne, w postaci zarzucenia projektów korzystnych i wprowadzenia projektów niekorzystnych. Czyli jest tak samo jak w przypadku większości przegranych powstań narodowych – ofiary i ogólne pogorszenie sytuacji, przy ewentualnym osiągnięciu „moralnego zwycięstwa”. Nihil novi. Tylko czy aby na pewno o taki skutek chodzić nam powinno?

Na tym jednak nie kończy się dylemat „romantyk czy pozytywista”. Stał się on szczególnie aktualny w momencie, gdy w marcu ruszyły zablokowane od roku procedury nominacyjne w sądach powszechnych, a w czerwcu – procedury nominacyjne na nowe i wakujące stanowiska w Sądzie Najwyższym. Tu również pojawiły się różne postawy.

Wg pierwszej z nich, nawiązującej do tradycji romantycznych, nie należy w ogóle przez cztery lata startować w procedurach przed KRS wyłonioną w nowym trybie. Taka postawa ma jednak małe szanse, aby sprawdzić się w praktyce. Na 400 wolnych miejsc w sądach powszechnych zgłosiło się 1300 kandydatów, czyli średnio 3,25 osoby na jedno miejsce. To sporo, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że w niektórych okręgach panował dotychczas zwyczaj zgłaszania się jednego, wskazanego przez prezesa, kandydata na jedno miejsce. Teraz to się zmienia i nie powstrzymają tej fali zapowiedzi weryfikacji nowych nominacji po zmianie władzy politycznej. W przypadku procedury nominacyjnej do sądów powszechnych prawie nikt już nie wzywał do bojkotu, a i zapowiedzi przyszłej weryfikacji stały się jakby coraz cichsze. Nie było słychać, by zgromadzenia poszczególnych sądów odmówiły zaopiniowania kandydatów stających przed nową KRS. Wszystko wskazuje więc na to, że sytuacja nominacji w sądach powszechnych nie będzie już budziła większych kontrowersji prawnych, nowomianowani sędziowie będą normalnie orzekać i nie będzie problemów z ich przyszłą weryfikacją, czy też z ważnością wydawanych przez nich orzeczeń. Bo i takie wątpliwości były początkowo wysuwane.

Teraz na pierwszy plan wysunęła się kwestia Sądu Najwyższego. Również sędziowie SN stanęli w ostatnim czasie przed dylematem „lew czy lis”. Ustawodawca postawił ich bowiem w trudnej sytuacji, gdyż musieli podporządkować się nowej ustawie i złożyć oświadczenia o zamiarze dalszego orzekania albo przejść w stan spoczynku. Dylemat był poważny, gdyż art.180 Konstytucji gwarantuje sędziom nieusuwalność, natomiast nowa ustawa nałożyła dodatkowe obowiązki, w postaci złożenia stosownego oświadczenia wraz z zaświadczeniem lekarskim.

Sędziowie SN w wieku 65+ zareagowali na ten dylemat różnie. Dziesięcioro z nich przeszło z mocy prawa w stan spoczynku. Dziewięcioro sędziów SN złożyło oświadczenia zgodnie z nową ustawą, załączając do nich stosowne zaświadczenia lekarskie. Tak samo postąpili sędziowie Naczelnego Sądu Administracyjnego, z prezesem Zirk-Sadowskim na czele. Czyli można powiedzieć – taktyka lisa. Natomiast siedmiu sędziów SN wybrało taktykę lwa – złożyło oświadczenia o zamiarze dalszego orzekania, lecz nie w oparciu o ustawę, którą uznali za niekonstytucyjną, lecz w oparciu o art.180 Konstytucji, gwarantujący sędziom nieusuwalność. Trzech z nich uczyniło to w kwietniu, czyli w terminie przewidzianym ustawą, zaś czterech – dopiero w czerwcu, czyli po upływie ustawowego terminu, co zresztą z tego punktu widzenia było bez znaczenia, skoro nie uznawali działania ustawy. Rzecz jasna nie dołączyli do tego zaświadczeń o stanie zdrowia, mimo wezwania w tym zakresie skierowanego przez KRS.  

Nie mnie oceniać pod względem etycznym te zróżnicowane postawy. Ale trzeba zauważyć, że wynik zastosowania tych dwóch taktyk okazał się zróżnicowany. Taktyka lwa, co było do przewidzenia, zakończyła się jak dotąd niekorzystnie. Czterej sędziowie, którzy złożyli oświadczenia po upływie ustawowego terminu, zostali już oficjalnie przeniesieni w stan spoczynku. Z kolei sędziowie: Zabłocki, Iwulski i Kuźniar, którzy złożyli oświadczenia oparte na Konstytucji (bez zaświadczeń lekarskich), zostali niestety negatywnie zaopiniowani przez KRS. Z drugiej strony, także sędziowie SN, którzy dopełnili wszelkich formalności zostali potraktowani różnie. Sędziowie: Gudowski, Katner, Owczarek i Szulc niespodziewanie otrzymali negatywne opinie, mimo dostarczenia stosownych zaświadczeń lekarskich. Utajnienie obrad KRS w tym zakresie oraz lakoniczne uzasadnienia uchwał, nie pozwalają niestety na stwierdzenie, co było tego przyczyną.

Żeby było jeszcze ciekawiej, równolegle uruchomiono procedury nominacyjne do SN. Na razie do obsadzenia są 44 nowe miejsca, ale wkrótce będzie ich więcej, w związku z przejściem pewnej liczby sędziów SN w stan spoczynku. I znów powstał dylemat.

W przestrzeni publicznej pojawiły się różne głosy, niekiedy bardzo dramatyczne. Prof. Włodzimierz Wróbel pisał wręcz o wykluczeniu ze środowisk prawniczych i akademickich osób, które by się na taki krok zdecydowały. W podobnym tonie wypowiedział się prof. Adam Strzembosz, zapowiadając szybki koniec kariery osób kandydujących, czy też Łukasz Bojarski z INPRIS wieszczący „kolaborującym” kandydatom wieczną hańbę dla nich i dla ich potomnych. Te nerwowe reakcje nie są zbyt zrozumiałe w przypadku, gdy do obsadzenia są nowe stanowiska w nowych Izbach, a ich utworzenie w żadnej mierze norm konstytucyjnych nie narusza. Z drugiej strony pojawiło się pragmatyczne stanowisko, że jednak obecnie ukształtowany skład SN będzie miał kluczowe znaczenie dla najbliższych kilkunastu lat funkcjonowania polskiego wymiaru sprawiedliwości, więc warto, żeby zgłosiło się możliwie dużo dobrych kandydatów. Byłoby to z korzyścią zarówno dla samego SN, jak i dla sądów powszechnych, ale przede wszystkim dla obywateli stających przed sądami. W chwili pisania tego artykułu nie jest znana liczba zgłoszonych kandydatów, ale gdy zostanie on opublikowany będzie już jasne, która z koncepcji – lwa czy lisa – zwyciężyła.

Na pewno już wiadomo, że nie uda się jeden z pomysłów środowiska sędziowskiego, czyli obstrukcja procedury nominacyjnej, przez masowe zgłoszenia i zaskarżenia negatywnych decyzji KRS. Nie uda się przede wszystkim z powodu niezbyt dużego zainteresowania tym pomysłem wśród sędziów, a jedynie masowość takich działań miałaby jakiś sens. Mimo to, obóz rządzący postanowił przeciwdziałać temu iluzorycznemu zagrożeniu i w lipcowej noweli zawarł przepis faktycznie likwidujący możliwość odwołania się od decyzji nominacyjnej KRS. Po wejściu w życie tego przepisu odwołania od decyzji KRS nie będą wstrzymywały procedury nominacyjnej. Czyli tak naprawdę – pozostaną bez istotnego znaczenia.

Ten przykład dobitnie wskazuje, że z obozem rządzącym nie da się wygrać w otwartej walce, bo politycy – mając do dyspozycji parlament i urząd prezydenta – zawsze będą o krok przed sędziami. I zawsze zdążą zmienić reguły gry przed jej zakończeniem. Takich przykładów działań reaktywnych ze strony władz jest zresztą w lipcowej nowelizacji znacznie więcej. Gdy w jednym z okręgów nastąpiła – na znak protestu przeciwko nowemu prezesowi – obstrukcja samorządu sędziowskiego i zrywanie kworum na zgromadzeniach – wprowadza się przepis, wg którego kworum nie będzie już potrzebne. Gdy w jakiejś apelacji kolegium apelacyjne torpedowało decyzje prezesa wyrównujące obciążenie sędziów – wprowadza się odwołanie od tych decyzji do KRS zamiast do kolegium. Gdy wreszcie w jakimś okręgu wybrano nieakceptowanych z jakichś względów trzech kandydatów na zastępców rzeczników dyscyplinarnych, wprowadza się obowiązek wskazania aż sześciu kandydatów. Notabene w małych i średnich okręgach spełnienie tego warunku będzie graniczyło z cudem, bo już namówienie do kandydowania trzech osób bywało problematyczne.

Widać więc wyraźnie, że każda akcja rodzi reakcję. Reakcję zwykle niewspółmierną do problemu i przypominającą przysłowiowe wylewanie dziecka z kąpielą. Naprawdę nie jest konieczne wprowadzanie zmian ustawowych, aby rozwiązać lokalne problemy. Owszem, ten lokalny problem chwilowo się rozwiąże, ale złe rozwiązania ustawowe pozostaną na długo.

Z drugiej strony wydaje się, że polityka „twardego oporu” jak dotąd rezultatu nie przynosi. Przeciwnie – każda podejmowana akcja przynosi pogorszenie sytuacji. Dokładnie jak w przypadku narodowych powstań listopadowego czy styczniowego. W razie potrzeby politycy wywracają szachownicę i każą nam grać na nowej. Może należy więc rozważyć przejście od epoki romantycznych zrywów do pozytywistycznej pracy organicznej i pracy u podstaw? To pytanie pozostaje otwarte. Podstawowym celem jest bowiem utrzymanie niezawisłości sędziowskiej, a wybór metody „lwa” lub „lisa” zależeć powinien od realiów konkretnej sytuacji. 

Rządzi ten, kogo ludzie uważają za władcę

„W komnacie siedzi trzech wielkich ludzi, król, kapłan i bogacz, który ma złoto, a między nimi stoi najemnik, pozbawiony znaczenia człowiek o podłym pochodzeniu i niewielkim rozumie. Każdy z możnowładców rozkazuje mu zabić pozostałych dwóch. Król mówi: „Zrób to, albowiem jestem prawowitym władcą”, kapłan: „Zrób to, gdyż rozkazuje ci w imieniu bogów”, a bogacz: „Zrób to, a całe złoto będzie należało do ciebie”. Powiedz mi, kto ocali życie, a kto zginie?” – takie pytanie zadaje George R.R. Martin w swojej słynnej sadze „Pieśń lodu i ognia” znanej też jako „Gra o tron” ustami swojego bohatera Varysa. I odpowiada – władzę ma ten, kogo ludzie uważają za sprawującego władzę. 

Zagadka lorda Varysa przypomniała mi się w chwili, gdy znaczące zmiany personalne dotykają Sąd Najwyższy i pojawia się kwestia obsadzenia stanowiska Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego. Mamy bowiem właśnie do czynienia z punktem kulminacyjnym konfliktu o Sąd Najwyższy, co jest ostatnim aktem dramatu w wojnie o sądy.

Jak wiadomo, nowa ustawa o SN, która weszła w życie 3 kwietnia i była od tej pory już dwukrotnie nowelizowana, zakłada obniżenie wieku spoczynkowego sędziów Sądu Najwyższego do 65 lat. I nie byłoby w tym nic złego, Konstytucja bowiem zakłada określenie wieku spoczynkowego sędziów przez ustawę, a wiek 65 lat dotyczy zarówno sędziów sądów powszechnych, jak i obywateli w powszechnym systemie emerytalnym. Ale pojawił się problem związany z przepisami przejściowymi, dotyczącymi sędziów, którzy 65 ukończyli przed wejściem w życie ustawy. Zamiast oświadczenia o zamiarze dalszego orzekania – jak w przypadku zatrudnienia każdego zwykłego pracownika – przewidziano bardzo wątpliwą procedurę składania wniosku do Prezydenta, który w sposób dowolny mógłby decydować o utrzymaniu w służbie danego sędziego. W toku negocjacji z Komisją Europejską dodano jeszcze do tego opinię Krajowej Rady Sądownictwa. Innymi słowy – każdy obywatel ma prawo przejść na emeryturę, a sędzia SN ma taki obowiązek, o ile prezydent nie zezwoli na jego dalsze orzekanie.

Sędziowie SN zareagowali na ten dziwny przepis w sposób zróżnicowany. Troje skorzystało z możliwości wcześniejszego odejścia w stan spoczynku. Dziesięciu nie złożyło żadnego wniosku, w związku z czym przeszli w stan spoczynku 4 lipca. I tu sporu nie ma. Kolejnych 9 sędziów złożyło wnioski o dalsze orzekanie, w trybie przewidzianym ustawą. Na chwilę pisania tego tekstu są one na etapie opiniowania przez KRS. Najciekawsza jest jednak sytuacja prawna sędziów, którzy złożyli oświadczenia o chęci dalszego orzekania, ale nie w trybie przewidzianym ustawą, lecz bezpośrednio na podstawie konstytucyjnej zasady nieusuwalności sędziów. Tak zrobili m.in. Prezesi SN Stanisław Zabłocki i Józef Iwulski. No i jest wreszcie kazus Pierwszej Prezes SN, która nie złożyła żadnego oświadczenia, uznając, że Konstytucja gwarantuje jej dokończenie sześcioletniej kadencji bez konieczności składania żadnych dodatkowych oświadczeń i wniosków.

Dwa ostatnie przypadki są przedmiotem obecnego gorącego sporu politycznego i prawnego. Kwestia sędziów, którzy odeszli na własną prośbę, nie złożyli żadnych oświadczeń lub złożyli wnioski o przedłużenie orzekania zgodnie z ustawą wątpliwości nie budzi. Natomiast poważny orzech do zgryzienia będzie miał prezydent Duda z sędziami, którzy wniosków zgodnych z ustawą (wraz z zaświadczeniami lekarskimi) nie złożyli, ale za to wydali oświadczenia o zamiarze orzekania, oparte bezpośrednio na Konstytucji. Największym problemem dla władz jest sytuacja Pierwszej Prezes SN, która w ogóle żadnego formalnego oświadczenia nie złożyła, a jedynie ustnie oświadczyła, że chce nadal pozostać w stanie czynnym, czemu dała wyraz w praktyce, stawiając się w swoim miejscu pracy dzień po upływie ustawowego terminu przejścia w stan spoczynku.

Oczywiście sytuacja byłaby znacznie prostsza, gdyby prof. Gersdorf złożyła w terminie stosowne oświadczenie o zamiarze dalszego orzekania, jak to uczynił np. Prezes NSA prof. Zirk-Sadowski. W takim przypadku należałoby uznać, że postępowanie w zakresie wniosku jest w toku, co wytrzymywałoby jej przejście w stan spoczynku do zakończenia całej procedury. Pierwsza Prezes postanowiła jednak nie ułatwiać życia decydentom i poprzestała na oświadczeniu ustnym.

Zgodnie z nową ustawą sytuacja jest jasna. Ci sędziowie, którzy wniosek złożyli, musza czekać na arbitralną decyzję prezydenta. Pozostali przechodzą w stan spoczynku. Także ci, którzy złożyli oświadczenia oparte na Konstytucji i nie skorzystali ze swoistego koła ratunkowego, które podał im przewodniczący KRS sędzia Mazur, wnoszący o uzupełnienie braków formalnych w postaci dosłania zaświadczeń lekarskich. Zgodnie z treścią ustawy w stan spoczynku powinna przejść także prof. Gersdorf, która nie złożyła żadnego wniosku ani oświadczenia. Trybunał Konstytucyjny w tej sprawie się nie wypowiedział, więc istnieje domniemanie konstytucyjności i tyle. Pozornie wszystko jasne.

W rzeczywistości jednak sprawa jest o wiele bardziej złożona. Szczególnie w przypadku Pierwszej Prezes, której sześcioletnia kadencja została wprost zagwarantowana konstytucyjnie, zaś regulacje ustawowe zmierzają ewidentnie do obejścia przepisu Konstytucji i faktycznego skrócenia tej kadencji. O ile bowiem ustawodawca może ustalać wiek spoczynkowy sędziów, także wbrew ich woli, co potwierdził TK w roku 1998, to obniżenie tego wieku w toku kadencji organu konstytucyjnego nie może skutkować jej skróceniem. W innym bowiem przypadku wszelkie konstytucyjnie określone kadencje byłyby iluzją, gdyż ustawą zwykłą można by wprowadzać dowolne warunki skracające kadencję każdego organu konstytucyjnego. Na przykład, manipulując wiekiem emerytalnym albo wprowadzając dodatkowe warunki w przypadku mandatu posła albo prezydenta. Notabene, idąc takim tokiem rozumowania, klub Kukiz 15 złożył właśnie projekt określający wiek emerytalny posłów na 65 lat… Jak wszyscy, to wszyscy…

Z tego powodu prof. Gersdorf nie musiała spełniać żadnych dodatkowych warunków, aby dokończyć swoją kadencję. Rzecz jasna byłoby prościej, gdyby oświadczenie złożyła w terminie, ale nawet, jeśli tego nie uczyniła, to i tak ustawa tej kadencji skrócić nie może, a taki byłby de facto skutek opierania się wyłącznie na treści ustawy. A skrócenie kadencji byłoby oczywistym naruszeniem jednoznacznego przepisu Konstytucji i nie jest potrzebne orzeczenie TK, by mógł to stwierdzić każdy organ państwowy stosujący te przepisy. I nie można się dziwić stanowisku Zgromadzenia Ogólnego SN, które jednogłośnie uznało, że kadencja Pierwszej Prezes nie ulega przerwaniu i trwać ma do 30 kwietnia 2020 r.

W przypadku pozostałych sędziów SN, którzy złożyli oświadczenia w trybie pozaustawowym sytuacja jest mniej rażąca, jednakże także w tej sytuacji należałoby się poważnie zastanowić, czy jednak konstytucyjna norma nieusuwalności sędziów nie ma pierwszeństwa przed normą ustawy, skracającą wiek spoczynkowy. I pozostawić ich na stanowiskach, nawet jeśli nie dostarczyli zaświadczeń lekarskich, o które rozbija się cała sprawa.  

W tym miejscu widać wyraźnie brak wyobraźni po stronie autorów tych przepisów. Otóż, zarówno ustawodawca, jak i autor projektu, czyli prezydent nie przewidzieli takiego rozwoju sytuacji. Założono, że sędziowie SN w wieku 65+ podporządkują się nowej ustawie i posłusznie przejdą na spoczynek albo złożą wnioski o przedłużenie możliwości orzekania. Tymczasem tak się nie stało. Pierwsza Prezes wniosku nie złożyła i pozostaje na stanowisku, za aprobatą wszystkich sędziów SN. Grupa sędziów złożyła oświadczenia, ale nie w trybie ustawowym (bez zaświadczeń lekarskich). I mamy sytuację zupełnie patową.

Na pierwszej linii tego starcia znalazł się prezydent Duda. Najwyraźniej nie bardzo wiedział co z tą sytuacją począć, bowiem nie powołał tymczasowego p.o. Pierwszego Prezesa, do czego byłby zobowiązany w przypadku zwolnienia tego stanowiska. Pojawił się jedynie lakoniczny komunikat, że nie ma terminu do powołania p.o. prezesa. Istotnie, nie ma, ale trudno oczekiwać, że w razie wakatu na tym stanowisku stan zawieszenia może trwać przez długie miesiące. W rezultacie poza sporem jest jedynie to, że pod nieobecność prof. Gersdorf (np. z powodu urlopu, na który się wybiera) Sądem Najwyższym kierować będzie sędzia Iwulski. A i to tylko do czasu rozstrzygnięcia kwestii jego oświadczenia o dalszym orzekaniu.

Co może zdarzyć się dalej? Trudno prorokować w sytuacji, gdy każdy dzień przynosi nowe wydarzenia, a poranna opinia już wieczorem staje się nieaktualna. Cóż mówić o artykule, który przechodzi co najmniej kilkudniowy cykl wydawniczy. W każdym razie sytuacja zaczyna przypominać tę z książki George’a Martina. Większość środowiska prawniczego, włącznie z niżej podpisanym, uważa, że Pierwsza Prezes pełni swą funkcję do 30 kwietnia 2020 r. Inni (z prezydentem na czele) twierdzą, że od 4 lipca znajduje się w stanie spoczynku.

W tej sytuacji istotna jest kwestia uznania. Władcą jest ten, którego inni uznają za władcę. Jeśli sędziowie SN konsekwentnie będą uznawali prof. Gersdorf za Pierwszego Prezesa (a tak wynika z niedawnych uchwał), to będzie ona pełniła tę funkcję, nawet w przypadku pójścia na urlop. Niezależnie od tego czy osobiście, czy też przez zastępcę w osobie Prezesa Iwulskiego. Oczywiście ważna jest również postawa personelu niższego szczebla. W filmie „Walkiria” o niepowodzeniu antyhitlerowskiego przewrotu w 1944 r. decyduje dowódca batalionu wartowniczego (który jednych aresztuje, a innych wypuszcza) oraz szef telegrafistów (który jedne rozkazy puszcza a innych nie). Tak samo w tej sytuacji może mieć znaczenie postawa kadrowej, która udziela urlopu, księgowej, która nalicza wynagrodzenie (inne w stanie spoczynku niż w stanie czynnym) czy nawet dowódcy zmiany strażników. Czynniki zewnętrzne (sędziowie powszechni, organizacje prawnicze, demonstranci, media, politycy) mają znaczenie jako grupy wpływu, ale cała sytuacja rozegra się wewnątrz gmachu przy pl. Krasińskich.

W każdy razie obóz rządzący, przez brak wyobraźni, wpędził siebie i nas wszystkich w sytuację, z której dobrego wyjścia nie ma. Wszyscy okopali się na upatrzonych pozycjach i słabo widać możliwości sensownego wyjścia z tego pata. Upływ czasu niewiele tu zmieni, bo nawet powołanie 44 nowych sędziów SN (co nastąpi za kilka albo i kilkanaście miesięcy) też nie sprawi, że sytuacja zostanie naprawiona. Wśród nowych nominatów zapewne  nie będzie wyłącznie zwolenników prorządowej interpretacji prawa, a takich przypadków jak sędzia Pszczółkowski w TK z pewnością pojawi się więcej. I nawet jeśli znajdzie się jakiś kamikadze, który zechce być p.o. Pierwszego Prezesa (na razie takie informacje zostały zdementowane), to i tak pozostaje kwestia posłuchu wobec jego decyzji. A także późniejsza kwestia wyboru nowego Pierwszego Prezesa, do którego potrzebne jest wszak kworum i znalezienie aż pięciu kandydatów. Można zaryzykować proroctwo, że ta tymczasowa sytuacja przeciągnie się co najmniej do wyborów w roku 2019, a może i do końca kadencji prof. Gersdorf w kwietniu roku 2020.

Pozostaje też otwarta kwestia, co robić z obwieszczonymi wolnymi miejscami w SN, w symbolicznej liczbie 44. Są to w większości nowe etaty. 36 miejsc przewidziano w dwóch nowych Izbach: Dyscyplinarnej i Kontroli Nadzwyczajnej. Jedynie 8 miejsc obwieszczono w dotychczasowych Izbach i są to wakaty z lat ubiegłych. Ile miejsc zostanie obwieszczonych na miejsca tych sędziów, którzy na mocy nowych przepisów przejdą w stan spoczynku? Tego na razie nie wiadomo, bo nie zostały jeszcze rozpoznane wnioski o dalsze orzekanie. Na pewno będzie to co najmniej 14 miejsc (tylu sędziów odeszło na własną prośbę lub nie złożyło oświadczeń o dalszym orzekaniu), a najwyżej 30 (tylu sędziów przekroczyło 65 rok życia lub odeszło na własną prośbę).

Opinie co do startowania na stanowiska w SN są podzielone. Część sędziów uważa, że startować w ogóle nie należy, bo oznacza to stawanie przed niekonstytucyjną KRS. Są nawet propozycje wzywania do bojkotu konkursów, aczkolwiek nie wydaje się, aby miały one jakiekolwiek szanse powodzenia. Taką opcję reprezentuje m.in. autor akcji „Dziękuję, nie kandyduję” sędzia Jacek Ignaczewski. Ale już prezes Stowarzyszenia „Iustitia” sędzia Krystian Markiewicz takiego kandydowania nie wykluczył. A były Przewodniczący KRS sędzia Dariusz Zawistowski, podczas wystąpienia na zjeździe „Iustitii”, wprost zaapelował, aby najlepsi sędziowie kandydowali do SN, aby zachować poziom orzecznictwa. Jest to skądinąd słuszne, pragmatyczne stanowisko, bo jednak obecnie ukształtowany skład SN będzie miał kluczowe znaczenie dla najbliższych kilkunastu lat funkcjonowania polskiego wymiaru sprawiedliwości. Warto więc, żeby zgłosiło się możliwie dużo dobrych kandydatów. Byłoby to z korzyścią zarówno dla samego SN, jak i dla sądów powszechnych, ale przede wszystkim dla obywateli stających przed sądami. Miejmy nadzieję, że rozsądek zwycięży.

Oczywiście poszczególne wolne stanowiska nie powinny być oceniane w taki sam sposób. Można tu wyraźnie wyodrębnić trzy kategorie. Pierwsza, to obwieszczone obecnie stare wakaty w dotychczasowych Izbach. Tu większych wątpliwości moralnych być nie powinno, chyba, że ktoś w ogóle wyklucza udział w jakichkolwiek procedurach awansowych przed obecną KRS. Druga kategoria to miejsca zwolnione obecnie, na skutek obniżenia wieku spoczynkowego. Na razie nie są one obwieszczone, ale w najbliższym czasie należy się takich obwieszczeń spodziewać. Tu wątpliwości mogą się pojawić, bo chodzi o miejsca zwolnione w sposób nader wątpliwy pod względem konstytucyjnym. Trzecia kategoria to nowe Izby, zwane przez część środowiska „politycznymi”. Tu wątpliwości konstytucyjnych nie ma żadnych, bo ustawodawca może dowolnie tworzyć Izby SN i powierzać im rozpoznanie poszczególnych kategorii spraw. Wątpliwości budzi, co prawda, nowy tryb postępowań dyscyplinarnych i instytucja skargi nadzwyczajnej, ale nie samo tworzenie nowych etatów w SN. W tej kategorii stanowisk, jedyną wątpliwością pozostaje więc, jak przy każdym konkursie, samo stawanie przed nową KRS.

W każdym razie niewątpliwie zaczyna się przełomowy okres w stuletniej historii Sądu Najwyższego. Jaki jego kształt ostatecznie uzyskamy – czas pokaże.

Czy taki diabeł straszny?

W dniu 4 czerwca 2018 r. osiem podmiotów powołało Komitet Obrony Sprawiedliwości. Wśród sygnatariuszy KOS znalazło się Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”, a także stowarzyszenie Themis i sześć innych organizacji pozarządowych: Stowarzyszenie im. prof. Zbigniewa Hołdy, Stowarzyszenie Prokuratorów „LEX super omnia”, Inicjatywa Obywatelska „Wolne Sądy”, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Instytut Prawa i Społeczeństwa INPRIS oraz Archiwum Osiatyńskiego.

Powstanie KOS obfituje w historyczną symbolikę. Data powstania nawiązuje do rocznicy wyborów z 4 czerwca 1989 r. Natomiast nazwa niedwuznacznie nawiązuje do powołanego w roku 1976 Komitetu Obrony Robotników, zajmującego się wsparciem dla osób represjonowanych po robotniczych protestach z czerwca 1976 r.

Czym ma się zajmować ten nowy twór? W deklaracji czytamy, że KOS powstał z powodu zagrożenia dla niezawisłości sędziów i niezależności sądownictwa, jakie niosą reformy PiS oraz różne formy nacisków na sędziów i przedstawicieli innych zawodów prawniczych. Celami tego nowego podmiotu są m.in.: monitorowanie przypadków wywierania nacisków na sędziów, prokuratorów, adwokatów, radców prawnych i przedstawicieli innych zawodów prawniczych oraz informowanie opinii publicznej o takich przypadkach, a także zapewnianie osobom szykanowanym obrony i wsparcia.

Cele rzecz jasna są szczytne. Oczywiście zawsze należy alarmować opinię publiczną w sytuacji, gdy zagrożona jest sędziowska niezawisłość, a na sędziów wywierane są naciski czy – nie daj Boże – stosowane byłyby jakieś represje. Tego rodzaju monitoring ze strony mediów czy organizacji pozarządowych powinien być stosowany w każdym czasie. Zresztą jest już stosowany od dawna, gdyż w ramach „Iustitii” od wielu lat działa Zespół ds. Monitorowania Postępowań Dyscyplinarnych, który w przeszłości wielokrotnie udzielał wsparcia sędziom niesłusznie represjonowanym przez swoich nadzorców. Również w ramach Forum Współpracy Sędziów działa specjalny zespół do monitorowania przypadków naruszeń niezawisłości sędziowskiej. Teraz powstał trzeci podmiot zajmujący się tym samym.

Czy jednak aktualna sytuacja jest na tyle poważna, aby serio nawiązywać do Komitetu Obrony Robotników z roku 1976? W sferze faktów – nie wydaje się. Celowo mówię tu o sferze faktów, pomijając barwne niekiedy wypowiedzi polityków, np. wypowiedzi pewnej posłanki będącej też członkiem KRS albo wypowiedzi samego Ministra Sprawiedliwości lub jego najbardziej znanego zastępcy. Nie jestem politologiem i ocenę działań stricte politycznych i propagandowych wolę pozostawić fachowcom. Warto jedynie zauważyć, że politycy grają w inną grę i na innej planszy. Stawką są dla nich miliony głosów wyborców, a nie zdanie kilkudziesięciu tysięcy prawników. Sędziowie i sądy nie są dla polityków przeciwnikiem (tę rolę pełnią inni politycy), lecz przedmiotem propagandowych rozgrywek. Do czarnej i białej propagandy należy więc pochodzić z dużą dozą ostrożności.

Co zatem mamy w sferze faktów? Czy wystąpiły jakieś przypadki naruszania niezawisłości sędziowskiej albo nawet represjonowania sędziów za działania niezgodne z oczekiwaniami władzy? Pytany o to prezes „Iustitii” sędzia Krystian Markiewicz przytoczył jeden przykład postępowania dyscyplinarnego, dotyczący słynnej sprawy sędziego Dominika Czeszkiewicza z Suwałk. Przykład ten ma jednak dwie poważne wady. Po pierwsze, wątpliwy jest związek przyczynowy pomiędzy tą sprawą dyscyplinarną a wcześniejszym wyrokiem uniewinniającym protestujących działaczy KOD. Właściwie jedynym elementem łączącym te dwie sprawy jest osoba samego sędziego Czeszkiewicza. A przecież trudno oczekiwać, aby jakikolwiek sędzia miał dożywotni immunitet na postępowania dyscyplinarne, bo kiedyś wydal wyrok uniewinniający w jakiejś głośniej sprawie. Poza tym, tego typu wyroków uniewinniających zapadło w skali kraju już kilkadziesiąt, ciągle zapadają kolejne i jakoś żaden inny sędzia nie miał zarzutów dyscyplinarnych. Co jednak najważniejsze, to postępowanie dyscyplinarne zostało niedawno umorzone, więc nie ma już w ogóle podstaw do przyjęcia, że był to przykład represji politycznych.

Zwykle w takich sytuacjach podaje się jeszcze przykłady postępowań prokuratorskich odnośnie czynności sądowych podejmowanych w Szczecinie i Krakowie. Pierwsze z nich dotyczyło odmowy zastosowania tymczasowego aresztowania w sprawie menadżerów zakładów chemicznych w Policach. Istotnie, postępowanie to mogło budzić zaniepokojenie i  skutkować tzw. „efektem mrożącym”, czyli pojawieniem się wśród sędziów obawy, co do skutków niestosowania aresztów w innych głośnych medialnie sprawach. Ale postępowanie prokuratorskie w tej sprawie również zostało umorzone, więc obawa ta nie jest już aktualna. Drugie postępowanie dotyczy kwestii wynagrodzenia biegłych w procesie dotyczącym okoliczności śmierci ojca ministra Ziobry. Ta sprawa pozostaje w toku, ale nie została tam podjęta próba stawiania zarzutów prowadzącej ją sędzi Agnieszki Pilarczyk, wobec czego kwestia zagrożenia niezawisłości jest w tej sprawie jak na razie czysto teoretyczna.

Oczywiście popularna jest teoria, że obecny brak naruszeń niezawisłości to stan tymczasowy, a zaraz po ukształtowaniu się nowej struktury sadów dyscyplinarnych ruszą prześladowania. Czy jest to teoria uzasadniona? Futurologia nie jest nauką ścisłą i przy obecnej dynamice zdarzeń trudno przewidzieć, co się zdarzy za kilka tygodni, nie mówiąc już o miesiącach czy latach. Nawet w czasie między napisaniem tego artykułu a jego wydrukowaniem może nastąpić jakiś nagły zwrot akcji. Trzeba więc, rzecz jasna, brać pod uwagę różne scenariusze, nie wykluczając tych czarnych. Jest tylko kwestia ich prawdopodobieństwa.

Umiejętności wróżbity są mi najzupełniej obce, ale warto zauważyć, że podobny „koniec świata wolnych sądów” wieszczono już dwukrotnie. Wolne sądy miały zakończyć istnienie wraz z wymianą prezesów, która trwała od sierpnia ubiegłego roku do lutego roku bieżącego. Tymczasem okazało się, że nic podobnego nie nastąpiło. Operacja wymiany prezesów w co piątym sądzie, choć dla środowiska sędziowskiego nieprzyjemna i wykonana w mało elegancki sposób (słynne „odfaksowywanie” i „przyfaksowywanie”) w żaden sposób na niezawisłość sędziowską nie wpłynęła. Świadczą o tym najlepiej kolejne wyroki uniewinniające antyrządowych demonstrantów z Warszawy czy Puszczy Białowieskiej. A już najbardziej znacząca jest przegrana w I instancji ministra Zbigniewa Ziobry w procesie o ochronę dóbr osobistych wytoczonym przez sędzię Justynę Koska-Janusz, która poczuła się dotknięta negatywną opinią na swój temat zamieszczoną na stronie MS. Jeśli Minister Sprawiedliwości przegrywa głośną medialnie sprawę sadową, to trudno o lepszy argument, że z niezawisłością sędziowską nie jest wcale tak najgorzej.

Nawet w najbardziej zapalnym punkcie, jakim jest Sąd Okręgowy w Krakowie, jeśli odcedzić warstwę czysto propagandową, pozostaje niewiele. Okazuje się bowiem, że represje spotykające krakowskich sędziów sprowadzają się do zabrania im klucza do sali konferencyjnej (przez co zebranie odbyło się na korytarzu), wprowadzenia zakazu udzielania wywiadów na terenie sądu (co akurat jest normą w wielu okręgach) albo planów wprowadzenia monitoringu na zewnątrz budynku sądu… Dochodzą do tego wzajemne oskarżenia o wywieranie nacisków na sędziów w celu skłonienia ich do obsadzenia stanowisk funkcyjnych (ze strony nowej prezes) oraz w celu nieobejmowania tych stanowisk (ze strony zbuntowanych sędziów). Cóż, w tych okolicznościach można by się zastanowić, kto tu przez kogo jest właściwie prześladowany…

W każdym razie jakichś szczególnie niekorzystnych działań ze strony nowych prezesów nie widać. Ich podstawową winą jest fakt, że zostali powołani w takim a nie innym trybie. Rzecz jasna są głosy, że „dobrozmianowi” prezesi tylko się chwilowo przyczaili i już wkrótce rzucą się niepokornym sędziom do gardła. Jest to jednak czysta spekulacja, bo w ciągu kilku miesięcy sprawowania funkcji przez nowych prezesów takich tendencji nie widać.

O jakich zagrożeniach na przyszłość możemy realnie mówić? Wbrew pozorom, wśród kwestii najważniejszych dla niezawisłości sędziowskiej nie ma spraw w obecnej reformie najgłośniejszych – sposobu powoływania członków Krajowej Rady Sądownictwa oraz wymiany prezesów sądów. Zmiany w tym zakresie obniżają oczywiście poziom niezależności władzy sądowniczej, ale w sposób bezpośredni nie wpływają na niezawisłość sędziego w orzekaniu. Co najwyżej można mówić o wpływie pośrednim, a i to niekoniecznie. Prezesi nie mają żadnego realnego wpływu na orzecznictwo podległych sędziów, a stawanie do procedury awansowej przed obecną KRS nie jest przecież obowiązkowe.

Co można zatem uznać za gwarancje podstawowe, za swoistą granicę „non possumus”? Jak już kiedyś pisałem, gwarancje te tworzą swoisty „trójkąt niezawisłości”. Pierwszą ze ścian tego trójkąta jest kwestia braku odpowiedzialności sędziego za orzeczenia, które nie podobają się jego nadzorcom, w tym także nadzorującym sądy politykom. Drugą podstawową gwarancją jest nieusuwalność sędziego. Trzecią ścianą „trójkąta niezawisłości” jest niezmienność warunków pracy sędziego, w tym zakaz przenoszenia czy dowolnego obniżania wynagrodzenia.  

W obecnym pakiecie ustaw kwestia postępowań dyscyplinarnych jest potencjalnie najbardziej niebezpieczna dla wszystkich elementów „trójkąta niezawisłości”. Dotychczasowa linia orzecznictwa sądów dyscyplinarnych pozwala na karanie sędziów za wydane orzeczenia. Może być ona stosowana nadal w nowej procedurze dyscyplinarnej. W wyniku postępowań dyscyplinarnych może nastąpić zarówno usunięcie sędziego z zawodu, jak i przeniesienie na inne miejsce służbowe albo obniżenie wynagrodzenia. Dlatego tak istotne są szczegóły dotyczące postępowań dyscyplinarnych oraz praktyczne wykorzystanie nowych przepisów.

Ważna jest na przykład kwestia wyznaczania składów Sądu Najwyższego orzekających w sprawach dyscyplinarnych w drugiej instancji. Ustawa nie zakłada tu losowego przydziału spraw. To, co jest przytaczane jako sukces władz w sądach powszechnych, nie ma zastosowania w postępowaniu dyscyplinarnym przed SN. Oczywistością jest, że losowy dobór składu orzekającego jest ważnym elementem zapewnienia bezstronności sędziego. Nie jest to zresztą jedyny tego rodzaju przepis. Przykładowo rozprawy dyscyplinarne mają się odbywać także pod usprawiedliwioną nieobecność obwinionego i obrońcy. Niezrozumiałym jest, dlaczego odpowiadający dyscyplinarnie sędziowie mają mieć w tym zakresie gorszą sytuację niż przeciętny obywatel stający przed sądem powszechnym. Rzecz bowiem nie w tym, żeby sędziowie byli „nadzwyczajną kastą”, która za nic nie odpowiada, gdyż tak przecież nie jest. Jednakże nie jest możliwa do akceptacji procedura, w której sędziowie są traktowani jako „gorszy sort”, któremu nie służą zwykłe prawa obywatelskie do rzetelnego procesu.

Nowa procedura dyscyplinarna może potencjalnie stanowić zagrożenie dla niezawisłości. Fakt wyznaczania sędziów sądów dyscyplinarnych pierwszej instancji wg swobodnego uznania Ministra Sprawiedliwości z pewnością kwestii umacniania niezawisłości nie służy. Wiele zależy jednak od tego, kto i w jaki sposób będzie te nowe narzędzia stosował. Izby: Dyscyplinarna i Skarg Nadzwyczajnych będą miały kluczowe znaczenie dla losów praworządności w Polsce, bowiem zadecydują zarówno w kwestii usunięcia ze służby sędziowskiej, jak i w kwestii ważności wyborów oraz wzruszania prawomocnych orzeczeń sądowych. Z punktu widzenia funkcjonowania demokratycznego państwa prawnego są to kwestie najzupełniej podstawowe. Dlatego tak ważnym jest, aby w skład SN, a zwłaszcza obu nowych izb, weszli w miarę możliwości doświadczeni i niezależni sędziowie.

Na podstawie listy kandydatur z mojej apelacji skład sądu dyscyplinarnego pierwszej instancji można uznać za zrównoważony i rozsądny. W gronie kandydatów znaleźli się doświadczeni sędziowie z różnych szczebli sądownictwa, w tym sporo sędziów apelacyjnych, orzekających dotychczas w sprawach dyscyplinarnych. Czyli rewolucji nie ma. Co prawda znalazło się tam niespodziewanie także moje nazwisko, ale mam nadzieję, że nie pogarsza to nadmiernie ogólnie pozytywnego wydźwięku tej listy. Podobnie wybór nowego rzecznika dyscyplinarnego w osobie sędziego Piotra Schaba nie powinien budzić obaw.

Nie obeszło się, co prawda, bez poważnego zgrzytu, bowiem kandydaci nie zostali powiadomieni o swoim zgłoszeniu i w wielu przypadkach dowiedzieli się o tym z internetowej transmisji obrad KRS. Ten brak kurtuazji i dobrych obyczajów wielu sędziów słusznie oburzył. Do tego doszło niezrozumiałe dla odbiorców utajnienie dyskusji KRS w tym przedmiocie. Jakby nie mogło się to odbywać transparentnie. Ale nie zmienia to faktu, że – patrząc na znane mi nazwiska kandydatów – nie mam podstaw do obaw o jakość sądownictwa dyscyplinarnego w pierwszej instancji.

Zatem, jak dotąd, przebieg procesu wyłaniania nowych organów dyscyplinarnych nie wskazuje na możliwość realizacji czarnego scenariusza. Jest całkiem prawdopodobne, że pojawiający się w mediach „wariant turecki” pozostanie w sferze hipotez, co może niektórych polityków rozczarować.

Oczywiście co do instancji odwoławczej – istniejącej dotąd jedynie na papierze Izby Dyscyplinarnej w SN – musimy poczekać, gdyż do momentu oddania tego tekstu do druku nie było jeszcze nawet obwieszczeń o wolnych miejscach do obsadzenia. Pozostaje liczyć w tym zakresie na rozsądek członków KRS, którzy mają wskazać kandydatów do tej Izby.

W każdym razie na dzień dzisiejszy wolne sądy mają się w Polsce całkiem dobrze. A co przyniesie przyszłość i czy diabeł postępowań dyscyplinarnych okaże się tak straszny, jak go malują? Zobaczymy. Oby instytucje, takie jak Komitet Obrony Sprawiedliwości, pozostały bez zajęcia.

Dwa kroki w tył

W maju 2018 r. pojawiły się pierwsze dobre wieści dotyczące sądownictwa. Pierwsze od bardzo dawna, gdyż od czasu rozpoczęcia antysądowej ofensywy w styczniu 2017 r. dobra była tylko wieść o lipcowych wetach prezydenta do dwóch ustaw sądowych. Ale wówczas radość trwała krótko, ponieważ już po dwóch miesiącach pojawiły się projekty prezydenckie, tylko w pewnym stopniu lepsze od tych zawetowanych. Tym razem jest szansa na bardziej trwałe efekty.

Cóż takiego się dzieje? Przede wszystkim pojawiły się dwa nowe, korzystne projekty zmian w ustawach sądowych. Dla ułatwienia orientacji w tym gąszczu szybko uchwalanych przepisów można je nazwać nowelą kwietniową (ustawa z 12.04.2018 r.) i nowelą majową (ustawa z 10.05.2018 r.). Nowela kwietniowa właśnie wchodzi w życie. Nowela majowa wejdzie w życie 14 dni od dnia ogłoszenia.

Skąd ten nagły pośpiech w nowelizowaniu ustaw, które zostały uchwalone w grudniu 2017 r. i dopiero co zdążyły wejść w życie? Rzecz jasna podstawowym motywem jest mityczna „zagranica”, czyli spór o praworządność z organami europejskimi, który zabrnął niebezpiecznie daleko. Zagrożeniem jest możliwość zastosowania art.7  Traktatu o Unii Europejskiej. Istnieje także możliwość podważenia międzynarodowej wiarygodności polskich sądów, na skutek pytania irlandzkiego Sądu Najwyższego skierowanego do Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu. Decyzję Trybunału mamy poznać już w czerwcu i nie dziwią nerwowe reakcje przedstawicieli obozu władzy, bo skutki zakwestionowania niezawisłości polskich sądów mogłyby być fatalne.

Korzystnym skutkiem swoistych targów z Komisją Europejską są właśnie dwie nowele ustaw sądowych. Trudno je uznać za całkowity sukces, bo większość niekorzystnych przepisów pozostaje w mocy. Rzecz jasna można się spierać, czy szklanka jest w jednej czwartej pełna, czy w trzech czwartych pusta. To już zależy od podejścia. Malkontenci zawsze będą wskazywać, jak wiele nie zmieniono. Optymiści – cieszyć się z bezprecedensowego odwrotu dwuwładzy ustawodawczo-wykonawczej. Dotąd to się bowiem nie zdarzało i obowiązywała dyrektywa „ani kroku w tył”.

W każdym razie trudno uznać, że zmiany nie mają żadnego praktycznego znaczenia i są jedynie pozornym „pudrowaniem”. Jest tam bowiem sporo przepisów, które będą miały istotne znaczenie dla funkcjonowania Sądu Najwyższego i sądów powszechnych, a pośrednio także – dla losów obywateli stających przed sądami. A to w sumie jest w całej sytuacji najistotniejsze.

Co zatem się zmienia? Ograniczeniu ulega wszechwładza Ministra Sprawiedliwości w zakresie odwoływania prezesów sądów. Przypomnijmy, że przez pierwsze sześć miesięcy obowiązywania ustawy, do 12 lutego 2018 r., minister miał w tym zakresie władzę absolutną – mógł dowolnie odwołać każdego prezesa i wiceprezesa sądu, bez podawania uzasadnienia. Jak wiemy, z możliwości tej skorzystał w co piątym sądzie. Tak szeroki zakres władzy z zasadą niezależności sądów nie miał wiele wspólnego. Po 12 lutego minister miał już pewne ograniczenia – odwołanie mogło nastąpić tylko w przypadkach wskazanych w ustawie. Fakt, że zakreślonych dość szeroko, ale już całkowitej dowolności nie było. I odbiło się to na praktyce, bo w tym trybie przez trzy miesiące nie został odwołany żaden prezes.

Od 23 maja ograniczenia dla ministra ulegają zwiększeniu. Przed odwołaniem prezesa będzie musiał zasięgnąć opinii kolegium sądu, czyli organu wybranego przez samorząd sędziowski. Niestety, opinia ta nie będzie wiążąca, ale – podobnie jak przed rokiem 2017 – minister może odwołać się od niekorzystnej dla siebie opinii do Krajowej Rady Sądownictwa. W dodatku KRS może odrzucić wniosek Ministra większością 2/3, czyli 17 głosów. Nawet więc, gdyby wszyscy sędziowie z KRS byli przeciwni odwołaniu – nie wystarczy to do odrzucenia wniosku. W sumie zatem ten hamulec bezpieczeństwa utrudnia odwołanie prezesa, ale nie jest on aż tak mocny, jakby się mogło na pozór wydawać. Tym niemniej dobre i to.

Druga bardzo istotna dla sądów powszechnych zmiana to nowy skład kolegiów. Tu ustawodawca poszedł w bardzo dobrym kierunku, bowiem zwiększył reprezentację najliczniejszej grupy sędziów rejonowych. Sędziowie rejonowi, stanowiący 70% sędziów w okręgu, mieli dotąd jedynie połowę miejsc w ośmioosobowym kolegium. Z zasadami demokracji nie miało to wiele wspólnego. Tym razem każdy sąd rejonowy ma wybierać po jednym członku kolegium a zebranie sądu okręgowego – dwóch sędziów. Dodatkowo prezes i pierwszy wiceprezes zasiadają w kolegium z urzędu.

W rezultacie wszystkie kolegia w kraju będą liczyły łącznie 411 członków, w tym 319 sędziów sądów rejonowych i 180 sędziów okręgowych (licząc wraz z prezesami). W skali kraju proporcje (2:1) są zbliżone do rzeczywistego stanu zatrudnienia na obu szczeblach. W skali poszczególnych okręgów będzie to jednak wyglądać bardzo różnie. I tak, np. w okręgu białostockim są tylko trzy sądy rejonowe, więc kolegium będzie liczyło 4 sędziów ze szczebla okręgu (z prezesami włącznie) i 3 sędziów rejonowych. Z kolei w okręgu poznańskim jest aż 20 sądów rejonowych, więc będziemy mieli do czynienia z absolutną przewagą sędziów rejonowych w liczącym aż 24 osoby kolegium. Swoją drogą mam wątpliwości, co do praktycznych możliwości funkcjonowania aż tak dużego organu.

Ustawodawca nie byłby jednak sobą, gdyby nie stworzył przy okazji problemów poważniejszych. Nie jest to niczym dziwnym, jeśli się weźmie pod uwagę tradycyjny już pośpiech prac ustawodawczych i fakt zgłoszenia tego przepisu jako „wrzutki” w toku prac komisji. Czy jednak naprawdę do takiego trybu i jakości musimy się przyzwyczajać?

Przede wszystkim zabrakło przepisu przejściowego, który mówiłby, co zrobić z trwającymi kadencjami dotychczasowych kolegiów. Rzecz jasna nawet bez przepisów przejściowych wykładnia w tym przypadku nie powinna nastręczać trudności. Skoro nowa ustawa przewiduje inny skład kolegiów, to kolegia w dotychczasowym składzie funkcjonować nie mogą. I trzeba przeprowadzić nowe wybory wg nowych zasad.

Nie trzeba być jednak prorokiem, żeby przewidzieć, że brak jednoznacznego przepisu przejściowego spowoduje problemy. Zwłaszcza w obecnej, napiętej sytuacji. Tak też się stało. SSP „Iustitia” opublikowało stanowisko, w którym – przy dość karkołomnej argumentacji prawnej – stwierdziło, że dotychczasowe kolegia powinny funkcjonować do końca kadencji. Podobne stanowisko próbowano przyjąć na zebraniu wyborczym w Warszawie, lecz szczęśliwie nie udało się to z powodu braku kworum. Pewnie w innych miejscach w Polsce też takie komplikacje nastąpić mogą. Niestety, w tym przypadku ustawodawca wykazał się nie tylko słabą techniką legislacyjna, ale także brakiem perspektywicznego myślenia, ponieważ tych kłopotów łatwo można było uniknąć.

Nie jest to niestety koniec problemów. Nie określono na przykład, w jaki sposób liczyć kadencje nowych kolegiów. Do tej pory nie było z tym problemu, bo wszystkich członków wybierano na jednym zgromadzeniu. Teraz członkowie są wyłaniani przez każdy sąd z osobna i daty ich wyborów mogą się różnić o kilka czy kilkanaście dni. Jak liczyć ich kadencje? Od daty wyboru pierwszego czy może ostatniego? A może dla każdego z osobna? Biorąc pod uwagę, że kolegium jest organem obradującym ze znaczną częstotliwością, problem czasu kadencji może się po latach okazać istotny.

Problemem też jest nierówność głosów poszczególnych sądów rejonowych. Sąd liczący kilkudziesięciu czy ponad stu sędziów będzie miał taką samą reprezentację jak sąd kilkuosobowy. Czy jest to słuszne? W praktyce politycznej takie nierówności się zdarzają. Stan Wyoming ma taka samą reprezentację w Senacie USA jak kilkadziesiąt razy większa Kalifornia. Wprowadzenie wyborów proporcjonalnych w praktyce eliminowałoby przedstawicieli małych sądów. Czy jednak bardziej proporcjonalny podział mandatów miedzy sady rejonowe nie byłby lepszy i bardziej sprawiedliwy? To rzecz jasna pytanie na przyszłość.

Kluczowe zmiany dotyczą kwestii wieku spoczynkowego sędziów. Przede wszystkim zrównano wiek spoczynkowy kobiet i mężczyzn. Zróżnicowanie płci było zarzutem, który stał się podstawą skargi do Trybunału Sprawiedliwości, złożonej w grudniu 2017 r. przez Komisję Europejską. Obecnie problem ten znika, choć należy ubolewać, że grupa kobiet sędziów przeszła w stan spoczynku przed ukończeniem 65 roku życia, nie doczekawszy się zmiany przepisów.

Ważną zmianą jest również przeniesienie kompetencji w zakresie wyrażania zgody na przedłużenie okresu orzekania w wieku 65+ na Krajową Radę Sądownictwa. Dotychczasowe powierzenie tej kompetencji Ministrowi Sprawiedliwości zbyt mocno naruszało zasadę odrębności władzy sądowniczej. Istotne znaczenie ma również uprawnienie sędziów kobiet do dobrowolnego przejścia w stan spoczynku w wieku 60+. Taki model był postulatem „Iustitii” od czasu skokowego wydłużenia wieku spoczynkowego w roku 2012. I bez wątpienia zmiany te nie są kosmetyczne.

Co natomiast dobrego wprowadza nowela majowa? Przede wszystkim znaczące ograniczenie zakresu i możliwości wnoszenia skargi nadzwyczajnej. Dotychczas instytucja ta umożliwiała w praktyce podważanie wszystkich prawomocnych orzeczeń sądowych z ostatnich 20 lat. Nie trzeba dodawać, jak bardzo było to niebezpieczne dla stabilności systemu prawnego.

Teraz ulegnie to istotnemu ograniczeniu. Po pierwsze, wprowadzono ogólną zasadę, że skarga może być wniesiona, jeżeli jest to konieczne dla zapewnienia zgodności z zasadą demokratycznego państwa prawnego urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej. Po drugie, wprowadzono przesłanki szczegółowe – skarga może być wniesiona, o ile orzeczenie narusza konstytucyjne zasady, wolności i prawa człowieka, orzeczenie w sposób rażący narusza prawo albo zachodzi oczywista sprzeczność istotnych ustaleń sądu z treścią zebranego w sprawie materiału dowodowego. Skargę można będzie wnieść tylko wtedy, jeśli orzeczenie nie może być uchylone lub zmienione w trybie innych nadzwyczajnych środków zaskarżenia. W dodatku krąg podmiotów pośredniczących w składaniu skarg uległ ograniczeniu do Prokuratora Generalnego lub Rzecznika Praw Obywatelskich. No i – co równie istotne – w sprawach starszych niż 5 lat Sąd Najwyższy może ograniczyć się do stwierdzenia wydania zaskarżonego orzeczenia z naruszeniem prawa, nie uchylając go jednak.

Mówiąc krótko – z potencjalnego oceanu skarg nadzwyczajnych pozostało niewielkie jezioro. Nie grozi już raczej zalew Sądu Najwyższego przez setki tysięcy czy nawet miliony skarg nadzwyczajnych, co w dotychczasowym stanie prawnym było całkiem realne. Na pewno nowela wpłynie też korzystnie na stabilność systemu prawnego. Można, co prawda, marudzić, że przypomina to słynny dowcip o kozie, którą najpierw wprowadzono do zbyt ciasnego mieszkania, by po jej wyprowadzeniu stwierdzić, że mieszkanie jest całkiem luźne. I zapytać – po co nam w ogóle była ta koza? Ale bez wątpienia znaczne ograniczenie skargi nadzwyczajnej to duża ulga dla obywateli, którzy przez ostatnie 20 lat wygrali swoje sprawy przed sądami, a teraz zaczęli żyć w niepewności.

Drugą istotną nowością jest zmiana sposobu mianowania asesorów. Dotychczas czynił to Minister Sprawiedliwości, co było jednym z wielu przejawów nadmiernej przewagi władzy wykonawczej nad sądowniczą. Krajowa Rada Sądownictwa mogła wyrazić sprzeciw. Teraz asesorów mianować ma Prezydent na wniosek KRS, czyli dosyć podobnie jak w konstytucyjnym procesie mianowania na stanowisko sędziego. Różnica polega jedynie na tym, że w przypadku asesorów nie ma wolnego konkursu, tylko powstaje lista na podstawie wyników egzaminu w Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury. W każdym razie nowela rozwiązuje dylematy ustrojowe, co do pozycji asesora, które jesienią 2017 r. stały się podstawą do sprzeciwu KRS wobec wszystkich kandydatów na asesorów. Sprzeciwu, który zresztą w większości wypadków został cofnięty.

Wisienką na torcie miały być zmiany w zakresie stanu spoczynku sędziów SN w wieku 65+. Niestety, wisienka okazała się mocno niedojrzała. Owszem, jest mały krok naprzód. Początkowo wnioski sędziów o przedłużenie możliwości orzekania po ukończeniu 65 roku życia Prezydent mógł rozpoznawać w sposób zupełnie dowolny. W noweli kwietniowej wprowadzono możliwość zasięgnięcia opinii KRS. W noweli majowej jest już taki obowiązek. Tylko, że nadal nie rozwiązuje to zasadniczego problemu, jakim jest ustawowe skrócenie kadencji sędziów SN, a zwłaszcza konstytucyjnej kadencji Pierwszej Prezes SN. Ten problem mógłby rozwiązać jedynie przepis przejściowy, pozwalający tym sędziom na dalsze orzekanie do osiągnięcia poprzedniego wieku spoczynkowego.

Co dalej? Zobaczymy. Negocjacje trwają. W każdej chwili może pojawić się jakiś nowy projekt. Albo kilka projektów. Do 4 lipca – daty przejścia sędziów SN w stan spoczynku – piłka jest nadal w grze. I wszystko się może zdarzyć.

Trzeci akt dramatu

 W dniu 3 kwietnia zaczął się ostatni akt dramatu, znanego jako walka o sądy. Weszła w życie ustawa o Sądzie Najwyższym. Dla przeciętnego obywatela może się to wydawać równie abstrakcyjne jak kwestia Trybunału Konstytucyjnego. Niewielu bowiem ludzi ma okazję bezpośrednio zetknąć się z Sądem Najwyższym. Nawet sędziowie sądów powszechnych rzadko maja taki kontakt, bowiem sprawy trafiające przed oblicze SN zdarzają się sporadycznie. Tym niemniej trudno przecenić rolę Sadu Najwyższego w kształtowaniu linii orzecznictwa sądów powszechnych. Co prawda, orzeczenia SN co do zasady wiążą tylko w danej sprawie, ale poglądy w nich wyrażone mają w praktyce ogromne znaczenie dla treści orzeczeń, a to już ma istotne znaczenie dla każdego, kto przed sądem staje.

Do tego dochodzą kwestie postępowania dyscyplinarnego, które, wbrew pozorom, także są ważne dla obywatela, chcącego występować przed niezawisłym sądem. Nowe zasady postępowania dyscyplinarnego, a zwłaszcza możliwości usuwania sędziów z zawodu, stwarzają potencjalne niebezpieczeństwo dla sędziowskiej niezawisłości. Pośrednio mogą też wpływać na prawo obywatela do niezawisłego sądu. Jasnym jest więc, że kwestie przeprowadzanych obecnie zmian w Sądzie Najwyższym mają istotne znaczenie nie tylko dla wszystkich sędziów, ale także dla wszystkich obywateli RP.

Skąd się bierze tak duża determinacja władzy ustawodawczej i wykonawczej do dokonania istotnych zmian personalnych i organizacyjnych w najwyższym organie sądowniczym? Na pewno ma tu znaczenie ogólnie antyelitarne nastawienie obecnych władz. Sędziowie SN są niewątpliwie najbardziej elitarną grupa jurystów, więc nic dziwnego, że organ ten z natury rzeczy znalazł się w obszarze zainteresowań obecnej władzy. Pewnie dla kierunku i tempa prac miały też znaczenie zapadłe w ubiegłym roku orzeczenia niekorzystne dla władz, np. dotyczące ułaskawienia kierownictwa CBA czy trybu wyboru prezes TK.

Jednak główna przyczyna zmian kadrowych i organizacyjnych w SN wiąże się ze znanym hasłem „komuniści i złodzieje”. Otóż przedstawiciele obecnych władz są przekonani, że z jednej strony w polskich sądach w ogóle, a w SN w szczególności, zasiadają sędziowie, którzy w czasach PRL-u skazywali opozycjonistów, z drugiej pojawia się zarzut bezkarności sędziów popełniających czyny zabronione. W obu kwestiach tkwi ziarno prawdy. Czy jest to wystarczający powód do tak istotnych zmian strukturalnych i kadrowych? Czy może jednak jest to pogoń za mirażami?

Poglądy te opierają się na przekonaniu, że polskie sądy zostały żywcem przeniesione z epoki komunizmu, gdyż w 1989 r. nie przeprowadzono weryfikacji sędziów. W wystąpieniach publicystycznych, ale także w oficjalnych dokumentach rządowych, np. w Białej Księdze przedstawionej przez premiera Morawieckiego, pojawiają się nawiązania sięgające roku 1944 i zbrodni stalinowskich, które mają stanowić uzasadnienie dzisiejszych zmian.

Rzecz jasna kwestia sądowych zbrodni okresu stalinowskiego to już temat wyłącznie historyczny. Sprawcy tych zbrodni zazwyczaj nie żyją, a jeśli nawet żyją, to przebywają poza zasięgiem polskiej jurysdykcji, jak np. Stefan Michnik, stalinowski sędzia wojskowy, w którego sprawie Szwecja odmówiła ekstradycji. Osoby te na ogół zresztą zakończyły karierę sądową po roku 1956. Stąd hasło pociągnięcia do odpowiedzialności stalinowskich zbrodniarzy ma charakter czysto publicystyczny. Bardziej aktualna jest kwestia sędziów, którzy skazywali opozycjonistów w stanie wojennym. Faktem jest, że po roku 1989 środowisko sędziowskie – wbrew nadziejom prof. Adama Strzembosza – nie oczyściło się z osób, które w latach 80. sprzeniewierzyły się zasadom niezawisłości.Tylko niewielka grupka sędziów spotkała się z konsekwencjami większymi niż przeniesienie do mniej eksponowanego wydziału. Żałuję, że tak się stało, ale czy jest to powód, aby 28 lat później przedstawiać to jako główną bolączkę wymiaru sprawiedliwości?  

Zdecydowana większość sędziów obecnie orzekających otrzymała nominacje już po roku 1990. Większość zna stan wojenny tylko z książek i filmów, a w najlepszym wypadku z wczesnego dzieciństwa. Sędziów pamiętających czasy stanu wojennego jest niewielu i zbliżają się już oni do granicy stanu spoczynku. Nie ma jednoznacznych danych, dotyczących liczby sędziów SN skazujących opozycjonistów w latach 80. Prawicowe media podają zwykle trzy nazwiska. Niekiedy pojawia się liczba sześciu lub siedmiu osób. Nawet, jeśli przyjmiemy wersję maksymalną i założymy, że wszystkie wyroki skazujące wydane przez tych sędziów można uznać za niesprawiedliwe, to i tak zmiany kadrowe na poziomie 34 osób (40% składu SN) nie są uzasadnione.

Drugim argumentem, podnoszonym w obronie obecnych zmian, jest bezkarność przestępczości sędziów. Jednak owe znane z kampanii bilbordowej przypadki przestępstw sędziów można policzyć na palcach jednej ręki. Razem z wykroczeniami przeciwko mieniu – na palcach dwóch rąk. A czy są przykłady „absolutnej bezkarności” przestępczej działalności sędziów w ostatnim czasie? W znanych mi kilku przypadkach udowodnione przestępstwo zawsze wiązało się z usunięciem ze służby. Owszem, był głośny ostatnio przypadek, gdy sędzia skazany dyscyplinarnie za wykroczenie przeciwko mieniu (kradzież części do wkrętarki) nie został wydalony ze służby, właśnie na mocy orzeczenia SN. Czy jednak ten jeden kontrowersyjny cokolwiek wyrok powinien być podstawą do radykalnych zmian systemowych? Można wątpić.

Trzeci motyw zmian to rzekoma niesprawiedliwość dotychczasowych orzeczeń sądowych. Stąd pomysł skargi nadzwyczajnej, która ma objąć wszystkie orzeczenia z ostatnich dwudziestu lat, czyli sprawy liczone w dziesiątkach milionów. Czy taki nadzwyczajny tryb – poza efektem czysto propagandowym – może przynieść jakieś korzyści?  I czy w ogóle taka masowa weryfikacja wyroków jest uzasadniona? Wątpliwe.

            Autorzy koncepcji skargi nadzwyczajnej najwyraźniej oparli się na własnych doświadczeniach zdobytych w czasie udzielania pomocy prawnej pod nazwą „Duda Pomoc”. Niewątpliwie, po wysłuchaniu wyłącznie osób uznających się za pokrzywdzonych przez sądy, można nabrać ochoty na całkowite zrewidowanie dotychczasowego orzecznictwa. Podobnie jest, gdy swoją opinię kształtuje się tylko na podstawie licznych pisemnych skarg i donosów, które coraz szerszym strumieniem wpływają do polityków. I często politycy, bezkrytycznie dając wiarę tym skargom, kształtują swoją negatywną opinię o sądach. Ale od racjonalnego ustawodawcy można by oczekiwać większej wstrzemięźliwości.

            W rezultacie bowiem skarga nadzwyczajna może przynieść więcej szkody niż pożytku. Możliwość wzruszenia każdego orzeczenia sądowego spowodować może niebywały chaos prawny. Żaden występujący przed sądem obywatel nie będzie mógł się czuć bezpiecznie, ponieważ nie będzie pewny, czy wygranie przez niego sprawy nie zostanie za kilka lat podważone. Co prawda ustawodawca przytomnie ograniczył liczbę podmiotów uprawnionych do wniesienia skargi, przez co jest szansa, że zakorkowaniu ulegnie nie SN, tylko te właśnie podmioty. Ale marna to pociecha, gdy łączną liczbę skarg można szacować na co najmniej kilkaset tysięcy.

Generalnie zmiany w SN przypominają wylanie dziecka z kąpielą. Dla odsunięcia od orzekania co najwyżej kilku osób o wątpliwych orzeczeniach w czasach stanu wojennego nie ma potrzeby radykalnej zmiany personalnej sięgającej 40% składu SN. Dla sprawiedliwego karania dyscyplinarnego można by wprowadzić pewne zmiany w procedurze, ale rewolucja konieczna nie jest. Dla skorygowania wadliwych orzeczeń wystarczą dotychczasowe nadzwyczajne środki zaskarżenia, których podstawy można by rozszerzyć. Tworzenie nowego nadzwyczajnego środka i specjalnej nadzwyczajnej izby SN zupełnie mija się z celem.

Pomimo głosów krytycznych, nowe przepisy weszły jednak w życie. I w tym momencie pojawia się znane z historii pytanie: „co robić?”. Pierwszy dylemat dotyczy dotychczasowych sędziów SN w wieku 65 plus. Mogą oni poddać się wątpliwej konstytucyjnie i cokolwiek upokarzającej procedurze przedłużania możliwości orzekania albo przejść w stan spoczynku. Nieco mniejszy dylemat mają młodsi wiekiem sędziowie SN, którzy mogą pozostać lub dobrowolnie przejść w stan spoczynku, ale także oni muszą się zastanowić, czy chcą funkcjonować w nowym modelu SN.

W chwili oddawania tego tekstu do druku nie było wiadomo, jaka liczba sędziów SN zdecyduje się na złożenie wniosków o przedłużenie, a ilu z nich skorzysta z możliwości uzyskania wcześniejszego stanu spoczynku. Nie wiemy też, ile z tych wniosków zostanie uwzględnionych. W każdym razie pozostaje mieć nadzieję, że możliwie duża liczba sędziów SN pozostanie na swoich stanowiskach. Gwałtowne zmiany kadrowe nie działają bowiem na korzyść żadnej instytucji. Tym bardziej taka instytucja jak Sąd Najwyższy potrzebuje stabilizacji.

Drugi dylemat dotyczy kandydowania na wolne miejsca w Sądzie Najwyższym. Rzecz jasna można kontynuować linię „twardego oporu” i bojkotować wszelkie nowe instytucje, włącznie z nowymi izbami w SN. Tym bardziej, że w tej procedurze trzeba wystąpić do nowej KRS, co – wg niektórych przedstawicieli środowiska – jest czynem niegodnym i świadczy o braku kwalifikacji do pełnienia funkcji sędziego w postaci nieskazitelnego charakteru. Szczęśliwie są to głosy niezbyt reprezentatywne, o czym świadczą wyraźnie liczne zgłoszenia sędziów do procedury awansowej przed nowa KRS.

Stowarzyszenia sędziowskie „Iustitia” i „Themis” nie opublikowały wezwań do bojkotu procedury nominacyjnej. W licznych ostatnio uchwałach samorządu sędziowskiego, krytycznych wobec obecnych zmian ustawowych, również nie dostrzegłem apeli o bojkot. Przeszkód formalnych zatem najwyraźniej nie ma. Ryzyka wywieszenia nazwisk na bilbordach – jak to miało miejsce w kampanii przeciwko nowym członkom KRS – również chyba być nie powinno.

Są natomiast poważne argumenty za udziałem w takiej procedurze, zwłaszcza dotyczącej nowych Izb: Dyscyplinarnej i Skarg Nadzwyczajnych. Izby te będą miały kluczowe znaczenie dla losów praworządności w Polsce, bowiem zadecydują zarówno w kwestii usunięcia ze służby sędziowskiej, jak i w kwestii ważności wyborów oraz wzruszania prawomocnych orzeczeń sądowych. Z punktu widzenia funkcjonowania demokratycznego państwa prawnego są to kwestie najzupełniej podstawowe. Dlatego tak ważnym jest, aby w skład SN, a zwłaszcza obu nowych izb, weszli w miarę możliwości doświadczeni i niezależni sędziowie, a niekoniecznie prawnicy przyzwyczajeni do podległości służbowej. Izba Dyscyplinarna złożona z 16 dotychczasowych prokuratorów nie byłaby jednak dobrym rozwiązaniem. Z całym szacunkiem dla tego trudnego zawodu.

Oczywiście można się zastanawiać, czy odrębna Izba Dyscyplinarna jest w ogóle potrzebna do czegokolwiek, poza realizacją populistycznych haseł przez polityków. Całkiem możliwe, że dotychczasowy wydział zajmujący się sprawami dyscyplinarnymi był najzupełniej wystarczający. Sam fakt stworzenia nowej Izby nie jest rzecz jasna niczym zdrożnym, można mieć jedynie wątpliwości, czy przyznana Izbie Dyscyplinarnej autonomia nie jest zbyt duża. Można też mieć wątpliwości, czy proporcje etatów sędziowskich są dobrane właściwie (16 w Izbie Dyscyplinarnej wobec np. 29 w znacznie bardziej obciążonej Izbie Karnej). Dotychczasowy poziom postępowań dyscyplinarnych sędziów to przecież tylko kilkadziesiąt spraw rocznie.

Spore kontrowersje budzi też przewidziany ustawowo 40% dodatek do wynagrodzenia sędziów Izby Dyscyplinarnej. Motywowany jest on faktem, że sędziowie dyscyplinarni nie będą mogli podejmować dodatkowego zatrudnienia, w przeciwieństwie do pozostałych sędziów, mogących osiągać spore dochody z pracy dydaktycznej. Czy są to dochody rzędu akurat 40% wynagrodzenia – trudno stwierdzić, ale na pewno za tak istotne obostrzenie należy się stosowna rekompensata. I nie musi ona wcale oznaczać jakiegoś szczególnego wynagradzania akurat sędziów dyscyplinarnych.

W stosunku do tego specjalnego dodatku rzecznik prasowy „Iustitii” użył określenia „dodatek katowski”, zapewne mając na myśli domniemane wykorzystanie nowej Izby do represjonowania sędziów źle ocenianych przez obecną władzę. Trzeba jedna zaznaczyć, że tego typu czarne prognozy, choć popularne w środowisku, mają dosyć słabe oparcie w rzeczywistości. Owszem, nowy model postępowania dyscyplinarnego może stanowić potencjalnie istotne zagrożenie dla niezawisłości – w przeciwieństwie do kwestii wymiany prezesów lub zmiany trybu wyłaniania KRS. Jednakże realność takiego czarnego scenariusza nie jest bynajmniej oczywista. Całkiem możliwe, że to przysłowiowe „strachy na Lachy”.

Jak zakończy się ten trzeci akt dramatu sądowego? Na spełnienie się snutych obecnie przepowiedni trzeba poczekać. Miejmy nadzieję, że – tak jak w wielu innych kwestiach – rzeczywistość nie potwierdzi czarnych prognoz. Wiele zależy od roztropności członków nowej KRS, którzy przy tej okazji będą mieli okazję udowodnić, że są rzeczywiście członkami organu stojącego na straży niezawisłości sędziowskiej. Czego im i wszystkim obywatelom RP życzę.

Przesilenie wiosenne

Wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje, że konflikt w sprawie polskich sądów wszedł właśnie w fazę przesilenia. Dzieje się tak wbrew kalendarzowi astronomicznemu, który daty przesilenia sytuuje w zgoła innych terminach. W sprawie sądów przesilenie następuje wiosną, co ma rzecz jasna związek z kalendarzem politycznym, a nie astronomicznym.

Reforma sądownictwa jako żywo przypomina klasyczny dramat. Po prologu, obejmującym zmiany w TK, mamy do czynienia z dramatem w trzech aktach, dotyczących prezesów sądów, KRS i SN. Z tą różnicą, że wszystkie akty toczą się równolegle.

Akt pierwszy, dotyczący prezesów sądów, wszedł już w fazę rozwiązania akcji.  12 lutego nastąpił koniec sześciomiesięcznego okresu, w którym Minister Sprawiedliwości mógł w sposób zupełnie dowolny odwoływać i powoływać prezesów sądów, bez pytania o zdanie samorządu sędziowskiego i bez uzasadnienia. Zmiany personalne nie były tak głębokie, jak – przez analogię z prokuraturą – obawiali się pesymiści. Odwołano 3 prezesów apelacyjnych, 21 prezesów okręgowych i 45 prezesów rejonowych. W sumie zmiany prezesów objęły 16 % wszystkich sądów. Nie oddaje to jednak rozmiarów całej operacji, bowiem dominowały jednak zmiany na szczeblach wyższych, które pośrednio dotknęły także podległe sądy rejonowe. Jeśli doliczyć zmiany wiceprezesów to okaże się, że jedynie siedem (na 45) okręgów sądowych nie dotknęły żadne zmiany.  

„Operacja prezesowska” spotkała się z potępieniem środowiska sędziowskiego. Dość wspomnieć o kilkudziesięciu mniej lub bardziej krytycznych uchwałach sędziowskich samorządów, które zapadały prawie w każdym miejscu, gdzie zmiana nastąpiła. Trudno się temu dziwić, bo rzeczywiście sytuacja, w której sędziowie zostali pozbawieni jakiegokolwiek wpływu na obsadę stanowisk funkcyjnych w sądach, jest trudna do pogodzenia z zasadą niezależności władzy sądowniczej. I nie zmienia tego fakt, że dotychczas ta niezależność też była mocno ograniczona, ponieważ sprowadzała się jedynie do możliwości zawetowania kandydata zgłoszonego przez ministra, przy czym weto to mogło zostać podważone przez KRS.

Złe wrażenie wywołała forma doręczania odwołań za pomocą faksu. Motywem było przyspieszenie obiegu dokumentów i ten efekt został bez wątpienia osiągnięty. Ale przy okazji powstało przykre wrażenie lekceważenia odwoływanych prezesów, czy szerzej – arogancji władzy wykonawczej wobec władzy sądowniczej. Nic chyba nie stało na przeszkodzie, aby do tych 69 sądów udał się jakiś wyższy rangą przedstawiciel Ministerstwa Sprawiedliwości i osobiście wręczył akt odwołania. Kilka dni opóźnienia nic by nie zmieniło, a wyglądałoby to znacznie lepiej.

Słabo też wypadły próby uzasadnienia decyzji personalnych na stronie MS. Podawane tam wskaźniki statystyczne brzmiały zaskakująco, bo trudno podejść poważnie do takich motywów odwołania prezesów, jak wysoki wskaźnik spraw ponownie wpisanych czy przewlekłość w pionie ksiąg wieczystych. W dodatku wiele wskaźników okazało się nieprawdziwych, co wykazał np. Sąd Apelacyjny w Szczecinie. Nie pierwszy to, niestety, przypadek, gdy Wydział Komunikacji Społecznej i Promocji kiepsko promuje swój resort.

Bardziej złożona jest kwestia merytorycznej oceny dokonanych zmian. Tu jednoznaczna ocena stu kilkudziesięciu przypadków prezesów i wiceprezesów nie wydaje się możliwa. Lokalne sytuacje bywają bowiem różne i pod jeden mianownik podciągnąć się nie dają. Dochodzą głosy, że po odwołaniu niektórych niepopularnych prezesów strzelały korki szampana. Rozbicie kilku lokalnych „układów prezesowskich” można zapisać na plus. Ale bywały też sytuacje odmienne, gdy sędziowie stawali murem za odwołanymi prezesami. W niektórych przypadkach pojawiły się problemy z obsadzeniem zwolnionych stanowisk, a nawet kilka przypadków rezygnacji nowych prezesów.

W sumie jednak kwestia skutków wymiany prezesów jest wyolbrzymiana. I to zarówno przez zwolenników, jak i przeciwników „dobrej zmiany”. Rola prezesa w sądzie jest dużo mniejsza, niż podejrzewa opinia publiczna. Sprowadza się do kwestii organizacyjnych, a na orzecznictwo w istocie żadnego wpływu nie ma. Zwłaszcza przy losowym przydziale spraw i odebraniu prezesom możliwości swobodnego przenoszenia sędziego między wydziałami. Nie widać więc realnego wpływu zmian personalnych na stanowiskach prezesów na fundamentalną dla obywateli kwestię niezawisłości sędziowskiej.

Potwierdza to też praktyka ostatnich miesięcy. Od wejścia w życie nowego ustroju sądów minęło 8 miesięcy i nie słychać o przypadkach wpływania przez nowych prezesów na sędziowską niezawisłość. Sądy orzekają jak dotąd, a media co i rusz donoszą o wyrokach niekorzystnych dla obecnej władzy. W dodatku wyroki te często zapadają w okręgach, w których zmiany prezesów nastąpiły. Najbardziej znana sprawa, wytoczona ministrowi Ziobrze przez sędzię Koskę-Janusz o ochronę dóbr osobistych zakończyła się porażką ministra, co jest najlepszym dowodem, że niezawisłość sędziowska nadal w Polsce istnieje. Wygląda więc na to, że teza o „przejęciu sądów przez PiS”, wysnuta na podstawie zmiany prezesów w co szóstym sądzie, jest mocno przesadzona.

Akt pierwszy dramatu dobiega więc końca. Owszem, w miejscach, gdzie doszło do szczególnego napięcia, lokalne konflikty nadal trwają. W Krakowie doszło do regularnej wojny podjazdowej pomiędzy nową prezes a grupą sędziów skupionych wokół prezes odwołanej. W Łodzi sędziowie potępiają każdego nowego prezesa, co sugeruje, że fotel prezesa tamtejszego Sądu Okręgowego pozostanie przeklęty na wieki. W Toruniu sędziowie nie chcieli przyjść na zebranie, a w Słupsku – wybrać kolegium sądu. Być może jeszcze jakiś nowy prezes pod wpływem ostracyzmu zrezygnuje z funkcji. Kogoś tam pewnie jeszcze w kilku oddziałach wyrzucą z „Iustitii”, a prezes Markiewicz udzieli kolejnego katastroficznego wywiadu. Ale w skali kraju problem odwoływania prezesów przechodzi do historii.  

Drugi akt dramatu, czyli wybór Krajowej Rady Sądownictwa, znalazł się w punkcie kulminacyjnym. Tu, rzecz jasna, padło już wiele argumentów prawnych i nie ma sensu ich szczegółowo powtarzać. Dość powiedzieć, że większość sędziów (włącznie z niżej podpisanym) uważa, iż sędziowie do Rady powinni być wybierani, tak jak dotychczas, przez sędziów. Pojawia się jedynie postulat demokratyzacji procedury wyborczej, która do tej pory miała charakter oligarchiczny i preferowała sędziów wyższych szczebli (sędziowie rejonowi stanowiący 63% wszystkich sędziów mieli zaledwie 2% przedstawicieli). Z kolei przedstawiciele opcji przeciwnej uważają, że zasada zwierzchności narodu działającego przez swych przedstawicieli pozwala na wybór członków KRS przez Sejm.

Niestety, autorzy art. 187 Konstytucji wykazali się słabą wyobraźnią i nie napisali wprost, kto sędziów do KRS wybiera. Stwarza to różne możliwości interpretacyjne, a jedynym organem, który może to ostatecznie i wiążąco stwierdzić, jest Trybunał Konstytucyjny. Nawet jednak, gdyby TK orzekł w tej sprawie na korzyść stanowiska sędziów, to i tak orzeczenia trybunalskie co do zasady nie działają wstecz, więc dokonany ostatnio wybór nie mógłby być w ten sposób zakwestionowany. 

W porządku konstytucyjnym nie mieści się dokonywanie powszechnie obowiązującej oceny zgodności przepisów z konstytucją przez sędziów sądów powszechnych. Ocena konstytucyjności może być dokonywana w ramach tzw. kontroli rozproszonej, ale tylko w procesie orzekania na potrzeby konkretnej sprawy. Poza procesem orzekania do oceny konstytucyjności przepisów nie są uprawnieni sędziowie, a nawet bardzo liczne grupy sędziów, wliczając w to organy samorządu sędziowskiego oraz stowarzyszenia „Iustitia” i „Themis”.

Podnoszone są także drobniejsze kwestie proceduralne. Sędziowie popierający jednego z kandydatów wycofali swoje podpisy. Powstaje kwestia, czy takie wycofanie podpisów poparcia jest w ogóle skuteczne? Przez analogię z kodeksem wyborczy, gdzie takiej możliwości nie ma, wydaje się, że nie, więc sędzia Maciej Nawacki został słusznie dopuszczony do procedury wyborczej.

Pojawia się też zarzut zbyt małej liczby kandydatów. 18 kandydatów na 15 miejsc istotnie nie rzuca na kolana, ale trzeba brać pod uwagę, że dotychczas liczba kandydatów też nie była imponująca i oscylowała w okolicy 20. Jakoś nie robiono z tego problemu. A przy obecnej presji środowiskowej, groźbach dyscyplinarek i wyrzucaniu ze stowarzyszeń, 18 kandydatów to i tak sporo.

Podobnie trudno zgodzić się z tezą, iż w skład KRS muszą wchodzić sędziowie wszystkich rodzajów sądów. Fakt, że wyboru dokonuje się spośród sędziów różnych sądów nie oznacza konieczności reprezentacji każdego z tych rodzajów. Skoro nie zgłosił się żaden sędzia Sądu Najwyższego ani czynny sędzia wojskowy, to trudno. Nie można ich zmuszać do kandydowania.

Najnowsza kwestia, zauważona przez jednego z łódzkich sędziów i podchwycona także przez I Prezes SN, to zgłoszenie kandydatów przez klub parlamentarny, a nie – jak napisano w ustawie – poselski. Wydaje się jednak, że ten problem jest pozorny. W tym przypadku wykładnia ściśle językowa prowadzi bowiem do absurdu, wobec czego trzeba uciec się do wykładni celowościowej i systemowej. Założenie, że grupujący największą liczbę posłów klub ma mieć mniejsze uprawnienia tylko dlatego, że wchodzą do niego także senatorowie, nie wytrzymuje krytyki. Klub parlamentarny jest pojęciem szerszym niż klub poselski. W praktyce sejmowej klub parlamentarny skupiający powyżej 15 posłów, ma takie same uprawnienia jak klub poselski. Ta zasada wydaje się słuszna także w zakresie zgłaszania kandydatów do KRS. Rzecz jasna pretensje trzeba mieć przede wszystkim do ustawodawcy, który podczas pospiesznego procesu legislacyjnego nie zadbał o należytą precyzję przepisu.  

Tymczasem wybór KRS jest kwestionowany w dalszym ciągu. Co więcej, pojawiają się głosy – ostatnio m.in. prof. Adama Strzembosza – iż można zakwestionować powołania sędziów zawnioskowanych przez nową Radę, a nawet, że pojawi się możliwość zakwestionowania wyroków wydanych przez tych sędziów. Z całym szacunkiem dla Pana Profesora, ale z takim stanowiskiem zgodzić się nie sposób. Oczywiście, można mieć wątpliwości, co do trybu powołania KRS, ale przewidywanie tak dalekich skutków prowadzić może jedynie do eskalacji chaosu prawnego.

Warto wspomnieć, że po roku 1989 żadnej weryfikacji sędziów nie było. Wszyscy sędziowie powołani w okresie PRL automatycznie stali się sędziami III RP. A przecież sędziowie powołani przed rokiem 1989 uzyskali nominacje nie tylko bez żadnego udziału KRS (której wtedy nie było), ale nastąpiło to pod rządami systemu całkowicie niedemokratycznego. Skoro zatem wówczas prof. Strzembosz – skądinąd słusznie – nie widział potrzeby powszechnej weryfikacji, to dziwić może taka potrzeba w stosunku do sędziów powołanych po roku 2018. Warto zaznaczyć, że rocznie KRS decyduje o obsadzie około 500 stanowisk sędziów i asesorów, więc przez 4 lata kadencji nowe mianowania obejmą około 2 tysięcy sędziów, czyli 20% wszystkich orzeczników.

Trzeba też zauważyć, że kwestia niezgodnego z Konstytucją trybu powołania sędziego na dane stanowisko nigdy dotąd nie działała wstecz ani nie powodowała kwestionowania wydanych orzeczeń. Gdy Trybunał Konstytucyjny zakwestionował instytucję asesora sądowego, pozwolił niekonstytucyjnym asesorom orzekać jeszcze przez półtora roku. Rzecz jasna nie było mowy o kwestionowaniu orzeczeń wydanych przez asesorów. Podobnie było w przypadku reformy ministra Gowina. Podnoszono wówczas niekonstytucyjność przenoszenia sędziów do innych sądów przez podsekretarzy stanu. I choć Sąd Najwyższy stwierdził, że sędziowie mogą być przenoszeni tylko przez ministra konstytucyjnego, a nie wiceministrów, to wyroki wydane przez nieprawidłowo przeniesionych sędziów pozostały w mocy. Akty przeniesienia również.

Dlaczego obecnie należałoby podważać dotychczasowe zasady? Czy istotnie sędziowie powołani obecnie będą gorsi, niż sędziowie z okresu PRL-u czy niekonstytucyjni asesorzy sądowi? Śmiem wątpić. A 408 wolnych stanowisk sędziowskich, zamrożonych od roku, zostało właśnie obwieszczonych w Monitorze Polskim i oczekuje na obsadzenie…

Szczytowa faza konfliktu wokół KRS powinna wkrótce minąć. Kalendarz jest nieubłagany. 29 marca skończyła się liczona łącznie konstytucyjna kadencja dotychczasowych sędziów z Rady. Zgodnie z nową ustawą kadencja ta skończyć się miała 7 marca, co w praktyce nic nie zmienia. Pierwsza Prezes SN – pomimo perturbacji w tym zakresie – zadeklarowała zwołanie KRS w nowym składzie. Ma na to czas do 3 maja.

Co dalej? To już zależy od członków nowej KRS. Jeśli skupią się na kwestiach rozliczeń i rewanżyzmu – konflikt będzie trwał. Jeśli zajmą się na spokojnie pracą merytoryczną – jest szansa na wygaszenie konfliktu. A pracy merytorycznej nie zabraknie.

Trzeci akt dramatu to Sąd Najwyższy. Tu rozwinięcie akcji właśnie następuje. Ale to już temat na osobny artykuł…

Giełdowy zawrót głowy

W dniu 2 stycznia 2018 r. opublikowana została nowa ustawa o Sądzie Najwyższym. Wejdzie w życie po trzech miesiącach. O najważniejszych kwestiach w niej zawartych napisano już bardzo dużo. Jednak niespodziewanie pojawił się w tej ustawie przepis, który dla przeciętnego sędziego może mieć nie mniejsze znaczenie, niż skrócenie kadencji I Prezes SN, przeniesienie w stan spoczynku 40% składu SN czy nowy model postępowania dyscyplinarnego.

Chodzi o zmiany dotyczące kwestii posiadania przez sędziów akcji lub udziałów w spółkach prawa handlowego. Dotychczas sędziowie mieli ustawowy zakaz posiadania więcej niż 10% akcji lub udziałów w tych spółkach. Mniejsze udziały mogli posiadać swobodnie, wpisywali je jedynie do oświadczeń majątkowych, od ubiegłego roku upublicznianych. Tak było przez lata.

Aż nagle zaszła zmiana. Podczas prac Komisji Sprawiedliwości w dniu 6 grudnia 2018 r., gdy rozpatrywano długi szereg kilkudziesięciu poprawek, poseł Stanisław Piotrowicz poddał pod głosowanie „wrzutkę” w postaci poprawki nr 34. Dotyczyła ona znaczącego ograniczenia korzystania z akcji i udziałów w spółkach przez sędziów sądów powszechnych. Poprawka była zgłoszona przez klub Prawa i Sprawiedliwości, więc rzecz jasna przeszła bez problemów. Za przyjęciem poprawki głosowało 15 posłów, przeciw było 3, za to aż 9 posłów opozycji wstrzymało się od głosu. Również bez problemów poprawka ta została przyjęta na posiedzeniu plenarnym dwa dni później. Potem szybko Senat i prezydent, no i mamy gotowy bubel prawny.

Już sam sposób procedowania budzi poważne zastrzeżenia. Taktyka „wrzutek legislacyjnych”, które w czasie prac w komisji dodają zupełnie nowe uregulowania w zupełnie innych ustawach, na pewno nie wpływa na poczucie stabilności prawa. „Wrzutki” nie są uzasadniane, pojawiają się nagle i potrafią zaskakiwać nawet profesjonalnego odbiorcę, nie mówiąc o przeciętnym obywatelu. I nie jest tu żadnym usprawiedliwieniem fakt, że taktyka ta nie jest nowa i była stosowana także przez posłów PO w toku poprzedniej kadencji.

Zgodnie z nowelą zyski z tytułu posiadania akcji lub udziałów w spółce prawa handlowego, sędzia przekazuje na wskazane przez siebie cele publiczne albo na odrębny rachunek bankowy, z którego będzie mógł korzystać dopiero po przejściu w stan spoczynku. Natomiast niewykonanie tego obowiązku jest równoznaczne ze zrzeczeniem się urzędu sędziego.

Na pozór wszystko wydaje się jasne. Chodzi o uniemożliwienie korzystania przez sędziego z dochodów pochodzących z akcji lub udziałów w spółkach. Dlaczego? Poprawki zgłaszane na komisji nie są uzasadniane, więc oficjalnego uzasadnienia brak.  Można się jedynie domyślać, że chodzi o uniknięcie konfliktu interesów w przypadku rozstrzygania spraw dotyczących spółki, której akcje sędzia posiada.

Czy taki przepis w ogóle jest potrzebny? Czy uzyskiwanie przez sędziego dochodów z jakichś niewielkich (do 10%) pakietów akcji i udziałów jest na tyle istotne, aby ograniczać prawo do inwestowania na giełdzie uczciwie zarobionych pieniędzy? Prawdę mówiąc, nie wydaje się. Gdyby istotnie wystąpił konflikt interesów  (co może zdarzyć się bardzo rzadko), istnieje przecież instytucja wyłączenia sędziego, która taki jednostkowy problem może z powodzeniem załatwić. Gdyby pójść tym sposobem rozumowania, to przecież sędziowie też ludzie i mają rozmaite stosunki prawne z różnymi podmiotami. Kupują i serwisują samochody, posiadają telefony komórkowe czy telewizję kablową. Wszystko to zgodnie z umowami, które wiążą klienta z daną firmą znacznie mocniej, niż posiadanie kilku akcji. Warto też zauważyć, że tego typu ograniczeń nie mają przedstawiciele innych władz, a sam premier Morawiecki do niedawna inwestował na giełdzie i nie widział w tym żadnego problemu. A przecież w przypadku parlamentarzystów czy członków rządu dużo łatwiej o konflikt interesów niż w przypadku sędziów.

Załóżmy jednak przez chwilę, że ustawodawca ma rację i uzasadnione jest traktowanie sędziów jak chłopów pańszczyźnianych, którzy mają liczne obowiązki, ale nie powinni mieć praw przysługujących każdemu obywatelowi. Takie założenie tylko pogarsza sytuację. Wprowadzony przepis jest bowiem tak fatalnie skonstruowany, że może być z niego więcej szkody niż pożytku.

Przede wszystkim niejasny jest zakres przepisu. Odwołuje się on bowiem wprost do zakazu posiadania akcji lub udziałów przekraczających 10% kapitału zakładowego. Czyli na pierwszy rzut oka chodzi o zyski z akcji i udziałów, których sędzia i tak nie może posiadać. Takie rozwiązanie miałoby nawet pewien sens. Skoro bowiem sędzia przekroczy obowiązujący limit 10% akcji lub udziałów, to wtedy spotyka go sankcja w postaci zakazu korzystania z zysków wynikających z tego zbyt dużego pakietu. Do sytuacji takiej może dojść najzupełniej legalnie, np. w wyniku przyjęcia przez sędziego spadku. Jednak wówczas  przepis dotyczyłby bardzo nielicznych przypadków, kiedy sędzia odziedziczyłby większy niż 10% pakiet akcji i akurat nie zdążyłby ich sprzedać przed wypłatą dywidendy.

Czy jednak jest to jedyna możliwa interpretacja? Obawiam się, że niekoniecznie. Być może bowiem ustawodawca miał na myśli nie tylko akcje lub udziały powyżej 10% kapitału, ale wszystkie akcje i udziały. Co prawda z przepisu to nie wynika, ale takiego wniosku wykluczyć nie można. Nie wiadomo zatem, czy w praktyce będzie uznawane, że przepis dotyczy powyżej 10% akcji, czy też okaże się, że chodzi o wszystkie akcje. Zgodnie z ogólnymi zasadami należałoby w pierwszej kolejności stosować wykładnię gramatyczną. Jaka jednak będzie nowa wykładnia prawa, uwzględniająca podmiotowość państwa polskiego oraz wolę suwerena wyrażoną 2 lata temu w akcie głosowania?

Drugi zasadniczy problem, to sposób rozumienia pojęcia zysków z posiadanych akcji lub udziałów. Na pewno w tym pojęciu znajdzie się wypłata dywidendy. Ale czy tylko? Czy kwoty uzyskane ze sprzedaży akcji są zyskiem, czy też nie? Czy za zysk należy uznać tylko różnicę między ceną nabycia a ceną sprzedaży akcji? Pewną podpowiedź mogą tu dawać przepisy ustawy o podatku PIT, która wyraźnie wskazuje, że przychodem jest dywidenda oraz środki ze sprzedaży udziałów (akcji). Gdyby więc interpretować omawiany przepis ściśle, posiadanie akcji może rodzić zysk jedynie w przypadku nabycia dywidendy lub praw poboru albo przy sprzedaży akcji. Tyle wynikałoby z klasycznej wykładni prawa. W jakim kierunku pójdzie praktyka – nie wiadomo.

Kolejną kwestią jest posiadanie akcji lub udziałów przez współmałżonka sędziego. Największy problem będzie miał sędzia, którego małżonek prowadzi biznes, np. w formie spółki z o.o. i czerpie z tego zyski. Co prawda dla spółki wspólnikiem będzie małżonek, ale czy w takiej sytuacji zysk małżonka nie może być uznany za podlegający restrykcjom zysk sędziego? Zyski z akcji małżonka co do zasady wchodzą w skład majątku wspólnego, ale omawiany przepis mówi o zyskach z akcji posiadanych przez sędziego, a nie przez małżonka w ramach majątku odrębnego. Ustawodawca w ogóle tego problemu nie zauważa.

Kwestia przynależności do majątku wspólnego udziałów nabytych przez małżonka jest trudna i niejednoznaczna. Przedstawiciele doktryny prezentują tu całkowicie rozbieżne poglądy – od potwierdzenia do negacji.  Również Sąd Najwyższy rozstrzygał te kwestie rozbieżnie, przyjmując, że jest to majątek wspólny  tylko wtedy, gdy małżonkowie tak postanowili (wyrok z 5.10.2005 r.) albo odmiennie – że zawsze jest to majątek wspólny (uchwała z 7.07.2016 r.). Generalnie jest więc problem. Nie wiadomo, czy zyski z akcji i udziałów należących do małżonka sędziego mają podlegać restrykcjom przewidzianym w nowelizacji, czy też nie.  

Problem jest bardzo poważny, bowiem skutkiem naruszenia tego przepisu jest  złożenie sędziego z urzędu. A na dwuwładzy ustawodaczo-wykonawczej nie zrobi pewnie większego wrażenia fakt, że jest to tryb usunięcia sędziego nieznany Konstytucji.

Poza tym zupełnie nie wiadomo, jak miałaby wyglądać zrzeczenie się urzędu w praktyce. Żadnego trybu w tym zakresie nie przewidziano. Wygląda na to, że zdaniem ustawodawcy sędzia-akcjonariusz po prostu się spakuje i odejdzie z urzędu. Nie jest to jednak takie proste, zwłaszcza wobec licznych wątpliwości, co do zakresu obowiązywania tego przepisu. Łatwo można sobie wyobrazić sytuację, w której sędzia w dobrej wierze uzna, że ten przepis go nie dotyczy i nadal spokojnie będzie orzekał, a ktoś po latach, przy okazji jakiejś kontroli stwierdzi, że tak właściwie to kilka lat temu sędzia zrzekł się urzędu…

Jak widać, problemów nie brakuje. Rzecz jasna, ich rozwiązaniem byłaby szybka sprzedaż akcji lub udziałów, zanim nowelizacja wejdzie w życie. A w razie braku możliwości sprzedaży – szybkie ustanowienie rozdzielności majątkowej. Ale nawet w przypadku sprzedaży problemy mogą pozostać, bo na otrzymanym z domu maklerskiego druku PIT będzie widniał dochód z całego roku 2018, bez rozróżnienia, czy został osiągnięty przed wejściem w życie ustawy czy też później. W dodatku nie ma żadnego przepisu, który mówiłby, że obowiązek dotyczy zysku osiągniętego po wejściu w życie ustawy. Nie da się wykluczyć, że nawet sprzedaż akcji przed 3 kwietnia nie uchroni sędziego przed skutkiem w postaci złożenia urzędu. Poza tym – czy celem ustawodawcy jest osiągnięcie tego rodzaju efektu?

Z ostatniej chwili: Ministerstwo Sprawiedliwości oficjalnie potwierdziło, że przygotowuje nowelizację tego nieszczęsnego przepisu. Miejmy nadzieję, że rozwieje ona wątpliwości i zdąży wejść w życie przed krytyczną datą 3 kwietnia.

Sędziowie po dwóch stronach lustra

Znamy już nazwiska sędziów startujących do Krajowej Rady Sądownictwa w nowym trybie. Trybie – jak podkreśla długi szereg uchwał podejmowanych przez środowisko sędziowskie – niekonstytucyjnym. Na nic zdały się apele organizacji sędziowskich, połączone z groźbami usunięcia z organizacji. Nie przyniosły efektu liczne apele samorządów sędziowskich z terenu całej Polski, które wzywały do bojkotu. Nawet groźba postępowań dyscyplinarnych i pozbawienia stanu spoczynku, jaka padła ze strony działaczy Stowarzyszenia Sędziów Themis, nie zmieniły zamiaru pretendentów.

Dla osób trochę słabiej zorientowanych w wewnętrznych sprawach środowiska sędziowskiego może być zaskoczeniem, że znaczna część kandydatów to członkowie Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, którego władze do ostatniej chwili walczyły o sukces bojkotu. I nie są to jacyś szeregowi, nieznani nikomu członkowie, ale czołowi działacze, którzy w ostatnich latach wywarli istotne piętno na funkcjonowanie tej organizacji. Wśród kandydatów znajdziemy sędziego Marka Jaskulskiego z Poznania – aktualnego członka Komisji Rewizyjnej „Iustitii” i wiceprezesa poznańskiego oddziału tej organizacji, który – obok rzecznika prasowego „Iustitii” sędziego Bartłomieja Przymusińskiego – jest od lat czołowym działaczem sędziowskim na terenie Wielkopolski. Na liście jest też sędzia Maciej Nawacki – nowy prezes Sądu Rejonowego w Olsztynie, znany od lat działacz „Iustitii” z tamtego terenu, w roku 2013 kandydat do zarządu „Iustitii”, który chciał utworzyć ówczesny pretendent do fotela prezesa Bartłomiej Przymusiński. I wreszcie – last but not least – kandydatem do KRS jest sędzia Rafał Puchalski – ostatnio wicedyrektor departamentu w MS, wcześniej założyciel i administrator „jakobińskiego” Forum Sędziów RP, wiceprezes i członek zarządu „Iustitii”, wieloletni prezes oddziału przemyskiego tejże organizacji.

W sumie wśród kandydatów do KRS naliczyłem ośmioro członków „Iustitii”. Gdyby wszyscy weszli w skład KRS, byłby to największy liczebny sukces tej organizacji w historii. Do tej pory bowiem najwięcej członków – sześcioro – „Iustitia” miała po wyborach w roku 2010. Był to jednak stan chwilowy, bowiem zaraz potem sędzia Waldemar Żurek odszedł z „Iustitii”, zakładając nowe stowarzyszenie „Themis”. Wkrótce potem z „jakobińskiej” wówczas „Iustitii” odeszły dwie kolejne członkinie KRS: Maria Motylska-Kucharczyk, a po około roku Ewa Barnaszewska i stan członków tej organizacji w KRS spadł do trzech. Gdyby jeszcze władze centralne Stowarzyszenia nie przyjęły koncepcji bojkotu i na 6 miejsc przeznaczonych dla opozycji przedstawiły swoich kandydatów – dominacja członków „Iustitii” w KRS byłaby absolutna.

Władze „Iustitii” jednak jakoś wcale się nie cieszą i do ostatniej chwili starają się nakłonić swoich członków do rezygnacji z kandydowania. Bezskutecznie rzecz jasna. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego z jednej strony duża część środowiska wzywa do bojkotu, a z drugiej – grupa prominentnych działaczy tego środowiska decyduje się na krok zgoła odmienny?

Najczęściej podawaną odpowiedzią jest pęd do kariery po stronie kandydatów, powodujący zmianę dotychczasowych poglądów. Pogląd ten – przynajmniej w odniesieniu do osób, które znam z dotychczasowej działalności na rzecz środowiska sędziowskiego, bo za wszystkich trudno się wypowiadać – jest jednak mocno krzywdzący. Drugim częstym motywem jest bliska znajomość kandydatów z wiceministrem Łukaszem Piebiakiem. Jest to rzecz jasna prawdą – sędzia Piebiak był w ostatnim dziesięcioleciu jednym z ważniejszych działaczy „Iustitii” (w randze wiceprezesa i członka zarządu) i dobrze zna większość uczestników każdej ze stron obecnego sporu, nie wyłączając niżej podpisanego, ale sama znajomość niczego nie wyjaśnia, skoro część dawnych znajomych wiceministra stoi obecnie w zupełnie innym miejscu.

Wydaje się, że odpowiedzi szukać należy raczej w dotychczasowej historii wyborów do Krajowej Rady Sądownictwa. Historii – co trzeba podkreślić – właściwie zupełnie nieznanej szerokiej opinii publicznej. Były to bowiem czasy, gdy ustrój sądownictwa nie obchodził właściwie nikogo poza wąskim gronem pasjonatów i nawet takie wydarzenie, jak śmierć Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego Stanisława Dąbrowskiego (piątej osoby w państwie) w roku 2014 przeszła właściwie bez większego echa. A co tu dopiero mówić o takim wydarzeniu, jak wybory do KRS, o której istnieniu – poza środowiskiem prawniczym i dziennikarskim – niemal nikt nie wiedział. Ten stan niewiedzy utrzymuje się zresztą nadal, skoro podczas ostatnich prac legislacyjnych jeden z senatorów partii rządzącej pomylił Krajową Radę Sądownictwa z … Krajowym Rejestrem Sądowym. W każdym razie obecne wybory do KRS są pierwszymi, które opinia publiczna śledzi z dużym zainteresowaniem. Wybory wcześniejsze – w których miałem zresztą okazję trzykrotnie brać udział – większego zainteresowania nie budziły.

Generalnie przekaz medialny jest taki, że dotychczas sędziowie byli do Rady wybierani przez sędziów, a teraz będą wybierani przez polityków, aczkolwiek jednych ta zmiana cieszy (odebranie przywilejów „nadzwyczajnej kaście”), a innych wręcz przeciwnie (koniec trójpodziału władz). Jest to rzecz jasna prawda, chociaż szczegółowa ocena dotychczasowego stanu rzeczy tak jednoznacznie nie wygląda. A warto jej dokonać, bowiem dopiero przez pryzmat stanu dotychczasowego, można w sposób należyty oceniać stan obecny.

Teoretycznie sędziowie do KRS byli wybierani przez sędziów w sposób w zasadzie demokratyczny. Dwa miejsca przypadały sędziom Sądu Najwyższego, dwa – sędziom administracyjnym, jedno sędziom wojskowym i dziesięć – najliczniejszej grupie sędziów powszechnych. I tu pojawia się pierwszy problem, bowiem sędziowie sądów powszechnych  – wbrew zapisowi konstytucyjnemu – zostali podzieleni na dwie grupy. Uprzywilejowana grupa sędziów apelacyjnych wybierała dwóch członków Rady (jeden na 240 sędziów), a pozostała większość – ośmiu członków (jeden na 1170 sędziów). W rezultacie głos sędziów apelacyjnych był niemal pięciokrotnie silniejszy od pozostałych, co rzeczywiście stwarzało sytuację istnienia „nadzwyczajnej kasty” wewnątrz grupy sędziów sądów powszechnych.

W dodatku nawet przez sędziów „gorszego sortu”, czyli okręgowych i rejonowych sytuacja również nie wyglądała najlepiej. Tryb wyboru elektorów sprawiał, że sędziowie rejonowi, stanowiący prawie 70% liczby wszystkich sędziów powszechnych, mieli trzykrotnie słabszy głos w wyborach, a w składzie Rady pojawiali się sporadycznie – cztery przypadki w ciągu ćwierćwiecza. Tym samym ta najliczniejsza i najbardziej obciążona pracą grupa sędziów miała znikomą reprezentację w centralnym organie stojącym na straży ich niezawisłości.

Co więcej, od roku 2002 wynik wyborów do KRS był całkowicie przewidywalny. Rozkład głosów elektorskich był bowiem taki, że osiem największych okręgów (Gdańsk, Poznań, Wrocław, Katowice, Łódź, Kraków, Lublin i Rzeszów) dysponowało wystarczającą większością głosów, by ich koalicja mogła samodzielnie decydować o wyniku wyborów. Cztery kolejne składy Rady były wyłaniane właśnie przez te koalicję, która okazała się bardzo trwała, uzyskując nazwę „spółdzielni”. Żaden kandydat spoza tejże koalicji nie miał najmniejszych szans na wygraną. Czy tego rodzaju wybory można nazwać w pełni demokratycznymi? To już czytelnik może ocenić we własnym zakresie.

Ten kurialny system wyborczy był wielokrotnie krytykowany przez SSP „Iustitia”, a w roku 2014 udało się nawet przeforsować uchwałę wzywającą KRS do zaskarżenia kontrowersyjnych przepisów do Trybunału Konstytucyjnego. Co prawda Rada nie kwapiła się do złożenia skargi konstytucyjnej, ale niespodziewanie w sukurs przyszedł minister Zbigniew Ziobro, który podniósł ten problem w swojej skardze konstytucyjnej. I w czerwcu 2017 r. Trybunał orzekł o niekonstytucyjności dotychczasowego trybu wyborów. Problem jednak w tym, że w składzie TK brały udział osoby nieuprawnione do orzekania, czyli tzw. Sędziowie dublerzy, wobec czego ten wyrok/niewyrok jest kwestionowany. Nie zmienia to jednak krytycznej oceny dotychczasowych przepisów i praktyki.

            Czy nowe przepisy są lepsze? Moim zdaniem, nie. Rok temu napisałem artykuł o ówczesnym projekcie ministra Ziobry pt. „Z deszczu pod rynnę”. Ten tytuł jest adekwatny także do obecnych czasów, chociaż przyjęty projekt prezydencki ma mniejszą dawkę niekonstytucyjności (o ile niekonstytucyjność można dawkować). Zamiana systemu „oligarchicznego” na „polityczny” jest korzystna tylko o tyle, że rozbija dotychczasową koalicję wyłaniającą KRS. Niestety, tworzy nowy układ, oparty w dodatku o polityków partii rządzącej, która wyłoni 9 (a w razie bojkotu wszystkich 15) członków Rady.  Z deszczu pod rynnę.

            W łoskocie toczących się kół historii przepadły niestety dwa projekty: jeden autorstwa Ministerstwa Sprawiedliwości w maju 2016 r., drugi – przygotowany przez „Iustitię” na początku roku 2017. Oba różniły się w szczegółach, ale oparte były na ogólnej zasadzie wyborów 15 sędziowskich członków KRS przez sędziów w wyborach zakładających równość głosów sędziów wszystkich szczebli. Oba te projekty zostały jednak odrzucone na różnym etapie prac legislacyjnych i zdecydowano się na koncepcję znacznie bardziej „polityczną”.

            Czy wybór sędziów do KRS sprawi, że Rada stanie się organem całkiem uległym politykom, jak to stało się w ubiegłym roku z Trybunałem Konstytucyjnym? Wydaje się, że niekoniecznie. W skład KRS wejdą sędziowie w stanie czynnym, którzy siłą rzeczy są przyzwyczajeni do niezależności działania i wcale nie jest powiedziane, że kandydaci popierani przez klub parlamentarny jakiejś partii będą na pewno realizowali politykę tejże partii. Nawet w Trybunale Konstytucyjnym mamy przykład sędziego Pszczółkowskiego, który nie wykonuje celów politycznych rekomendującej go partii. W przypadku KRS taka ewentualność jest o wiele bardziej prawdopodobna. Tym bardziej, że na 15 miejsc zgłosiło się tylko 18 kandydatów, więc i możliwości wyboru przez partię rządzącą (przy założeniu bojkotu ze strony opozycji) są dosyć ograniczone.

            Jak może wyglądać dalsza faza bojkotu? Tu już pewności nie ma. W jednym z ubiegłorocznych stanowisk „Iustitia” apelowała o niekandydowanie na wolne stanowiska w Sądzie Najwyższym. Czy apel taki obejmie także kandydowanie na około 400 wolnych stanowisk w sądach powszechnych? Tego nie wiadomo, na razie słychać pojedyncze deklaracje o niestawaniu przed nową Radą. Jedynie nowa prezes SS Themis sędzia Beata Morawiec zadeklarowała w wywiadzie, że nie będzie uznawała wyroków sędziów, którzy przejdą procedurę przed nowa Radą. Jak takie nierespektowanie miałoby wyglądać w praktyce – nie wiadomo. A jakie skutki mogłoby mieć dla porządku prawnego – strach pomyśleć.

            Rzecz jasna zakończenie pierwszej fazy rekrutacji wywołało w środowisku sędziowskim duże emocje. Większość sędziów – sądząc po liczbie apeli samorządów sędziowskich o niekandydowanie – była przeciwna kandydowaniu. Grupa najbardziej radykalnych działaczy stowarzyszeń sędziowskich wprost uważa kandydatów za zdrajców, których należy usunąć z macierzystych organizacji. Ba, pojawiły się nawet groźby przyszłych postępowań dyscyplinarnych i pozbawiania stanu spoczynku. Pojawiają się głosy, że to koniec trójpodziału władzy i niezawisłości sędziowskiej, a nowa Rada będzie zajmowała się łamaniem kręgosłupów i sędziowskich sumień. Ale są też głosy przeciwne, mówiące, że dopiero teraz będzie można mówić o demokratycznej KRS, wolnej od wpływów sędziowskiej oligarchii i w dodatku mającej oparcie w zwierzchniej woli Narodu – poprzez jego przedstawicieli.

            Sytuacja w środowisku wydaje się więc patowa. Jedni działacze sędziowscy uznają legitymizowanie nowej KRS przez udział w jej pracach za haniebne. Inni – wręcz przeciwne, uważają nową sytuację za szansę wprowadzenia korzystnych dla sądownictwa zmian. Problem ma bez wątpienia moja macierzysta organizacja sędziowska, której prominentni przedstawiciele stają po przeciwnych stronach Mocy. I właściwie nie ma szans na szybką zmianę sytuacji, bo polaryzacja poglądów jest bardzo silna. Sędziowie znaleźli się – niczym Alicja – po przeciwległych stronach lustra. Tylko która z tych stron jest Krainą Czarów?