Chłopiec do bicia

Na początek zagadka. Proszę sobie wyobrazić trzy sytuacje:

Sytuacja 1. Trwa reforma służby zdrowia. Minister Konstanty Radziwiłł (lub jego mniej znany następca) występuje na konferencji prasowej i oświadcza, że służba zdrowia to jedna wielka patologia, a lekarzom nie chce się pracować, za to masowo biorą łapówki i w dodatku popełniają błędy medyczne skutkujące zgonami tysięcy osób. Trzeba więc przeprowadzić głęboką reformę i pozbyć się wielu lekarzy (zwłaszcza tych zatrudnionych przed rokiem 1989), a wybory do Naczelnej Rady Lekarskiej powierzyć posłom.

Sytuacja 2. Trwa reforma oświaty. Minister Anna Zalewska występuje na konferencji prasowej i oświadcza, że szkolnictwo to jedna wielka patologia, a nauczycielom nie chce się pracować, interesują ich tylko korepetycje, a poziom wykształcenia polskich uczniów jest dramatyczny. Trzeba więc przeprowadzić głęboką reformę i pozbyć się wielu nauczycieli, a obsadę stanowisk pedagogicznych powierzyć wyłącznie politykom.

Sytuacja 3. Trwa reforma sądownictwa. Minister Zbigniew Ziobro występuje na konferencji prasowej i oświadcza, że sądownictwo to jedna wielka patologia, a sędziowie są bezkarną kastą, która kradnie w sklepach i powoduje wypadki w stanie nietrzeźwości, wydając przy tym niesprawiedliwe wyroki. Wobec tego konieczna jest głęboka reforma, przeniesienie wszystkich sędziów Sądu Najwyższego w stan spoczynku i obsadzenie Krajowej Rady Sądownictwa przez posłów.

Która z tych sytuacji mogła mieć miejsce w rzeczywistości? Oczywiście tylko trzecia. Ministrowie zdrowia czy edukacji nie pozwoliliby sobie na tak negatywne stwierdzenia wobec nadzorowanej przez siebie sfery. Za to w przypadku sędziów – hulaj dusza…

Z przykrością trzeba stwierdzić, że nie jest to zjawisko nowe. Od wielu lat kolejni ministrowie sprawiedliwości kolejnych rządów uczynili sobie z antysądowej retoryki narzędzie sukcesu politycznego.

Można śmiało stwierdzić, że ataki na sędziów i próba podporządkowania sądów dwuwładzy ustawodawczo-wykonawczej od wielu lat dotyczy właściwie każdej partii rządzącej. Różnica sprowadza się do tempa i skali, a nie istoty rzeczy. 

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego atakowanie sędziów i sądów od dawna jest atrakcyjną drogą dla polityków i ich wyborców? Wydaje się, że zasadnicze powody są dwa. Po pierwsze, politycy z natury rzeczy chcą mieć jak najwięcej władzy, a samoograniczanie się przychodzi im z trudem. Zwłaszcza obecnie. Nic więc dziwnego, że niechętnie tolerują sytuację, w której istotne obszary władzy państwowej pozostają poza ich kontrolą. Gdy nie mogą póki co sędziego, który się nie spodoba, „wywalić na pysk”, jak chciałby minister Patryk Jaki. Gdy do niedawna nie mogli swobodnie odwoływać prezesów sądów, w którym – ich zdaniem – stało się coś niedobrego.

Drugą przyczyną jest niski poziom zaufania społecznego do sądów. W badaniu CBOS z września 2017 r. pracę sądów dobrze ocenia 32% badanych, a źle – 45%. To i tak nieźle, bo pięć lat temu sądy przegrywały 22:64. Stosunkowo niskie notowania zaufania do sądów niewątpliwie ułatwiają zbijanie kapitału politycznego na działaniach skierowanych przeciwko sądom. Działania obecnych władz stają się jeszcze bardziej zrozumiałe, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że wśród respondentów, określających swe poglądy jako prawicowe, ocen negatywnych jest aż 57%, a pozytywnych tylko 23%.

Mówiąc krótko – politycy PiS mówią i robią to, czego oczekują ich wyborcy. Nie jest więc zaskoczeniem, że jednym z najważniejszych celów politycznych obecnej władzy jest znaczne ograniczenie niezależności władzy sądowniczej, połączone ze zmianami kadrowymi. Od stycznia 2017 r., kiedy to minister Ziobro ogłosił założenia zmian ustrojowych, chyba przez nieporozumienie zwanych reformami, trwa właściwie nieprzerwany atak propagandowy na sędziów i sądy. Jego kulminacją była finansowana ze środków państwowych spółek słynna kampania bilbordowa pod przewrotną nazwą „sprawiedliwe sądy”, w której na prostych, jednostkowych przykładach starano się przekonać obywateli, że sądy pełne są złodziei, łapówkarzy i w ogóle osób niegodnych sprawowania urzędu. Sądy oczywiście były wobec tych ataków niemal bezbronne, bowiem ani rzecznik Sądu Najwyższego sędzia Laskowski, ani rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa sędzia Żurek, ani przedstawiciele stowarzyszeń sędziowskich, nie dysponują odpowiednim aparatem i środkami finansowymi, aby skutecznie takim zmasowanym atakom przeciwdziałać. Tym bardziej, że jedynie 18% obywateli swoje opinie o sądach kształtuje na podstawie osobistych doświadczeń, cała reszta opiera się na doniesieniach medialnych i opiniach innych ludzi.  

Szczęśliwie kampania antysądowa dość szybko została wstrzymana i zdążono wydać na ten celu nieco ponad milion z zaplanowanych 19 milionów naszych wspólnych złotówek. To i tak sporo, bo bez problemu można by znaleźć lepszy sposób wydania tego miliona, niż atakowanie władz własnego państwa. Politycy w tym wypadku zapomnieli najwyraźniej, że sądy są częścią władzy państwowej tak samo jak rząd czy parlament.

Nie tak dawno nastąpiła kolejna odsłona tego dramatu. Nowy premier Mateusz Morawiecki, zaraz po przyjęciu nominacji, postanowił podzielić się z czytelnikami amerykańskiego magazynu Washington Examiner swoimi przemyśleniami na temat sądów. Jeśli zrobił to w ramach ocieplania wizerunku Polski za granicą – cel ten raczej nie został osiągnięty. W artykule tym wprost roi się od informacji nieprawdziwych, a nawet obraźliwych wobec polskich sędziów.  

Zdaniem premiera Morawieckiego: „w czasie obrad Okrągłego Stołu generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu pozwolono na obsadzenie w sądach postkomunistycznych sędziów z czasów komunizmu. Sędziowie ci dominowali w naszym wymiarze sprawiedliwości przez kolejne ćwierć wieku. Niektórzy z nich wciąż pracują”. Pomijam już fakt, że prezydent RP Wojciech Jaruzelski, nikogo wówczas w sądach nie „obsadzał”. Rozumiem, że to skrót myślowy i premierowi chodzi o to, że nie zastosowano „opcji zerowej” i wszyscy sędziowie z okresu PRL-u pozostali na stanowiskach. Wyjątkiem był Sąd Najwyższy, który w 1990 r. został zbudowany od podstaw przez prof. Strzembosza. I zupełnym paradoksem jest, że właśnie oskarżany obecnie o postkomunizm Sąd Najwyższy został zdekomunizowany całkowicie w roku 1990. Premier Morawiecki co prawda twierdzi, że w SN widzi osoby, które skazywały opozycjonistów w stanie wojennym, ale nie był łaskaw podać, które są to osoby. Wg mediów w SN jest obecnie trzech takich sędziów (na 80 sędziów SN), co jest faktem wysoce nagannym, ale to jednak nie powód, by stosować tego rodzaju uogólnienia i demolować Sąd Najwyższy.

Dalej premier Morawiecki odnosi się do Krajowej Rady Sądownictwa, która jego zdaniem jest zdominowana przez 15 sędziów szczebla apelacyjnego i wyższego, nominuje wszystkich sędziów, w tym ich własnych następców i nie uczestniczy w tym procesie żaden sędzia pierwszej instancji czy wybierany urzędnik. W tym fragmencie są ewidentne przekłamania, bowiem wśród 15 wybieranych sędziów w radzie zasiada 6 sędziów ze szczebla apelacyjnego i wyższego (2 sędziów SN, 2 sędziów NSA, 2 sędziów apelacyjnych). Nie jest też prawdą, że w KRS nie ma żadnego urzędnika pochodzącego z wyboru, bowiem członkiem Rady jest z urzędu Minister Sprawiedliwości oraz przedstawiciel Prezydenta RP.

Być może premier miał na myśli niedostateczną reprezentację sędziów rejonowych w KRS i tu trzeba przyznać mu rację. Z tej najliczniejszej grupy, liczącej 67% sędziów sądów powszechnych, obecnie w Radzie jest tylko jeden przedstawiciel. W ciągu 27 lat historii KRS sędziów rejonowych zasiadało tam tylko czterech. Takie niewłaściwe proporcje niewątpliwie wymagały zmiany i taką demokratyczną zmianę zawierał pierwszy projekt Ministerstwa Sprawiedliwości z 2016 r. (zarzucony), jak i projekt przedstawiony przez SSP „Iustitia” (odrzucony). Tym niemniej nie jest prawdą twierdzenie, że w KRS nie ma żadnego sędziego pierwszej instancji lub najniższego szczebla.

Jako przykład skandalicznej demoralizacji sędziów premier podaje fakt, że w roku 2012, „w czasie obowiązującego w całym kraju zamrożenia płac, w środku kryzysu ekonomicznego, grupa sędziów pozwała rząd (Skarb Państwa) do innych sądów o zapłatę, zarzucając naruszenie ich umów o pracę, tak, że jeden sędzia drugiemu wynagradzał szkodę”. 

Rzeczywiście, akcja składania pozwów o wynagrodzenia, zamrożone przez rząd Donalda Tuska, miała miejsce. Sam takie pozwy składałem. Działania te wspierała „Iustitia”. Nie jest niczym nadzwyczajnym, ani tym bardziej nagannym, pozywanie rządu przez sędziów w przypadku łamania konstytucyjnej zasady praw nabytych oraz zasady odpowiedniego wynagrodzenia sędziego. No i gdzie niby taki pozew należałoby złożyć, jak nie do sądu? Do rządu?

Trzeba podkreślić, że w zdecydowanej większości takich spraw były one rozpatrywane przez sądy w innych okręgach. Zastosowano wyłączenie sądów właściwych właśnie po to, aby uniknąć zarzutu stronniczości. Z mediów znany był jeden przypadek, gdy do takiego wyłączenia nie doszło i rzeczywiście pozwy rozpoznawał ten sam sąd, w którym orzekali sędziowie dochodzący swych roszczeń. Nie jest to na pewno powód do krzywdzących uogólnień.

Warto też zaznaczyć, że akcja składania pozwów zakończyła się generalnie niepowodzeniem. Trybunał Konstytucyjny pod przewodnictwem prof. Andrzeja Rzeplińskiego uznał bowiem wyższość zasady stabilności budżetu nad innymi zasadami konstytucyjnymi i potwierdził konstytucyjność zamrożenia. W rezultacie Skarb Państwa zaoszczędził, a zdecydowana większość pozwów została oddalona. Czy jest to wystarczający argument uzasadniający obecne działania strony rządowej wobec sądów – pozostawiam do oceny czytelników.

Najbardziej szokujący jest jednak akapit kolejny, w którym premier stwierdza, iż sędziowie przydzielani są do spraw przez swoich kolegów po fachu („close peers” – to tłumaczenie wydaje się bliższe oryginałowi niż użyte w mediach słowo „poplecznicy”), bez publicznego nadzoru. „Korzyści dla przyjaciół. Zemsta jest przeznaczona dla rywali. W sprawach wyglądających na najbardziej lukratywne (dochodowe?) są wymagane łapówki” –pisze premier Morawiecki.

W tym akapicie pan premier mija się prawdą i podaje informacje szkalujące. Nie jest bowiem prawdą, jakoby dotychczas sprawy były przydzielane sędziom na zasadzie zupełnej dowolności, a już zwłaszcza na zasadzie przydzielania lepszych spraw przyjaciołom, a gorszych – wrogom sędziów funkcyjnych.  W sprawach karnych od roku 2003 obowiązuje zasada losowego przydziału spraw wg kolejności wpływu i jawnej listy sędziów.  Możliwość wnioskowania o losowanie składu w poważniejszych sprawach istnieje od roku 1998, choć jest wykorzystywana bardzo rzadko. W sprawach cywilnych od lat funkcjonuje system „numerkowy” – przydziału spraw do referatu wg ich numeru, czyli w praktyce system losowy. Owszem, są możliwe wyjątki, ale nie uzasadniają one takich tez, jak w cytowanym artykule. I o ile należy poprzeć ideę jednolitego podziału wpływu przez system komputerowy (o ile system ten zadziała), to na pewno wizja roztaczana przed Amerykanami przez premiera nijak się ma do rzeczywistości.

Co gorsza, w artykule padają jednoznaczne oskarżenia o powszechną korupcję. I to jest najbardziej szokująca część tego artykułu. Premier stwierdza bowiem bez ogródek, że w sprawach wyglądających na najbardziej lukratywne („lucrative”) są wymagane łapówki. Nie jest jasne, o jaką sytuację chodzi. Czy „lukratywność” niektórych spraw oznacza sprawy korzystne pod względem statystycznym (tj. łatwe do skończenia przy niewielkim nakładzie pracy tzw. „szybkie numerki”), czy też chodzi o to, że niektóre sprawy związane są z łapówkami i z tego powodu są lukratywne pod względem finansowym? Mam nadzieję, że chodzi o tę pierwszą ewentualność, bo w drugim przypadku byłoby to ewidentne pomówienie. Tak czy inaczej pada jednoznaczny zarzut łapownictwa.

I jest to poważny problem. Prezes Rady Ministrów ma bowiem obowiązek niezwłocznego zawiadomienia prokuratury i Policji o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu (art.304§2 k.p.k.). Jeżeli pan premier ma dowody uzasadniające podejrzenie masowego łapownictwa w sądach, to powinien je przedstawić właściwym organom. Jeśli tych dowodów nie ma – nie powinien pisać rzeczy nieprawdziwych.

Warto zauważyć, że choć w powszechnym odczuciu korupcja jest istotnym problemem wymiaru sprawiedliwości w Polsce (wskazuje na nią 30% badanych w marcu 2017 r. przez CBOS), to w praktyce sądowej takich zdarzeń właściwie nie widać. W ciągu ostatnich kilkunastu lat media opisywały bodajże trzy przypadki klasycznej korupcji, czyli  uzyskiwania korzyści majątkowych lub osobistych w zamian za określonej treści wyroki. Wszystkie zakończyły się wydaleniem ze służby i wyrokami skazującymi. Głośna ostatnio afera w sądach krakowskich nie dotyczy korupcji, a nadużyć gospodarczych, których dokonywać miało kilku urzędników sądowych i jeden sędzia. Przy obecnym poziomie rozwoju techniki i aktywności służb specjalnych właściwie nie sposób sobie wyobrazić, że w sądach istniałaby na masową skalę korupcja, która nie byłaby wykryta.

Po raz kolejny trzeba podkreślić, że sędziowie nie są jakimś ciałem obcym, tylko reprezentantami władz państwa, podobnie jak posłowie, senatorowie, ministrowie albo premierzy. Oczernianie sędziów nie różni się niczym od podobnych działań podejmowanych wobec przedstawicieli innych władz. Warto więc w takich przypadkach ważyć słowa, zwłaszcza, jeśli są to słowa kierowane do zagranicznych czytelników.

Jak widać, sądy nadal pozostają ulubionych przez polityków chłopcem do bicia. W najbliższym czasie nie widać niestety szans na zmianę tej sytuacji. Sytuacji szkodliwej nie tylko dla samych sędziów, ale przede wszystkim dla państwa jako całości i dla wszystkich obywateli. Sprawiedliwość jest ostoją siły i trwałości Rzeczypospolitej – jak głosi napis na siedzibie Sądu Okręgowego w Warszawie. Jeśli autorytet wymiaru sprawiedliwości zostanie przez polityków całkowicie zniszczony, nie będzie można mówić ani o sile, ani o trwałości Państwa Polskiego.

Być albo nie być

Dokonało się. Ustawy sądowe zostały ogłoszone w Dzienniku Ustaw. I karuzela rusza. Rusza bardzo szybko, bowiem przepisy dotyczące wyboru KRS wchodzą w życie już dzień po opublikowaniu. Trzy dni później marszałek Sejmu obwieszcza w Monitorze Polskim rozpoczęcie procedury zgłaszania kandydatów, która ma trwać 21 dni. Czyli pod koniec stycznia listy kandydatów będą zamknięte. Cała procedura wyłaniania nowej KRS ma się skończyć w ciągu 3 miesięcy, czyli najpóźniej do 2 kwietnia. I będzie w tym zakresie po wszystkim.

Kwestią do rozstrzygnięcia w najbliższym czasie jest zachowanie się w sytuacji, w której tryb wyboru członków KRS został określony w sposób budzący poważne wątpliwości konstytucyjne. Co prawda, Konstytucja nie określa wprost, kto wybiera sędziów do KRS, co daje możliwość różnorakich interpretacji, jednak dominująca wykładnia celowościowa, systemowa i historyczna prowadzi do wniosku, że wyboru powinni dokonywać sędziowie.

Do oczywistego złamania Konstytucji może natomiast prowadzić przepis przejściowy, wygaszający kadencje dotychczasowych sędziów w KRS dzień przed objęciem funkcji przez nowych członków. Czteroletnia kadencja członków KRS jest bowiem jednoznacznie określona w art. 187 ust.3 Konstytucji, wobec czego jej skrócenie na mocy ustawy zwykłej jest bezskuteczne.

Jest co prawda kwestią sporną, czy kadencja ta powinna być liczona łącznie dla wszystkich wybranych sędziów (jak np. w przypadku senatorów), czy też indywidualnie dla każdego z nich (jak np. w przypadku  sędziów TK). Dotychczasowa ustawa tego nie przesądzała, Konstytucja tym bardziej nie. A praktyka była zróżnicowana. Początkowo kadencję liczono łącznie i sędzia wstępujący do KRS pełnił swą funkcję tylko do zakończenia kadencji wszystkich pozostałych. Zmieniło się to na mocy uchwały KRS z 2002 r., która wprowadziła zasadę indywidualnego liczenia kadencji każdego sędziego. I gdy w roku 2004, w połowie kadencji, członkiem Rady został sędzia Roman Kęska, nie skończył on kadencji wraz z innymi w roku 2006, lecz trwała ona pełne 4 lata, do roku 2008. I tak jest do dziś.

Odmienną koncepcję przyjął Trybunał Konstytucyjny w wyroku z dnia 21 czerwca 2017 r. (K 5/17), kwestionując indywidualne liczenie kadencji KRS. Niestety, rozstrzygnięcie to nie tylko nie rozwiązało sprawy, ale dodatkowo ją zagmatwało. W składzie TK zasiadły bowiem dwie osoby, które nie są uprawnione do orzekania, czyli tzw. „dublerzy”. W rezultacie nie wiadomo, czy mamy do czynienia z wyrokiem, czy też jedynie z opinią trzech sędziów i dwóch profesorów „przy kawie i ciasteczkach”. Czyli nadal nic pewnego w tej kwestii nie wiemy.

A zagadnienie to ma znaczenie istotne, bowiem przy łącznym liczeniu kadencji, obecna kadencja sędziów w Radzie wygaśnie 29 marca 2018 r., co niemal dokładnie pokryłoby się z rozpoczęciem kadencji wg nowej ustawy. Czyli problem skrócenia kadencji byłby jedynie teoretyczny. Gorzej byłoby w razie indywidualnego liczenia kadencji. Kadencje indywidualne wygasają bowiem różnie. Większość do końca marca 2018 r., po jednej w maju i w czerwcu 2018, ale dwie (sędziowie: Jan Grzęda i Krzysztof Wojtaszek) zaczęły się w roku 2016 i powinny trwać do roku 2020. Tym samym w dwóch przypadkach na 15 mielibyśmy do czynienia z ewidentnym i długotrwałym złamaniem konstytucyjnej kadencji, a dwaj sędziowie wybrani na te miejsca (którzy?) mieliby status „dublerów”, tak jak w przypadku TK. Jak wpłynęłoby to na skuteczność decyzji Rady? Kwestia jest otwarta.

Całkiem jednoznacznie wygląda natomiast kwestia kadencji Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego. Jest ona konstytucyjnie określona na 6 lat i kończy się 30 kwietnia 2020 r. Ustawą zwykłą zmienić się tego nie da, nawet przez obniżenie wieku spoczynkowego. Równie dobrze można byłoby skrócić kadencję prezydenta, ustalając w ustawie jakiś nowy warunek sprawowania urzędu, którego Andrzej Duda nie spełnia i wygasić jego kadencję. Ale w takim przypadku ustawa zapewne nie byłaby podpisana…

Rezultat jest taki, że prof. Gersdorf będzie formalnie pełniła swoją funkcję jeszcze przez dwa lata. A jeśli ktoś zajmie jej gabinet – zostanie po raz pierwszy w historii I Prezesem SN na Wychodźstwie. I całkiem możliwe, że jej następca na tym stanowisku może być traktowany jak „dubler”.  

Pojawia się oczywiście podstawowe pytanie – co robić? Jakie działania należy podejmować po przegranej kampanii w obronie sądów, w zupełnie nowych warunkach?

Terminy ustawowe wskazują, że pierwsze decyzje w sprawie kandydowania do KRS trzeba podjąć już w styczniu. W środowisku sędziowskim dominuje przekonanie, że w wyborach do nowej KRS nie należy brać udziału. A nawet – że ze względu na wątpliwości konstytucyjne brać w nich udziału nie wypada, bo byłby to przejaw kolaboracji. I wobec długotrwałej kampanii skierowanej przeciwko sadom takim poglądom nie można się dziwić. Takie stanowisko, jeszcze w kwietniu 2017 r., zajęło Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” i nadal je podtrzymuje. W podobnym tonie wypowiedziało się kilka organów samorządu sędziowskiego. Sędzia Jacek Ignaczewski na swoim portalu Imponderabilia Sądowe rozpoczął nawet akcję „Dziękuję – nie kandyduję”. Wydawać by się więc mogło, że sprawa jest prosta. Skoro nowe przepisy budzą wątpliwości konstytucyjne, to lepiej nie legitymizować KRS w nowym składzie.

Czy jednak jest to stanowisko najkorzystniejsze z punktu widzenia podstawowego celu, jakim jest ochrona niezależności sądów i niezawisłości sędziów? Wydaje się, że niekoniecznie. Otóż przepisy nowej ustawy skonstruowane są w ten sposób, że w drugiej turze każdy klub poselski może wystawić maksymalnie 9 kandydatów (na 15 miejsc). Ostatecznie listę układa Prezydium Sejmu, więc można przypuszczać, że partia rządząca te 9 miejsc obsadzi kandydatami proponowanymi przez siebie. Natomiast pozostałych 6 miejsc może być obsadzonych przez partie opozycyjne. Jednakże w razie bojkotu wyborów do KRS – czy to ze strony sędziów, czy też partii opozycyjnych – wszystkie 15 miejsc obsadza Prezydium Sejmu zdominowane przez partię rządzącą.

W tej sytuacji bojkot wyborów oznacza oddanie walkowerem wszystkich miejsc w KRS partii rządzącej. Wynik 9:6 a 15:0 to jest jednak różnica. Czy bojkot będzie lepszy dla ochrony nienależności władzy sądowniczej? Zwolennicy bojkotu  uznają, że to w sumie bez znaczenia, bo i tak te sześć głosów niewiele znaczy w dwudziestopięcioosobowej Radzie. Rzecz jasna większości głosów w tej sytuacji się nie uzyska, jednakże sama możliwość udziału w pracach KRS, obserwowania tych obrad, zgłaszania wniosków i komentowania decyzji, jest istotną wartością, której nie można nie doceniać. W Sejmie opozycja też nie ma nic do powiedzenia, a przecież nikt nie twierdzi, że opozycyjni posłowie powinni z tego powodu złożyć mandaty. Poza tym w skład KRS wejdą sędziowie w stanie czynnym, którzy siłą rzeczy są przyzwyczajeni do niezależności działania i wcale nie jest powiedziane, że kandydaci popierani przez jakąś partię będą na pewno realizowali politykę tejże partii. Nawet w Trybunale Konstytucyjnym mamy przykład sędziego Pszczółkowskiego, który nie wykonuje celów politycznych rekomendującej go partii. W przypadku KRS taka ewentualność jest o wiele bardziej prawdopodobna.

Należy też rozważyć dalsze skutki zakwestionowania legalności nowej KRS. Czy w takim wypadku za bezskuteczne należałoby także uznawać uchwały podejmowane przez nową Radę? Czy trzeba by było kwestionować wnioski o nominacje sędziowskie? A co za tym idzie – nominacje wręczone na podstawie tych wniosków? I czy w ostatecznym rachunku nie należałoby kwestionować orzeczeń wydawanych przez sędziów powołanych na wniosek nowej KRS? Zwolennicy bojkotu nie dają odpowiedzi na te pytania, a są one kluczowe dla dalszego funkcjonowania polskiego wymiaru sprawiedliwości.

Nie jest celem niniejszego artykułu propagowanie jednej, jedynie słusznej koncepcji, lecz przedstawianie różnych możliwości działania. Ocenie czytelników i sędziów rozważających zgłoszenie swoich kandydatur pozostawiam rozstrzygnięcie, która możliwość jest dla sądownictwa korzystniejsza.

Znacznie więcej dylematów mają przed sobą w najbliższym czasie sędziowie Sądu Najwyższego. Ci z nich, którzy przekroczyli 65 rok życia, muszą zdecydować, czy odchodzą w stan spoczynku, czy też złożą wniosek o pozostanie w służbie czynnej. Prof. Gersdorf już złożyła publiczna deklarację, że takiego wniosku – jako wątpliwego konstytucyjnie – nie złoży. Tym niemniej sprawa nie jest wcale taka prosta, bowiem trzeba wybrać między rozwiązaniem bardziej honorowym, jakim jest odejście w stan spoczynku, a bardziej pragmatycznym, jakim jest pozostanie w służbie czynnej. Nie dla własnych korzyści czy kariery, ale dla ocalenia dotychczasowego dorobku Sądu Najwyższego. Bo na zwolnione miejsca przyjdą przecież nowi sędziowie, desygnowani przez nową KRS.

Analogiczny dylemat mają sędziowie SN, którzy nie skończyli jeszcze 65 roku życia. Ustawodawca dał im bowiem wyraźną zachętę do odejścia, w postaci artykułu 111§2, który umożliwia przejście w stan spoczynku każdemu sędziemu SN, jeśli złoży taki wniosek w ciągu 6 miesięcy. W mediach pojawiły się głosy, że na znak protestu przeciwko nowelizacji, wszyscy sędziowie SN powinni odejść w stan spoczynku. Ale to znowu oddanie pola walkowerem. W takim wypadku ziściłby się bowiem plan zawarty w pierwotnym projekcie ministra Ziobry, który zakładał dla SN „opcję zerową”.

Kolejny dylemat wiąże się z obsadą stanowisk funkcyjnych. W pierwszej kolejności chodzi o tymczasowe kierowanie SN lub Izbą, po przejściu dotychczasowych I Prezesa SN lub Prezesa SN w stan spoczynku. W takim przypadku kierowanie SN lub Izbą powierza prezydent (art.111§4). I powstaje wątpliwość, czy taką tymczasową funkcję przyjmować, czy też nie. Z jednej strony ewentualny bojkot na pewno może mieć ważną wymowę symboliczną. A w razie powodzenia – także praktyczną, bo na dłuższy czas działalność KRS zostałaby sparaliżowana. Z drugiej strony – odpowiedzialność za państwo wskazuje, by nie pozostawiać sądu bez kierownictwa. Skoro politycy takiej odpowiedzialności nie przejawiają, to może przynajmniej sędziowie powinni?

Sytuacja powtórzy się w momencie wyłaniania kandydatów na stanowiska funkcyjne, po uzupełnieniu składu SN do planowanych 110 etatów sędziowskich. Szczególnie ważka będzie kwestia obsadzenia stanowiska I Prezesa SN, które z mocy Konstytucji pozostanie przecież obsadzone do roku 2020. Czyli ewentualny kandydat musi godzić się na niezbyt chlubną rolę „dublera”. A ustawa przewiduje przedstawienie aż pięciu kandydatów. Czy zatem sędziowie SN powinni – w sposób czynny i bierny – uczestniczyć w akcie wyboru kandydatów, czy też go zbojkotować? Zwłaszcza, gdy bojkot oznacza de facto, że kandydatów wyłonią jedynie „nowi” sędziowie SN, których w gronie 110 sędziów będzie co najmniej 62 (56%), zatem próba zerwania kworum Zgromadzenia Ogólnego może okazać się nieskuteczna.

Podobny problem będzie dotyczył wyboru Prezesów Izb, z tą różnicą, że ich kadencje nie są regulowane konstytucyjnie, zatem przynajmniej w tych przypadkach nie będzie problemu „dublerów”. Co nie oznacza, że nie będzie problemów w ogóle, bowiem każdy udział w akcie wyborczym (czynny lub bierny) może być traktowany jako legitymizacja obecnej nowelizacji. Brak zaś tego udziału – oznaczać może całkowite oddanie pola.

Jak widać, w najbliższym czasie sędziowie staną przed iście Hamletowskim pytaniem – „być albo nie być?” w organach władzy sądowniczej po zmianach. Już niedługo zobaczymy, jaką odpowiedź da nasze środowisko.

Pora na asesora

Asesorzy sądowi właściwie zawsze mieli pod górkę. Mniej lub bardziej, ale zawsze. Od chwili wprowadzenia tej instytucji do polskiego systemu prawnego w roku 1928, ich pozycja była wyraźnie gorsza od pozycji sędziego. Początkowo instytucja ta, wzorowana na rozwiązaniach państw zaborczych (pruskich i austriackich) nie dotyczyła – tak jak w późniejszym okresie – sędziego na próbę, ale raczej sędziego w niepełnym wymiarze zadań. Mianowanie przez Ministra Sprawiedliwości aplikanta asesorem sądowym następowało po złożeniu przez niego egzaminu sędziowskiego. Prezes sądu apelacyjnego mógł powierzyć asesorowi sądowemu pełnienie czynności sędziowskich, wyłączając przy tym możliwość wydawania wyroków. Asesor mógł działać przede wszystkim w charakterze sędziego śledczego, a także pełnić funkcję pomocy sądowej i przesłuchiwać świadków. Czyli wykonywał czynności bliższe obecnemu referendarzowi sądowemu, niż sędziemu.

Sytuacja zmieniła się w roku 1945, gdy pojawiła się możliwość powierzenia asesorowi sądowemu na czas określony pełnienia wszystkich czynności sędziowskich. Dotyczyło to także czynności orzeczniczych. Tym samym asesor stał się faktycznym „sędzią na próbę”, a od sędziego odróżniał się nominacją na czas określony. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że jednocześnie nastąpiło odejście od zasady nieusuwalności sędziów – asesor był faktycznie najniższym stopniem sędziowskim.

I tak przez następne 60 lat kolejne pokolenia asesorów spokojnie sądziły kolejne tysiące spraw. Jedyna istotna zmiana nastąpiła w roku 1985, kiedy to w miejsce prezesa sądu wotum orzecznicze zaczął nadawać minister sprawiedliwości. Oczywiście faktyczna i prawna sytuacja asesorów była istotnie gorsza od sytuacji sędziów. Po pierwsze, byli mianowani na czas określony, istniało więc ryzyko, że po zakończeniu okresu asesorzy nie otrzymają nominacji sędziowskiej. W praktyce – jak wskazują statystyki – takie ryzyko było niewielkie, tym niemniej istniało. Po drugie – byli zależni od decyzji Ministra Sprawiedliwości i kolegium Sądu Okręgowego w zakresie udzielania wotum orzeczniczego. Po trzecie – musieli faktycznie pracować ciężej niż sędziowie, bo dopiero nabywali doświadczenie i dążyli do uzyskania pozytywnej oceny wizytatora i sędziego patrona, co było właściwie warunkiem uzyskania stałej nominacji.

Taka sytuacja trwała do roku 2006, gdy dość niespodziewanie dwie osoby fizyczne – strony spraw osądzonych przez asesorów – złożyły do Trybunału Konstytucyjnego skargę, w której poddawały w wątpliwość konstytucyjność instytucji asesora w dotychczasowej postaci. Rok później TK podzielił te wątpliwości, wydając brzemienny w skutki wyrok SK 7/06, podważający konstytucyjność dotychczasowych rozwiązań dotyczących asesorów.

W tym momencie zaczął się wyścig z czasem. Trybunał dał bowiem 18 miesięcy na zmianę w prawie, dostosowującą przepisy do wymogów konstytucyjnych w zakresie gwarancji niezawisłości asesorów. Ustawodawca poszedł jednak krok dalej i w maju 2009 r. całkowicie zlikwidował instytucję asesorów. Dotychczasowi asesorzy byli w międzyczasie pospiesznie mianowani na stanowiska sędziowskie. Nabór na asesurę wstrzymano.

Kto miał szczęście, to zdążył przed majową deadline.  Jednak egzaminowani aplikanci sędziowscy, którzy nie zdążyli przejść etapu asesury przed majem 2009 znaleźli się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Zamiast spodziewanych awansów na stanowiska asesorskie, a potem sędziowskie, otrzymali propozycje mniej atrakcyjnych finansowo i merytorycznie stanowisk referendarzy i asystentów. Fakt, że mogli startować w otwartych konkursach na stanowiska sędziowskie. Fakt, że często te konkursy wygrywali, bo byli  po prostu dobrymi kandydatami, wzbogaconymi dodatkowo o doświadczenia z czasu pełnienia funkcji referendarza i asystenta. Wielu sędziów rejonowych mianowanych po roku 2009 to właśnie „sieroty po asesurze” – egzaminowani aplikanci, którym nie dane było ukończyć asesury. Jest jednak jeszcze całkiem spora grupa, która dotąd sędziami nie została, a przy nowym brzmieniu ustawy ma małe szanse, by nominacje sędziowskie uzyskać. Wyszło więc na to, że państwo polskie wykształciło tych młodych ludzi na sędziów, po czym pozostawiło ich na lodzie, bo trudno w takich okolicznościach uznać za w pełni satysfakcjonującą pracę na stanowisku asystenta sędziego.

Kilka lat później pomysł reaktywacji instytucji asesora powrócił. Co ciekawe, inicjatorem tego powrotu była Krajowa Rada Sądownictwa, a projekt w tym zakresie został wniesiony przez Kancelarię Prezydenta Bronisława Komorowskiego w dniu (nomen omen) 1 kwietnia 2014 roku. Po niezbyt spiesznym procedowaniu projekt ten został rok później uchwalony i formalnie wszedł w życie 1 stycznia 2016 r. Formalnie, bo po zmianie władzy jesienią 2015 r. znaczącej zmianie uległa także koncepcja asesury, wobec czego żaden asesor wg ówczesnych przepisów nie został powołany. Kolejne roczniki absolwentów aplikacji sądowej po ukończeniu Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury, musiały czekać albo startować w otwartych konkursach na stanowiska sędziowskie. Wkrótce zresztą i ta ostatnia możliwość została zablokowana, bowiem 323 wolne etaty sędziowskie zostały przeznaczone dla asesorów powoływanych na nowych zasadach, co w praktyce skutkowało zamrożeniem konkursów na nowe stanowiska sędziowskie. 

Egzaminowani aplikanci sądowi po tzw. dawnej aplikacji w praktyce zostali w ten sposób pozbawieni możliwości uzyskania stanowiska sędziowskiego. Już po raz drugi zresztą. Nawet bowiem jeśli na szczeblu rejonowym zostaną ogłoszona jakieś konkursy na stanowiska sędziowskie (w co można wątpić) to i tak ich szanse, wobec niewielkiej liczby wolnych miejsc, będą niewielkie. Zwłaszcza w stosunku do absolwentów „nowej” aplikacji, którzy – w razie dobrego wyniku z egzaminu sędziowskiego – mają teoretycznie gwarancję uzyskania etatu asesorskiego. Przynajmniej tak wydawać by się mogło po przeczytaniu tekstu obowiązującej od niedawna ustawy.

Życie jest jednak pełne niespodzianek i okazało się, że także absolwenci Krajowej Szkoły mogą mieć zasadnicze problemy z objęciem stanowisk asesorskich. I to problemy w skali masowej. Stało się tak za sprawą Krajowej Rady Sądownictwa, która ku zaskoczeniu środowiska sędziowskiego, a tym bardziej samych asesorów, sprzeciwiła się udzieleniu tzw. wotum orzeczniczego wszystkim 265 absolwentom aplikacji sędziowskiej, którzy we wrześniu zostali powołani na stanowiska asesorów przez ministra Ziobrę zgodnie z nową procedurą.

Jeszcze większym zaskoczeniem było uzasadnienie tej decyzji. Otóż oficjalnym powodem, dla którego omal nie doszło do złamania karier 265 młodym ludziom, był… brak aktualnych zaświadczeń lekarskich. Nie jest to właściwe miejsce, by ostatecznie rozstrzygać czy ten brak formalny rzeczywiście nastąpił. Warto zauważyć na przykład, że ustawa nie wymienia zaświadczeń lekarskich, jako załączników do wniosku kierowanego do KRS. I o ile prawdą jest teza, że zaświadczenia lekarskie są ważne rok, to wydaje się, że ten okres powinno się liczyć do momentu ich złożenia i nie ma potrzeby ich ponawiania na każdym szczeblu kariery. W każdym razie takiej potrzeby nie było dotychczas w przypadku nominacji na wyższe stanowiska sędziowskie. Żaden sędzia nie był zobowiązany do składania ponownych zaświadczeń w przypadku awansów – wystarczały te złożone kiedyś na początku kariery. W przypadku asesorów uznano przeciwnie.

Mniejsza już jednak o zawiłości prawne tej sytuacji, godne zresztą tego, aby zajął się nimi Sad Najwyższy. Ważniejsze są dwie inne kwestie. Po pierwsze, z wypowiedzi medialnych sędziego Waldemara Żurka wynika sugestia, że rzeczywistym powodem zawetowania asesorów nie były wcale kwestie formalne w postaci zaświadczeń lekarskich, lecz zagadnienia o charakterze fundamentalnym, czyli wątpliwości konstytucyjnych, co do samej instytucji asesora w obecnej postaci. W jednym z wywiadów wobec asesorów padły nawet słowa o „janczarach ministra” i raczej nie odnosiły się one do profesjonalizmu i waleczności tej słynnej tureckiej formacji wojskowej, tylko do jej legendarnego posłuszeństwa… Pojawiła się też wizja zakwestionowania przed ETPCz wyroków wydawanych przez przyszłych asesorów, a nawet konieczności uchylania wszystkich tych orzeczeń.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Jeśli bowiem KRS rzeczywiście uznała obecne rozwiązania za niekonstytucyjne, to nie powinna szukać formalnych pretekstów do zablokowania wszystkich asesorów, tylko stwierdzić to wprost w uzasadnieniu poszczególnych decyzji. Oczywiście do takiego działania nie było podstaw, bo Rada nie jest przecież organem uprawnionym do orzekania o zgodności ustaw z Konstytucją, zaś rozciąganie koncepcji rozproszonej kontroli konstytucyjności także na indywidualne decyzje KRS wydaje się mocno naciągane. W normalnych warunkach jedyna legalną drogą podważenia domniemania konstytucyjności nowej ustawy byłoby zaskarżenie jej do Trybunału Konstytucyjnego. Skoro jednak TK działa tak jak działa (to temat na osobny artykuł), zapewne za jedyną realną szansę uznano zaskarżenie indywidualnych decyzji w sprawie asesorów do SN. Szkoda tylko, że odbyć się to miało kosztem asesorów i sądów rejonowych niecierpliwie oczekujących na załatanie dziur kadrowych.

Na marginesie warto zaznaczyć, że nie ma realnej obawy uchylania wyroków wydanych przez asesorów. Gdy w roku 2007 TK podważył instytucję asesorów jeszcze przez 2 lata mogli oni normalnie orzekać, a po tym okresie nie było przecież konieczności weryfikacji wyroków wydanych przez nich w latach 1945-2009. Analogiczna sytuacja miała miejsce, gdy SN orzekł o nieprawidłowości przenoszenia sędziów przez podsekretarzy stanu przy okazji reformy Gowina. Wówczas również nie podważono orzeczeń wydanych przez nieprawidłowo przeniesionych sędziów. Nie inaczej byłoby też zapewne w razie ewentualnego poważenia konstytucyjności instytucji asesora w obecnym brzmieniu. Ewentualnego, bo sytuacja wcale nie jest oczywista. Co prawda asesorzy są powoływani przez Ministra Sprawiedliwości, a nie przez Prezydenta, ale oba te podmioty należą przecież do sfery władzy wykonawczej, a ponadto wotum orzeczniczego udziela przecież KRS. W dodatku aktualny stan prawny eliminuje jednak zależność asesorów wobec Ministra Sprawiedliwości, poprzez wprowadzenie zasady nieusuwalności w czasie kadencji, co jest podstawową gwarancją niezawisłości, której brak był istotnym zastrzeżeniem ze strony TK w roku 2007.

Poza tym pozostają jeszcze kwestie proceduralne. Niezależnie bowiem od kwestii zasadności podnoszonych przez KRS braków formalnych, Rada niewątpliwie pospieszyła się z wydaniem ostatecznych decyzji. To prawda, że ustawa daje Radzie jedynie miesiąc na wyrażenie opinii o asesorach, a brak opinii oznacza zgodę. To prawda, że rzetelna ocena takiej liczby kandydatów w tak krótkim czasie jest bardzo trudna.  

Okazało się jednak, że Rada nie miała z tym krótkim terminem większego problemu i negatywnie oceniła wszystkich asesorów w ciągu zaledwie 7 dni. Z przedstawionego na stronie KRS kalendarium wynika bowiem, że wykaz asesorów wpłynął do Rady w dniu 13 października 2017 r., ale – z uwagi na awarię systemu komputerowego – dopiero 23 października 2017 r. Rada mogła zapoznać się z dokumentami umieszczonymi tam przez Ministerstwo. Jasnym więc jest, że termin do wydania opinii biegł od 23 października, co dodatkowo zostało potwierdzone pismem z Ministerstwa Sprawiedliwości (przesłanym 27 października). Członkowie Rady musieli zdawać sobie z tego sprawę w chwili podejmowania decyzji.

Nie było więc żadnego powodu do pośpiechu i rozpatrywania wniosków już tydzień po ich wpłynięciu. Tym bardziej, że w przypadku stwierdzenia braków formalnych Rada mogła wezwać do ich uzupełnienia (taka możliwość jest przewidziana w ustawie o KRS), zamiast pospiesznie wetować zbiorowo wszystkie wnioski. Do 23 listopada było wystarczająco dużo czasu na uzupełnieniu braków formalnych (o ile naprawdę występowały) i merytoryczne rozpoznanie wniosków.

Zrobiono jednak inaczej. Zapadły decyzje odmowne. Asesorzy zostali pozostawieni sami sobie, z możliwością wykonywania pracy w charakterze referendarzy i złożenia odwołania do Sądu Najwyższego, które będzie rozpoznane pewnie za kilka lat (dla porównania – odwołania złożone w ramach reformy ministra Gowina zostały rozpoznane po około 4 latach).

Nic więc dziwnego, że decyzja KRS wywołała wzburzenie nie tylko wśród samych asesorów (co zrozumiałe), ale także w całym środowisku sędziowskim, niecierpliwie oczekującym na wstrzymywane od dłuższego czasu etaty. Do swoistej mediacji włączyło się Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”, które zaproponowało Krajowej Radzie Sądownictwa rozważenie możliwości ponownego rozpatrzenia sprawy asesorów sądowych na podstawie art. 45 ust. 1 ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa.

Szczęśliwie Rada skorzystała z tej propozycji. Większość asesorów złożyła aktualne zaświadczenia lekarskie i Krajowa Rada Sądownictwa, po ponownym rozpoznaniu 255 wniosków, uchyliła sprzeciw wobec 252 asesorów sądowych. Wobec 3 osób Rada utrzymała sprzeciw, w 10 przypadkach nie doszło do ponownego rozpoznania wniosków. Rada skorzystała z przepisu art. 45 ust. 1 ustawy o Krajowej Rady Sądownictwa, zgodnie z którym w przypadku ujawnienia nowych okoliczności dotyczących osoby wskazanej we wniosku o powołanie do pełnienia urzędu sędziego albo asesora sądowego, Rada może z urzędu lub na wniosek uczestnika postępowania ponownie rozpatrzyć sprawę. Co do 13 osób sprzeciw został podtrzymany. Tym razem jakichś zasadniczych przeszkód natury konstytucyjnej nie zauważono, a Rada zmieściła się bez żadnych problemów w 30-dniowym terminie, upływającym 23 listopada.

Wszystko dobre co się dobrze kończy. Wbrew twierdzeniom ministra Ziobry zmiana decyzji Rady nie może być uznana za kompromitację. Nie jest bowiem kompromitacją wycofanie się z błędnej decyzji. Bywa nią trwanie w błędzie.  

Trójkąt niezawisłości

Wszystko wskazuje na to, że bitwa o sądy wchodzi w końcową fazę. Co prawda, formalnie rzecz biorąc, piłka jest jeszcze w grze. Jednak od chwili zgłoszenia prezydenckich projektów ustaw o SN i KRS jest chyba dla wszystkich jasne, że w zasadzie poruszamy się w granicach między złym projektem Andrzeja Dudy a dramatycznie złym projektem Zbigniewa Ziobry. Duzi gracze toczą walkę o strefy wpływów i przebieg linii demarkacyjnej, ale kwestia znaczącego ograniczenia niezależności władzy sądowniczej wydaje się być przesądzona. Trudno bowiem sobie wyobrazić, aby z Parlamentu wyszły ustawy korzystniejsze od projektów prezydenckich. Także sam prezydent Duda nie zawetuje przecież własnych propozycji. Jedyną szansą byłaby negatywna reakcja opinii publicznej, ale kolejne sondaże wyraźnie wskazują, że duża część wyborców w dość umiarkowanym stopniu przejmuje się kwestią niezależności władzy sądowniczej. Cóż, edukacja prawna społeczeństwa na pewno ma przyszłość, ale zmiana świadomości prawnej to kwestia lat, a nie dni czy tygodni. No chyba, że negocjacje spełzną na niczym i do zmian w ogóle nie dojdzie – ku powszechnemu pożytkowi.

Nie zwalnia to jednak środowiska sędziowskiego z konieczności oceny wprowadzanych zmian. Podstawową kwestią, na którą należy zwrócić uwagę, jest wpływ zmian na kwestię niezawisłości sędziowskiej. Bez atrybutu niezawisłości nie ma bowiem sądów z prawdziwego zdarzenia, a jedynie podległe władzy politycznej urzędy, tylko z nazwy będące sądami. Brak niezawisłości sędziowskiej uderza oczywiście nie w samych sędziów, tylko w obywateli, którzy w starciu z wszechwładnym państwem byliby bez szans. Konieczna jest więc analiza dotychczasowych propozycji (także już obowiązującej ustawy o ustroju sadów powszechnych) pod kątem naruszania podstawowych gwarancji niezawisłości sędziowskiej. Jak bowiem stwierdził pewien znany bloger – rzecz nie w tym, aby sędzia miał odwagę sprzeciwić się cezarowi i śmiało iść na arenę pełną lwów, ale, by miał pewność, że niezależnie od treści wyroku nie zostanie rzucony na arenę.

Wbrew pozorom, wśród kwestii kluczowych dla niezawisłości sędziowskiej brak  spraw w obecnej reformie najgłośniejszych – sposobu powoływania członków Krajowej Rady Sądownictwa oraz prezesów sądów. Zmiany w tym zakresie naruszają oczywiście zasadę niezależności władzy sądowniczej, ale w sposób bezpośredni nie wpływają na niezawisłość sędziego w orzekaniu. Co najwyżej można mówić o wpływie pośrednim, a i to nie w każdym przypadku.

Sposób wyboru członków KRS może mieć teoretycznie znaczenie, ale tylko dla sędziów, którzy chcą awansować. Jeśli sędzia awansować nie zamierza – a takich przypadków wcale nie brakuje – sposób wyboru członków KRS jest dla jego niezawisłości najzupełniej obojętny. Nigdy bowiem w swojej karierze – gdy już zostanie powołany – z Krajową Radą zapewne się nie zetknie. A nawet, gdyby chciał awansować – poczekanie cztery lata na koniec kadencji KRS nie jest przecież jakimś heroicznym wyrzeczeniem. Oczywiście pozostaje kwestia osób mianowanych po raz pierwszy, ale osoba, która stara się dopiero o stanowisko sędziego, z atrybutu niezawisłości nie korzysta, więc o naruszeniu niezawisłości sędziowskiej mowy tu być nie może.  

Rzecz jasna, rozważania te dotyczą wersji pesymistycznej, zgodnie z którą orzekający obecnie sędziowie, gdy zostaną wybrani do KRS przez polityków – tracą nagle swoją niezawisłość i stają się posłusznymi narzędziami w rękach tychże polityków. Szczerze mówiąc, nie wiem, dlaczego liderzy środowiska sędziowskiego pokładają tak małą wiarę w swoich kolegów sędziów. Cóż mogą pomyśleć zwykli obywatele, słysząc, że po wyborze w skład KRS przez polityków sędzia z dnia na dzień stanie się partyjnym aparatczykiem? Wydaje się, że szerzenie takich tez jest dla środowiska sędziowskiego bardziej szkodliwe niż słynna antysądowa kampania medialna. Skoro bowiem sami sędziowie nie wierzą w swoją niezależność, to kto ma w nią wierzyć?

Oczywiście prawdą jest, że w razie wyboru KRS przez polityków sędziowie stracą jakikolwiek wpływ na ostateczny skład Rady. Pozostanie im jedynie możliwość zgłaszania kandydatur. Warto jednak podkreślić, że wg dotychczasowych zasad przeciętny sędzia i tak miał dość iluzoryczny wpływ na wybór członków KRS. Przede wszystkim waga głosów sędziów różnych szczebli była bardzo zróżnicowana – głos sędziów wyższych rzędów był wielokrotnie silniejszy od głosu sędziów rejonowych. W dodatku od kilkunastu lat o składzie większości sędziowskiej części KRS decydowała koalicja ośmiu największych okręgów, a kandydaci spoza tej grupy nie mieli dotąd żadnych szans w głosowaniach.  Dopiero zgłoszony niedawno protest Stowarzyszenia „Iustitia” wprowadzał zasady demokratyczne, podobnie zresztą jak pierwotny projekt Ministerstwa Sprawiedliwości, niestety zarzucony w toku prac legislacyjnych.

Nie oznacza to oczywiście, że wybór KRS przez polityków jest rozwiązaniem dobrym. Bez wątpienia bardziej właściwym jest wybór sędziów do KRS przez samo środowisko sędziowskie, aczkolwiek dotychczasowe niezbyt demokratyczne zasady wyboru powinny ulec zmianie. Trzeba jednak zauważyć, że projekt prezydencki nie stanowi oczywistego złamania przepisów Konstytucji, gdyż art.187 ust.1 pkt 2 ustawy zasadniczej nie mówi wprost, kto ma dokonywać wyboru sędziów do Rady. Owszem, dotychczas obowiązywała (słusznie) wykładnia systemowa i historyczna, zgodnie z którą sędziów wybierają sędziowie. Czyli nie występuje w tym przypadku oczywiste i rażące złamanie zasad konstytucyjnych, jak było w przypadku zawartego w zawetowanej ustawie skrócenia kadencji KRS czy podziału Rady na dwa zgromadzenia.

Podobnie wygląda kwestia odwoływania i powoływania prezesów. Ma ona znaczenie dla osób pełniących funkcje prezesowskie i dla osób pretendujących do tej roli. Dla liniowego sędziego, bez aspiracji prezesowskich, rzecz decydującego znaczenia nie ma. Warto bowiem zaznaczyć, że choć nowa ustawa zwiększa niestety i tak dotąd zbyt dużą zależność prezesów od ministra, to jednocześnie zmniejsza zależność sędziów liniowych od prezesów. Znacznie ograniczona została możliwość przenoszenia sędziego, zlikwidowano oceny okresowe sędziów, wprowadzono jednolity losowy przydział spraw i odwołanie od wytyku. W praktyce więc kwestia „prezesowska” wcale nie jest dla niezawisłości sędziowskiej najważniejsza. Choć oczywiście całkowite pozbawienie sędziów wpływu na proces nominacyjny prezesa, nawiązujące do rozwiązań sprzed roku 1989, na akceptację nie zasługuje.

Co można zatem uznać za gwarancje podstawowe, za swoistą granicę „non possumus”? Gwarancje te tworzą swoisty „trójkąt niezawisłości”. Pierwszą ze ścian tego trójkąta jest kwestia odpowiedzialności sędziego za orzeczenia, które nie podobają się jego nadzorcom, w tym także nadzorującym sądy politykom. Drugą podstawową gwarancją jest nieusuwalność sędziego, co częściowo pokrywa się z kwestią postępowań dyscyplinarnych, ale łączy się także z planowanym być może „spłaszczeniem” struktury sądów. Trzecią ścianą „trójkąta niezawisłości” jest niezmienność warunków pracy sędziego, w tym zakaz przenoszenia czy dowolnego obniżania wynagrodzenia. Tych ostatnich kwestii dotyczy głównie, już obowiązująca, ustawa o sądach powszechnych.

W obecnych projektach kwestia postępowań dyscyplinarnych jest najbardziej niebezpieczna. Oczywiście wcale nie dlatego, że dotychczas – jak się próbuje wmawiać opinii publicznej – sędziowie odpowiedzialności dyscyplinarnej nie ponosili, ale dlatego, że postępowania dyscyplinarne mogą być furtką umożliwiającą usunięcie z zawodu sędziego za orzekanie niezgodne z oczekiwaniami władzy.

I nie jest tu problemem samo stworzenie odrębnej Izby Dyscyplinarnej. Dotychczas sprawami dyscyplinarnymi sędziów zajmował się specjalny wydział, jeśli zmieni się go w odrębną Izbę to nie ma większego znaczenia. Oczywiście można by się zastanawiać nad racjonalnością tego kroku, skoro spraw dyscyplinarnych trafia do SN kilkadziesiąt rocznie, a w innych Izbach byłoby ich po kilka tysięcy. Ale to sprawa drugorzędna.

Projekt prezydencki nie staje na wysokości zadania i nie daje należytych gwarancji zachowania niezawisłości sędziowskiej. Po pierwsze, przewiduje, że w Izbie Dyscyplinarnej zasiądą sędziowie nowopowołani. Już to może budzić wątpliwości, że skład Izby będzie mógł być kształtowany w sposób tendencyjny, zwłaszcza, że mogą się tam przecież znaleźć dotychczasowi prokuratorzy, przyzwyczajeni do zupełnie innych standardów w zakresie niezależności i podległości służbowej. Co gorsza, Izba będzie cieszyć się dużą autonomią, także od I Prezesa SN.

Kluczowa jest przy tym kwestia wyznaczania składów orzekających w sprawach dyscyplinarnych. Jest to niezwykle ważne, gdyż właśnie w tej Izbie mogłyby zapadać orzeczenia o wydaleniu sędziego z zawodu, które to zagrożenie w sposób oczywisty może wpływać na niezawisłość orzekania.

Ustawa nie zakłada losowego przydziału spraw. To, co jest przytaczane jako sukces władz w sądach powszechnych, nie ma zastosowania w postępowaniu dyscyplinarnym przed SN. Oczywistością jest, że losowy dobór składu orzekającego jest kluczowym elementem zapewnienia bezstronności sędziego. Tymczasem w postępowaniach dyscyplinarnych ma być odmiennie i sędziowie mają być powoływani wg swobodnego uznania przez Prezesa Izby Dyscyplinarnej. Oczywiście grozi to sytuacją, w której do konkretnych spraw dyscyplinarnych będą powoływani sędziowie w taki sposób, by wyrok był odpowiednio surowy bądź łagodny. Niezrozumiałym jest, dlaczego odpowiadający dyscyplinarnie sędziowie mieliby mieć w tym zakresie gorszą sytuację niż przeciętny obywatel stający przed sądem powszechnym.  

Nie jest to zresztą jedyny tego rodzaju przepis. Przykładowo rozprawy dyscyplinarne mają się odbywać także pod usprawiedliwioną nieobecność obwinionego i obrońcy. Również w tym przypadku obwiniony sędzia będzie miał gorzej od przeciętnego oskarżonego. Dlaczego? Tego nie wyjaśniono.

Kwestią najgroźniejszą dla dalszego istnienia niezawisłości sędziowskiej jest odpowiedzialność dyscyplinarna za treść orzeczeń. Co prawda, można powiedzieć, że to nic nowego. Taka możliwość była dopuszczana przez orzecznictwo dyscyplinarne także do tej pory, a najbardziej znanym przykładem jest kazus sędziego Marka Przysuchy, który został uznany za winnego deliktu dyscyplinarnego polegającego na… stosowaniu Konstytucji wprost i odmowie zastosowania przepisów ustawy w jego ocenie sprzecznych z ustawą zasadniczą.

Tym razem jednak mamy do czynienia z inną sytuacją ustrojową. Rzecznik dyscyplinarny, czyli oskarżyciel w postępowaniach dyscyplinarnych, ma być powoływany wg swobodnego uznania Ministra Sprawiedliwości. Minister miałby również możliwość powołania specjalnego rzecznika do konkretnej sprawy. Miałby też specjalne uprawnienie do zaskarżania postanowień o umorzeniu postępowania. Również sędziowie sądów dyscyplinarnych mają być desygnowani wg w gruncie rzeczy dowolnej decyzji Ministra, bowiem opinia Krajowej Rady Sądownictwa jest niewiążąca. W dodatku w składach odwoławczych mają zasiadać ławnicy, co nie ma precedensu w żadnej kategorii spraw sądowych w Polsce. Co gorsza, ławnicy mają być wybrani przez ciało polityczne, jakim jest Senat, czyli w praktyce – przedstawiciele rządzącej w danym momencie partii. To kolejny przykład, gdy sędziowie mają być traktowani gorzej niż zwykli obywatele.

Mówiąc krótko – proponowana jest nadzwyczajna procedura dyscyplinarna, która odbiega od standardów prawnych Polski i Europy. Rzecz bowiem nie w tym, żeby sędziowie byli „nadzwyczajną kastą”, która za nic nie odpowiada, gdyż tak przecież nie jest. Jednakże nie jest możliwa do akceptacji procedura, w której sędziowie są traktowani jako „gorszy sort”, któremu nie służą zwykłe prawa obywatelskie do rzetelnego procesu.

Taka procedura stwarza wysokie ryzyko pociągania do odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów, którzy wydadzą orzeczenia niezgodne z przekonaniem Ministra Sprawiedliwości. Przykład niezastosowania aresztów wobec menadżerów z Polic i wszczęcia postępowań przygotowawczych dotyczących trybu rozpoznania tych wniosków jest w tym zakresie aż nadto wymowny. Aby uniknąć takiego ryzyka, niezbędnym jest więc wprowadzenie zakazu postępowań dyscyplinarnych za tzw. „delikt orzeczniczy”, a co najmniej ograniczenie jego stosowania do sytuacji, w której rażące naruszenie prawa zostało stwierdzone orzeczeniem sądu odwoławczego (kasacyjnego). W przeciwny wypadku niezawisłość sędziowska może stać się pustym sloganem.

Z postępowaniami dyscyplinarnymi wiążą się bezpośrednio pozostałe główne gwarancje niezawisłości, czyli nieusuwalność sędziów i niezmienność warunków pracy. Sędziowie mogą być bowiem usunięci z urzędu jedynie w drodze postępowania dyscyplinarnego.  Nie inaczej jest z gwarancją niezmienności warunków pracy.  Co prawda, wbrew rozpowszechnionym opiniom, w nowym ustroju sadów powszechnych gwarancja ta uległa wzmocnieniu. Prezes sądu nie może bowiem swobodnie – jak było dotychczas – przenosić sędziego na inne miejsce służbowe. Jednak pogorszenie sytuacji w zakresie postępowań dyscyplinarnych wpłynie także na ten fundament niezawisłości sędziowskiej. Wśród kar dyscyplinarnych, jest bowiem zarówno obniżenie wynagrodzenia, jak i przeniesienie na inne miejsce służbowe. Co oczywiście może być związane także z „deliktem orzeczniczym”, czyli wydaniem orzeczenia niezgodnego z oczekiwaniami nadzorców. Również tych politycznych.

Przepisy o postępowaniach dyscyplinarnych mogą więc być tak naprawdę najistotniejszym zagrożeniem dla niezawisłości sędziowskiej. Niestety, umyka to jakoś politykom i komentatorom, koncentrującym się na mniej ważnej w gruncie rzeczy kwestii, w jaki sposób politycy wybierać mają członków KRS i czy więcej uprawnień ma otrzymać polityk pełniący funkcję Prezydenta RP, czy też Ministra Sprawiedliwości. Jeśli jednak chcemy zachować sądy wolne od wpływów władzy wykonawczej i ustawodawczej – zachowanie podstaw niezawisłości jest kwestią najważniejszą.  

Młot na czarownice

Roku Pańskiego 1478 dwaj niemieccy dominikanie Heinrich Kramer i Jakob Sprenger opublikowali po raz pierwszy swe słynne dzieło „Malleus Maleficarum” („Młot na czarownice”). Traktat ten był chyba najpopularniejszym dziełem dotyczącym czarów, czarownic i sposobów ich zwalczania. Stał się bardzo popularnym w całej Europie podręcznikiem dla organizatorów polowań na czarownice, stosowanym w zasadzie aż do wieku XVIII, choć ostatnia „czarownica” została spalona na stosie w roku 1811 w Reszlu, o dziwo na terenie oświeconego Królestwa Pruskiego.Tematyka polowań na czarownice, choć już w znaczeniu przenośnym, nie wygasła bynajmniej wraz z wygaśnięciem stosu reszelskiej mieszczki Barbary Zdunk. Była chętnie podnoszona i twórczo rozwijana przez polityków i ideologów różnych maści, od komunistów i faszystów po antykomunistów i antyfaszystów. Przykłady z historii najnowszej można by mnożyć w nieskończoność.

W ostatnich dniach idea polowań na czarownice powróciła dość niespodziewanie w kampanii medialnej przewortnie zatytułowanej „Sprawiedliwe sądy”. W roli czarownic zostali tym razem obsadzeni sędziowie i sądy. W roli Młota na Czarownice obsadziła się natomiast dotąd bliżej nieznana Polska Fundacja Narodowa.

Była to spora niespodzianka, bowiem statutowym celem Fundacji jest propagowanie dobrego wizerunku Polski za granicą. A prawdę mówiąc, trudno zgadnąć, jak może polepszyć wizerunek naszego kraju kampania zmierzająca do wykazania, że jedna trzecia władz Polski to siedlisko niesłychanej wprost bezkarnej patologii. Państwo, w którym sądy są pełne bezkarnych przestępców w togach, w dodatku niezwykle leniwych, raczej nie wzbudza zaufania wśród zagranicznych partnerów.

Równie zaskakujące jest to, że promocja wizerunku Polski ma polegać na puszczaniu spotów antyreklamowych w polskich kanałach telewizyjnych i wywieszaniu bilbordów przy polskich drogach. Czyżby liczono, że programy obejrzą akurat cudzoziemcy ze znajomością języka polskiego? Albo że autostradą przy bilbordzie będzie akurat przejeżdżał Frans Timmermans? Autorzy kampanii zastrzegli jednak, że około połowy z 19 milionów złotych przeznaczonych na ten cel będzie wydanych na kampanię zagraniczną. Czyli jednak można się spodziewać, że już niedługo mieszkańcy Europy dowiedzą się, że od Polski lepiej trzymać się jak najdalej, bo w razie czego na sprawiedliwy proces sądowy nie ma tu co liczyć.

Jeszcze bardziej zaskakujący jest sposób finansowania tej kampanii antyreklamowej. Treści przekazywane w jej toku jednoznacznie wskazują, że mają być one uzasadnieniem dla trzech rządowych (częściowo wnoszonych jako poselskie) projektów ustaw. Notabene dziwić musi fakt, że w ogóle próbuje się bronić ustaw, które już zostały zawetowane i do których powrotu w pierwotnej postaci już nie ma. A jedna z nich weszła już w życie, więc tym bardziej nie ma powodu, żeby wydawać pieniądze na jej promowanie. Logicznym byłoby, gdyby taka kampania odbyła się przed uchwaleniem tychże ustaw, a nie po zakończeniu procesu legislacyjnego.

Ale jeszcze bardziej musi dziwić fakt, że kampania nie jest finansowania z pieniędzy partyjnych (co byłoby przynajmniej w pewnym zakresie zrozumiałe), lecz ze środków przekazanych Fundacji Narodowej przez największe państwowe spółki. Czyli kampanię opłaca każdy, kto kupuje benzynę, energię elektryczną, nawozy sztuczne, oszczędza pieniądze, gra na giełdzie albo jeździ pociągami. W dodatku chodzi o niebagatelną kwotę, zbliżoną do wysokości rocznej dotacji udzielanej z budżetu państwa partii rządzącej. Innymi słowy – gdyby partia rządząca chciała z własnych pieniędzy sfinansować swoją kampanię – musiałaby wydać na ten cel cała swoją roczna dotację.

Na pewno sytuacja, w której państwowe spółki przeznaczają duże kwoty na walkę z własnym państwem, uznać trzeba za kuriozalną. Nie można bowiem zapominać, że sądy i trybunały nie są jakimś ciałem obcym, lecz taką samą częścią władzy państwowej jak Sejm, Senat czy Prezydent. Ciekawe jak zareagowaliby politycy, gdyby taka sama kampania została przeprowadzona przeciwko posłom, senatorom albo ministrom. A przecież w takim przypadku materiału na bilbordy by nie zabrakło…

O merytorycznej zawartości kampanii powiedziano już wiele. Składa się ona ze zręcznych manipulacji i półprawd, które łącznie mają utwierdzić odbiorcę w przekonaniu, że sędziowie nader często orzekają niesprawiedliwie, są opieszali i w ogóle nie odpowiadają za swoje czyny. Konstatacja ta ma uzasadniać wprowadzenie przepisów w oczywisty sposób łamiących Konstytucję, jak proponowane w „pakiecie Ziobry” skrócenie kadencji KRS czy też „opcja zerowa” w Sądzie Najwyższym.

Kwestia sprawiedliwości sadowych orzeczeń oczywiście może być dyskusyjna. Znaczna część osób wychodzących z sądów jest niezadowolona z wyroku. W przypadku spraw cywilnych jest to zwykle połowa, bo jedna ze stron wygrywa, a druga przegrywa. Strona przegrywająca na ogół uważa się za pokrzywdzoną i rzadko kiedy uznaje słuszność swojej porażki. W sprawach karnych jest jeszcze gorzej – ponad 90% spraw kończy się wyrokami skazującymi, więc niezadowolonych jest znacznie więcej. Nie od dziś wszak wiadomo, że więzienia pełne są osób uważających się za niewinne. Nie ma więc żadnego problemu, żeby relacjami osób uważających się za pokrzywdzone wypełnić tysiące bilbordów i filmików antyreklamowych. Problem w tym, że w materiałach tych nie pojawia się ani stanowisko drugiej strony, ani tym bardziej stanowisko sądu. Widz pozostaje z przekonaniem, że komuś stała się krzywda, choć zna jedynie część prawdy.

Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie orzeczenia są słuszne, a wszyscy niezadowoleni nie mają racji. Spośród 15 milionów spraw rozpoznawanych rocznie przez sądy z pewnością można znaleźć przykłady orzeczeń zaskakujących. W końcu mniej więcej co trzeci zaskarżony wyrok jest zmieniany lub uchylany w wyniku kontroli instancyjnej, co na ogół oznacza, że sąd odwoławczy przyznaje rację skarżącemu. Nie jest to jednak żaden argument za rewolucją w wydaniu ministra Ziobry. Co najwyżej można rozważać rozszerzenie możliwości wnoszenia kasacji w tego rodzaju sprawach.

Drugi istotny element kampanii to rzekoma bezkarność sędziów za masowo popełniane przestępstwa i wykroczenia. Według flagowego spotu kampanii wystarczy machnąć legitymacją sędziowską i wszelkie problemy z prawem już sędziego nie dotyczą. Autorzy kampanii zebrali z mediów kilkanaście przypadków naruszeń prawa przez sędziów z ostatnich jedenastu lat (najstarsze zdarzenie dotyczy roku 2006). Niestety, tylko w jednym przypadku podali, jak zakończyło się postępowanie wobec sędziego. W pozostałych przypadkach milczą w tej kwestii, pozostawiając odbiorcę w przekonaniu, że żadna odpowiedzialność sędziego nie spotkała.

Tymczasem, po sprawdzeniu poszczególnych spraw, okazuje się na przykład, że sędzia oskarżony o dokonaną w roku 2006 (!) kradzież kiełbasy i jazdę w stanie nietrzeźwości został prawomocnie skazany i usunięty z zawodu, a dwa lata temu zmarł. Sędzia podejrzana o kradzież spodni okazała się osobą przeniesioną w stan spoczynku ze względu na problemy psychiczne. Sędzia podejrzany o kradzież 50 zł na stacji benzynowej został nieprawomocnie wydalony z zawodu. Zwykły obywatel dostałby za to mandat 200zł, więc gdzie ta legendarna bezkarność?

Warto zauważyć, że nawet pozornie łagodne orzeczenie dyscyplinarne powoduje opóźnienie w osiąganiu kolejnych stawek awansowych i może oznaczać łączną stratę do kilkunastu tysięcy złotych. Zdaje się, że żadna grupa zawodowa nie ponosi tak dotkliwych konsekwencji naruszeń prawa, nawet w postaci drobnych wykroczeń. I nie znam żadnego przypadku, aby sędzia, któremu udowodniono przestępstwo, pozostał w służbie. Mity rozsiewane w tym zakresie nijak się mają do rzeczywistości.

Nie ma dokładnych statystyk dotyczących przestępczości wśród sędziów, ale już choćby z zestawienia prowadzonego na rzecz kampanii antysądowej wynika, że spośród kilkudziesięciu postępowań dyscyplinarnych prowadzonych rocznie przeciwko sędziom zdecydowana większość dotyczy przewinień służbowych typu nieterminowe pisanie uzasadnień. Tylko kilka postępowań rocznie – na grupę 10.000 sędziów – dotyczy czynów zabronionych. Dla porównania – na 10.000 obywateli przypada rocznie około 200 przestępstw.

Wynika z tego, że sędziowie są kilkadziesiąt razy uczciwsi od średniej krajowej i zupełnie absurdalne są twierdzenia o „bezkarnej kaście’. I nie można z pewnością mówić o zamiataniu większości spraw pod dywan, bo od dwóch lat wykrywaniem przestępstw wśród sędziów zajmują się prokuratorzy i służby specjalne podległe ministrom Ziobrze i Kamińskiemu. Gdyby rzeczywiście przestępczość wśród sędziów była tak masowa, jak to się nam wmawia – na pewno byśmy o tym usłyszeli. Póki co, od dwóch lat mamy kilka wykroczeń związanych z drobnymi kradzieżami i jedną wykrytą aferę gospodarczą z udziałem jednego sędziego (Sąd Apelacyjny w Krakowie). Notabene właśnie w tej jedynej sprawie krakowskiej sady dyscyplinarne wcale nie okazały się pobłażliwe – byłemu prezesowi z Krakowa uchylono immunitet i wyrażono zgodę na jego aresztowanie.

Warto też wspomnieć statystyki dotyczące wykroczeń drogowych popełnianych przez osoby mające immunitet. Okazuje się, że parlamentarzyści popełniają te czyny trzykrotnie częściej niż sędziowie. A nikt nie mówi o „nadzwyczajnej kaście posłów”, nie domaga się utworzenia specjalnej Izby Dyscyplinarnej dla parlamentarzystów ani nie nawołuje do rozwiązania z tego powodu Sejmu i Senatu.

Oczywiście i te nieliczne przypadki naruszeń prawa przez sędziów powinny być piętnowane i karane. I tak się dzieje. Sądownictwo dyscyplinarne działa całkiem dobrze i żadne rewolucyjne zmiany nie są tu potrzebne.

Z badań wynika, że za poważny problem społeczny jest uznawana korupcja wśród sędziów. Tak wskazuje aż 30% respondentów CBOS. Tak też uważa wielu polityków, zwłaszcza partii rządzącej. Znamienna jest tu niedawna wypowiedź doradczyni prezydenta Zofii Romaszewskiej: „Wszyscy wiemy, że duża grupa sędziów była skorumpowana (…). Jest wielkie żądanie ludzi, żeby wyrzucić tych skorumpowanych sędziów”.  

To dość powszechne przekonanie o korupcji w sądach nijak się ma jednak do rzeczywistości. W ostatnich kilkunastu latach przypominam sobie tylko jedną sprawę dotyczącą łapówki w postaci pieniędzy i … ryb w galarecie. Sprawa ta (z roku 2008) skończyła się prawomocnym skazaniem i oczywiście usunięciem z zawodu. Innych spraw jakoś nie wykryto. I to nie tylko za czasów PO, ale także w czasach rządów Zbigniewa Ziobry i Mariusza Kamińskiego. A przecież trudno się spodziewać, że prawdziwa afera korupcyjna nie byłaby nagłośniona, skoro nagłaśnia się kradzież pęta kiełbasy sprzed 11 lat. A przy obecnym poziomie techniki ukrycie takiego masowego rzekomo zjawiska byłoby po prostu niemożliwe.

Skąd więc tak silne przekonanie o korupcji – nie wiadomo. Można jedynie spekulować, że jest to wynikiem faktu, że tylko 18 procent badanych opiera swoje opinie na własnym doświadczeniu, a aż 54% – na doniesieniach medialnych.

Ostatnim głównym zarzutem kampanii antysądowej jest przewlekłość postępowań. Na ten problem wskazuje najwięcej – bo aż 48 % respondentów CBOS. Autorzy kampanii znaleźli nawet sprawę, która trwa 33 lata, aczkolwiek bazowali na notatce prasowej z roku 2012 i nikt nie pofatygował się sprawdzić, czy rzeczywiście sprawa ta nadal jest w toku.

 Naturalnie trudno się nie zgodzić, że sprawy sadowe trwają za długo. Nie jest to jednak na ogół wina sędziów, tylko obowiązujących procedur, zbyt dużego wpływu spraw, niesubordynacji świadków czy celowego przewlekania przez strony.

Mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że na jednego sędziego w Polsce przypada dwukrotnie więcej spraw niż przeciętnie w Europie. Mimo to, Polska pod względem długości postępowań zajmuje wcale nie ostatnie, tylko 12. miejsce na 25 państw Unii Europejskiej. Średni czas postępowania nie trwa – jak próbuje się nam wmawiać – wiele lat, tylko 5 miesięcy. A 93% spraw trwa krócej niż rok.

Wobec zmasowanej kampanii medialnej sądy są praktycznie bezbronne. Nie mamy 19 milionów złotych na propagandę. Nie mamy na to właściwie nawet złotówki, bo nie taka jest rola sądów. Owszem, w poszczególnych sądach są rzecznicy prasowi. Jest sędzia Michał Laskowski – rzecznik Sądu Najwyższego i sędzia Żurek – rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa. Są rzecznicy i zespoły medialne stowarzyszeń sędziowskich, np. SSP „Iustitia”. Wszystko to są jednak orzekający sędziowie, dla których występowanie w mediach jest zajęciem dodatkowym. Brakuje scentralizowanego, złożonego z profesjonalistów, zespołu do kontaktów z mediami, który mógłby w sposób właściwy i jednolity budować wizerunek sądów w mediach. Bo, jak już wspomniano, większość obywateli swoją wiedzę o sądach czerpie głównie z mediów. Niestety, żadna z dotychczasowych władz nie była zainteresowana stworzeniem takiej służby. Któż bowiem chciałby stracić ulubionego chłopca do bicia?

Trzeba jednak podkreślić, że to do władzy wykonawczej należy właściwa dbałość o wizerunek Państwa Polskiego, a nie niszczenie tego wizerunku. Bo wizerunek sądów zepsuć jest bardzo łatwo, lecz jego odbudowa może trwać latami. Ze szkodą dla obywateli, ale także dla polityków.

Gra o trony

12 sierpnia weszła w życie nowelizacja prawa o ustroju sądów powszechnych (u.s.p.), przewidująca m.in. możliwość dowolnego odwoływania i powoływania prezesów sądów przez Ministra Sprawiedliwości. Stan ten będzie obowiązywał do lutego 2018 r., gdy wejdą w życie pewne ograniczenia w tym zakresie. 

Mimo pesymistycznych prognozom nie było natychmiastowej rewolucji kadrowej. Do chwili pisania tego tekstu w trybie nadzwyczajnym nie został odwołany jeszcze żaden prezes sądu. Owszem, zapadły już pierwsze decyzje kadrowe, ale dotyczą one zwykłego powoływania prezesów po upływie kadencji. Notabene powołanie na stanowiska prezesów sędziów Macieja Strączyńskiego w Szczecinie i Joanny Bitner w Warszawie czy Łukasza Kluski w Pruszkowie jest rzeczywiście dobrą zmianą. Jako wieloletni aktywni działacze Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” gwarantują oni z jednej strony niezależność od polityków, a z drugiej – eliminację dotychczasowych złych praktyk nadzorczych. Rewolucji nie było też w Gdańsku, gdzie wakujące stanowisko prezesa Sądu Apelacyjnego objął jego dotychczasowy wiceprezes sędzia Jacek Grela.

Spore wzburzenie w środowisku wzbudziło natomiast odwołanie przed upływem kadencji trzech wiceprezes Sądu Okręgowego w Warszawie. Było to motywowane naturalnym skądinąd dążeniem do umożliwienia nowej prezes Sądu Okręgowego współpracy z dobranymi przez nią zastępcami (sądownictwo jest jedną z niewielu dziedzin życia, gdzie nowy szef „dziedziczy” zastępców po poprzednikach).  Przez sędziów zostało to jednak odczytane jako początek „czystki” w sądownictwie, co znalazło wyraz w krytycznej ocenie tego kroku przez warszawski samorząd. Było to więc w mojej ocenie krok błędny i źle się stało, że do niego doszło. 

Tym niemniej odwołanie w specjalnym trybie 0,3% wszystkich prezesów i wiceprezesów sądów trudno uznać za masową „czystkę”. Mam nadzieję, że ta tendencja się utrzyma i do takowej czystki – wbrew rozpowszechnionym obawom – jednak nie dojdzie.

Warto przy tym zaznaczyć, że – wobec rozpowszechnionym pogłoskom – na mocy nowych przepisów pozycja prezesa wobec sędziego liniowego uległa osłabieniu. Przykładowo ograniczono znacząco możliwość przenoszenia sędziego do innego wydziału, zlikwidowano oceny okresowe sędziów czy wprowadzono jednolitą zasadę losowego przydziału spraw. Tryb mianowania prezesów ma więc obecnie mniejsze niż dotychczas znaczenie dla kluczowej kwestii niezawisłości sędziowskiej.

Wobec zmiany trybu powoływania sędziów przedstawiciele środowiska sędziowskiego postanowili zadziałać prewencyjnie. Najpierw uchwałę wydało Prezydium Forum Współpracy Sędziów. Apelowano w niej do sędziów: „nie wyrażajmy zgody na objęcie stanowisk i funkcji w trybie wynikającym z nowelizacji Prawa o ustroju sądów powszechnych z 12 lipca br., co z pewnością będzie odnotowane i może być w przyszłości poczytane jako współuczestnictwo w działaniach niezgodnych z obowiązującym porządkiem prawnym”. Apel o nieobejmowanie stanowisk po zwolnionych w nowym trybie sędziach funkcyjnych wystosowało również Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”, aczkolwiek został on ograniczony do stanowisk prezesów zwalnianych w trybie nadzwyczajnym.

Przyznać trzeba, że tego rodzaju apele wzbudziły kontrowersje w środowisku sędziowskim. Z jednej bowiem strony, zakres kompetencji Ministra Sprawiedliwości rozszerzono jak nigdy dotąd. Nawet ministrowie w czasach PRL-u aż tak dużej swobody w tej dziedzinie nie mieli. Konstytucyjna zasada niezależności władzy sądowniczej została drastycznie ograniczona i sprowadzona właściwie do pustego sloganu. Nie po raz pierwszy zresztą, bo z takim ograniczaniem autonomii sądownictwa mamy do czynienia właściwie nieprzerwanie od roku 1992 (za pełną aprobatą Trybunału Konstytucyjnego). Tym razem jednak niezależność organizacyjna sądownictwa została właściwie postawiona pod ścianą. Trudno to aprobować, a szanse na podważenie niekonstytucyjności zapisów ustawy w zwykłym trybie postępowania przed TK są znikome.

Z drugiej jednak strony, mamy do czynienia z legalnie uchwaloną i obowiązującą ustawą. Twierdzenie, że działanie zgodne z treścią tej ustawy i objęcie funkcji w nowym trybie może być zapamiętane, jako działanie bezprawne, cokolwiek zaskakuje. O ile można rozważać tzw. rozproszoną kontrolę konstytucyjności ustaw przez sądy powszechne w ramach orzekania, to trudno uznać możliwość takiej kontroli przez każdego z sędziów podczas czynności o charakterze administracyjnym. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do zawetowanych ustaw o Sądzie Najwyższym czy Krajowej Radzie Sądownictwa, ustawa o sądach powszechnych nie zawiera przepisów w sposób oczywisty i rażący łamiących podstawowe zasady konstytucyjne. Co najwyżej można mówić o dalszym istotnym naginaniu zasady niezależności sądów.

Takie apele wydają się być również błędem taktycznym. Po pierwsze, istnieje wysokie ryzyko, że nie zostaną wysłuchane, co będzie świadectwem niskiej skuteczności autorów. Po drugie, sytuują całe sądownictwo na zabetonowanych pozycjach opozycji wobec władzy, co jest zresztą dla tej władzy na rękę, ponieważ tak właśnie sądownictwo postrzega i przedstawia. Po trzecie, w przypadku zmian ważne jest, aby funkcje obejmowały osoby do tego predestynowane.  Lepiej, żeby prezesem został ktoś, kto zna funkcjonowanie danej jednostki i będzie się starał w tej rzeczywistości ochronić sędziów i zapewnić im względnie dobre warunki pracy. Po czwarte wreszcie, z apeli wynika pośrednio sugestia, że w Polsce jest duża grupa sędziów, gotowych wysłuchiwać poleceń władzy politycznej w zakresie orzecznictwa i wymuszać ich wykonanie na podległych sędziach liniowych. W grę wchodzi przecież potencjalna wymiana około 2500 stanowisk funkcyjnych, a funkcje będą obejmować nie Marsjanie, ale dotychczasowi sędziowie.  Płynące z samego środowiska podejrzenie, że co czwarty sędzia może być gotów z dnia na dzień sprzeniewierzyć się zasadom niezawisłości, jest dla wizerunku sędziów znacznie bardziej szkodliwe, niż cały czarny PR ze strony obecnej władzy. Takie elementy również należy uwzględniać przy konstruowaniu wystąpień publicznych w imieniu środowiska.

Oczywiście objęcie jakiejś funkcji jest prawem, a nie obowiązkiem sędziego. Zgodne z prawem jest zarówno objęcie funkcji, jak i odmowa jej objęcia. Natomiast ocena moralna tego kroku zależy od konkretnej sytuacji. Potencjalny kandydat na prezesa powinien każdorazowo rozważyć, czy objęcie funkcji w danej sytuacji jest zgodne z normami etycznymi. Natomiast z dużym sceptycyzmem muszę ocenić pomysł wyciągania konsekwencji wobec osób, które nie zastosowały się do apeli, tworzenia jakichś list proskrypcyjnych czy ostracyzmu środowiskowego.

Warto w tym miejscu usystematyzować dotychczasowe i proponowane systemy powoływania prezesów.

Feudalizm

Dotychczasowy system powoływania prezesów daleki był od ideału i miał niewiele wspólnego z tak modnym ostatnio słowem „sędziokracja”. Samorząd sędziowski, co prawda, opiniował kandydatów na prezesów, ale kandydaci ci byli zgłaszani przez Ministra Sprawiedliwości (w przypadku sądów rejonowych – przez prezesa apelacyjnego). Swojego kandydata samorząd zgłosić nie mógł. Wyłanianie kandydata odbywało się w wyniku nieformalnego porozumienia Ministerstwa z ustępującym prezesem lub/i prezesem sądu wyższego rzędu albo była to własna inicjatywa Ministra, który proponował kandydata wg sobie tylko znanych kryteriów.

Co istotne, negatywna opinia samorządu nie była wiążąca, gdyż takie weto mogło być odrzucone przez Krajową Radę Sądownictwa. I o ile za rządów ministra Ziobry KRS chyba zawsze popiera sprzeciw samorządu wobec kandydata, to w poprzednim okresie często działo się odmiennie. Nie było zdaje się wielu przypadków, by Rada poparła stanowisko zebrania sędziów sądu rejonowego wbrew kandydatowi przedstawionemu przez prezesa apelacyjnego.

Tym samym istniał system, który z rzeczywistą „sędziokracją”, czyli władzą samorządu sędziowskiego nie miało to wiele wspólnego. Oczywiście znam wiele przypadków, w których na stanowiska prezesów były powoływane osoby o wysokich kompetencjach organizacyjnych i cieszące się poparciem lokalnego środowiska sędziowskiego. Tym niemniej sam system obejmowania funkcji i tryb awansowania był w przeszłości słusznie krytykowany przez reformatorsko nastawionych sędziów, skupionych wokół Forum Sędziów RP i Stowarzyszenia „Iustitia”.

Absolutyzm

Odpowiedzią Ministerstwa Sprawiedliwości jest obowiązujący obecnie system, który śmiało można nazwać absolutyzmem. Jest to rozwiązanie znacznie gorsze od dotychczasowej „monarchii feudalnej”. Do lutego 2018 r. Minister Sprawiedliwości będzie miał władzę absolutną nad kwestią powoływania i odwoływania prezesów. Po tym okresie pojawią się pewne ograniczenia, ale katalog przyczyn, dla których będzie można odwołać prezesa, jest bardzo pojemny. Lokalny samorząd nie będzie w ogóle pytany o zdanie, a KRS może zawetować odwołanie trudną do osiągnięcia większością 2/3 głosów. Przy powołaniu prezesa Minister Sprawiedliwości będzie miał zupełną swobodę, a rola samorządu została ograniczona do… zapoznania się z osobą nowego prezesa.

Ministerstwo Sprawiedliwości promuje swoje propozycje twierdzeniem, że nowy system będzie gwarantował szybka reakcję w przypadku stwierdzenia patologii, jak w przypadku Sądu Apelacyjnego w Krakowie. Argument jest o tyle chybiony, że w tej głośnej i bulwersującej sprawie prezes sądu sam złożył dymisję niezwłocznie po ujawnieniu sprawy i nie było potrzeby odwoływania go z funkcji.

Swoją drogą ciekawe, na jakiej podstawie Wydział Komunikacji Społecznej i Promocji Ministerstwa Sprawiedliwości przyjmuje jako pewnik, że centralny wybór wszystkich prezesów wprowadza zasadę, że „decydujące będą kompetencje kandydata, a nie układy czy szczebel sądu, w którym orzeka”. Skąd bowiem urzędujący w Warszawie minister będzie znał kandydatów na prezesów, zwłaszcza małych sądów gdzieś na prowincji?

Przy niewątpliwych wadach dotychczasowego systemu, obecne uregulowanie sprowadza zasadę niezależności władzy sądowniczej do pustej fasady. Lekarstwo jest więc gorsze od choroby.  Pod względem organizacyjnym sądy zostały sprowadzone z pozycji równorzędnej władzy państwowej do roli kolejnego działu administracji publicznej. Zamiana dotychczasowego „systemu prezesowskiego” na „system ministerialny” nie jest na pewno dobrą zmianą. Nawet, jeśli dotychczas ministerialny „absolutyzm” nie był nadużywany.   

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na ciekawą propozycję „Iustitii”, która w ramach obecnej ustawy pozwala na realną demokratyzację autokratycznego systemu powoływania prezesów. Otóż przedstawiany organowi samorządowemu nowy prezes mógłby sam (lub na wniosek sędziów) poddać się swoistemu wotum zaufania, czyli głosowaniu poparcia dla swojej osoby. Może się przecież zdarzyć, że nowy prezes będzie lepszy od poprzednika. Wówczas, mając takie poparcie, nie miałby problemu z ewentualnym ostracyzmem środowiskowym. A i ostrze nowej ustawy zostałoby znacznie złagodzone. Naturalnie tego typu głosowanie nie jest obowiązkowe, ale warto się nad tym zastanowić w najbliższej przyszłości. Szkoda, że z możliwości tej nie skorzystał ostatnio samorząd okręgu warszawskiego.

Seniorat

Z niezwykle oryginalnym pomysłem wystąpił niedawno sędzia Jacek Ignaczewski, do niedawna dyrektor departamentu w MS, od niedawna ponownie orzekający jako sędzia Sądu Rejonowego w Olsztynie. Otóż przedstawił on koncepcję, by funkcję prezesa obejmował każdorazowo najstarszy służbą sędzia. Koncepcja ta ma pewną zaletę – taki tryb powoływania prezesa byłby wolny o wszelkich nacisków wewnętrznych i zewnętrznych. Zapewniałby też stanowiska osobom z dużym doświadczeniem. Z drugiej jednak strony, taki system niesie podstawowe ryzyko powierzenia funkcji osobom zupełnie do tego nieprzydatnym. Z równym powodzeniem można by wprowadzić zasadę losowania prezesów. Poza tym, taki najstarszy stażem sędzia, często wkrótce przechodziłby w stan spoczynku, co spowodowałoby nadmierną rotację na stanowiskach funkcyjnych.

Trudno się zatem dziwić, że autorskie koncepcje sędziego Ignaczewskiego nie znalazły uznania w oczach jego zwierzchników z MS, a on sam szybko zakończył ministerialną karierę. System senioralny można więc odnotować jako ciekawostkę, która nie ma szans na realizację.

Demokracja

Oczywiście najlepszą gwarancją niezależności organizacyjnej władzy sądowniczej byłby powrót do rozwiązań ustawowych, wprowadzonych w grudniu 1989 r. wraz ze zmianą ustroju państwa. Wówczas to organ samorządowy wybierał dwóch kandydatów, spośród których Minister Sprawiedliwości powoływał prezesa. Taki system gwarantował zachowanie zarówno zasady odrębności władzy sądowniczej, jak i zasadę równoważenia się władz. Niestety, już trzy lata później system ten został zmieniony (za czasów rządu Hanny Suchockiej) w kierunku znacznego zwiększenia kompetencji ministra.

Propozycja demokratyzacji mianowania prezesów, nawiązująca do rozwiązań z roku 1989, została niedawno przedstawiona przez Stowarzyszenie „Iustitia”. Co prawda nikt oficjalnie na tę propozycję nie zareagował, ale wydaje się, że warto się nią zainteresować. Zgodnie z tym projektem prezesi wszystkich szczebli mają być powoływani spośród dwóch kandydatów przedstawionych przez lokalny samorząd sędziowski. Jest to zatem rozwiązanie podobne do obowiązującego np. w Sądzie Najwyższym. Nie ma bowiem żadnego uzasadnienia, by sądy niższego szczebla miały być pod względem ustrojowym traktowane gorzej od SN.

Warto tę propozycję wziąć pod uwagę, jeśli mamy poważnie traktować zapis art. 173 Konstytucji, który stanowi, iż Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz.

Żeby im się odechciało

Szerokim echem odbiła się ostatnio sprawa dotycząca wniosków o tymczasowe aresztowanie byłych menadżerów zakładów chemicznych w Policach. Może nie tyle sama sprawa, co towarzyszące jej okoliczności, a zwłaszcza wypowiedzi Ministra Sprawiedliwości, krytyczne wobec decyzji sądu o odmowie aresztowania oraz niedawne informacje o wszczęciu śledztwa w sprawie domniemanych nieprawidłowości dotyczących wyznaczania składów do tych spraw.

 Oczywiście trudno o jednoznaczne komentarze prawne w sytuacji, gdy sprawę zna się tylko z informacji medialnych. Bez znajomości akt sprawy jakiekolwiek kategoryczne tezy nie powinny być stawiane. Tym niemniej pewne zagadnienia komentarza wymagają.

Po pierwsze, jest to kwestia prawa do krytyki orzeczeń sądowych. Oczywiście każdy obywatel – nie wyłączając polityków – ma prawo do takiej krytyki. Sam znam z praktyki wiele orzeczeń sądowych, z którymi się nie zgadzam i jest to rzecz zupełnie normalna w praktyce stosowania prawa.

Tym niemniej nie jest dobrze, jeśli ostrej krytyki orzeczenia dokonuje Minister Sprawiedliwości, który z jednej strony jest szefem prokuratury, czyli w istocie stroną postępowania, a z drugiej – nadzorcą sądów o bardzo szerokich, ostatnio wydatnie poszerzonych, uprawnieniach. Tym gorzej, gdy takie uwagi wygłaszane są publicznie, przed prawomocnym rozstrzygnięciem danej kwestii. Takie działania mogą bowiem wywoływać „efekt mrożący” i być uznawane za próbę nacisku na sąd odwoławczy, by orzekł zgodnie z wolną nadzorcy.

Minister Ziobro wykazał się zupełnym niezrozumieniem istoty postępowania sądowego, wyrażając głębokie zasmucenie sytuacją, w której funkcjonariusze CBA i prokuratorzy wykonali dużo pracy, a nie zakończyło się to spektakularnymi aresztowaniami. Otóż, oczywistością jest, że niekiedy bywa tak, iż ciężka praca organów ścigania i prokuratorów kończy się na przykład uniewinnieniem. Podobnie jak ciężka praca obrońców nieraz kończy się wyrokiem skazującym. To zupełnie normalne, że sprawę się czasem wygrywa a czasem przegrywa. Oczekiwanie, że będą zapadały orzeczenia zawsze zgodne z wolą jednej ze stron (w tym przypadku prokuratora) jest cokolwiek zaskakujące.

Druga kwestia, to wszczęcie śledztwa w sprawie trybu rozpoznania wniosków aresztowych. Co prawda Prokurator Krajowy Bogdan Święczkowski zastrzegł, że sprawa nie dotyczy merytorycznej strony postanowień sądowych, a jedynie trybu wyznaczania składów orzekających, jednakże trudno oprzeć się wrażeniu, że wszczęcie śledztwa ma jednak związek z faktem, że prokuratura przegrała sprawy o tymczasowe aresztowania, co zasmuciło  zwierzchnika wszystkich prokuratorów. 

Nie wnikając w kwestie merytoryczne sprawy o niegospodarność (tego rodzaju sprawy często bywają dość skomplikowane i niejednoznaczne dowodowo), trzeba stwierdzić, że prokurator Święczkowski myli się w kilku istotnych zagadnieniach proceduralnych. Otóż nie jest prawdą, że w przypadku posiedzeń „zgodnie z zasadami kodeksu postępowania karnego oraz przepisami regulującymi organizację i ustrój sądów, sędziów powołanych do orzekania w sprawie wyznacza się w kolejności według wpływu spraw oraz jawnej dla stron listy sędziów danego sądu lub wydziału”. Cytowany przepis art.351§1 k.p.k. (notabene obecnie już uchylony) dotyczy bowiem rozpraw, a nie posiedzeń.

W przypadku posiedzeń zasada przydziału wg kolejności wpływu nie obowiązuje, a w przypadku wniosków aresztowych regułą jest rozpoznawanie ich przez sędziego pełniącego dyżur. Co ciekawe, w aktualnej wersji regulaminu urzędowania sądów powszechnych brak jednoznacznego określenia sposobu przydziału spraw sędziom dyżurującym, istnieje jedynie odesłanie do zakresu czynności danego sędziego. Nie można jednak z tego wyciągać wniosków, że wszystkie dyżury aresztowe w Polsce wiążą się nieprawidłowym wyznaczaniem składu sędziowskiego. 

Generalną zasadą jest rozpoznanie wniosku aresztowego przez sędziego pełniącego dyżur. Co jednak zrobić w sytuacji, gdy jednorazowo wpłynie duża liczba takich wniosków, w skomplikowanej, wielotomowej sprawie, a na rozpoznanie wszystkich jest nieprzekraczalna (bo określona w art.41 ust.3 Konstytucji) granica 24 godzin?  Oczywistym jest, że pojedynczy sędzia dyżurny nie zdąży w tym czasie zapoznać się z aktami, przesłuchać wszystkich podejrzanych (mogą składać obszerne wyjaśnienia), wydać postanowień i jeszcze napisać w sposób należyty uzasadnień.

W takiej sytuacji niezbędne jest pozyskanie pomocy innych sędziów z wydziału. Zasada rozpoznania wniosku w ciągu 24 godzin ma bowiem charakter nadrzędny i należy uczynić wszystko co możliwe, aby temu zadaniu sprostać. Nie jest więc niczym nadzwyczajnym sytuacja, w której przewodniczący wydziału (prezes sądu) wyznacza do rozpoznania grupy wniosków sędziów, którzy w danym dniu dyżuru nie pełnią. Co więcej, jest to właściwie działanie niezbędne dla prawidłowego i terminowego rozpoznania wniosków. Faktem jest, że brak jest przepisów ustawowych i regulaminowych, które wprost regulują taką sytuację, jednakże z ogólnego zakresu czynności przewodniczących wydziałów (§57 Regulaminu) wynika obowiązek kierowania pracą wydziału i podejmowania działań zapewniających sprawne funkcjonowanie podległej jednostki.

Niestety, ani prokurator Święczkowski w swoim wystąpieniu medialnym, ani Prokuratura Krajowa w oficjalnym komunikacie, nie podali, jakie to przepisy postępowania mogły potencjalnie zostać naruszone podczas wyznaczania składu posiedzeń. Nie podali, gdyż takich przepisów odnośnie posiedzeń aresztowych wyznaczanych w czasie dyżurów po prostu nie ma. Trudno więc dociec, na czym jest oparte uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa w tym zakresie, będące przecież podstawą wszczęcia śledztwa. Być może są jakieś okoliczności, które nie zostały ujawnione opinii publicznej, ale to, co zostało podane w komunikacie, takich podejrzeń stwarzać nie powinno.

Podobnie należy ocenić kwestię zmiany składu orzekającego w postępowaniu odwoławczym. Z informacji podanych przez przedstawiciela Sądu Okręgowego w Szczecinie wynika, iż zmiana referenta nastąpiła wskutek nieobecności w pracy z powodu choroby. W takiej sytuacji w przypadku czynności niecierpiących zwłoki zmiana referenta znajduje wprost podstawę w §60a Regulaminu. Również w tym przypadku nie widać przesłanek pozwalających na uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa, o ile oczywiście nie istnieje tu jakieś drugie dno, które przez prokuraturę nie zostało ujawnione.  

Dalsze stwierdzenia Prokuratora Krajowego są jeszcze dziwniejsze. Stwierdził on m.in., iż tryb procedowania sądu i odroczenie sporządzenia pisemnego uzasadnienia decyzji utrudniły merytoryczną jej ocenę i  procesowe ustosunkowanie się do niej. Muszę przyznać, że fakt zdziwienia prokuratora budzi spore zaskoczenie.. Instytucja odroczenia uzasadnienia postępowania (art.98§2 k.p.k.) ta jest bowiem znana i dość szeroko wykorzystywana, zwłaszcza w sprawach zawiłych, a do takiej kategorii sprawa „afery polickiej” z pewnością się zalicza.

Jeszcze większe zdziwienie musi budzić teza, jakoby odroczenie sporządzenia uzasadnienia na 7 dni miało utrudnić ocenę i skuteczne zaskarżenie danego postanowienia. Uzasadnienie to jest bowiem doręczane prokuratorowi, a termin do złożenia zażalenie biegnie od momentu doręczenia. Na czym więc miałoby polegać to utrudnienie dla prokuratury? Wydaje się, ze jest to wręcz ułatwienie, bo termin do złożenia zażalenia nie biegnie od dnia wydania orzeczenia, tylko od doręczenia, czyli w praktyce jest dłuższy.

Poważne wątpliwości budzi kwestia naruszenia art.252§3 k.p.k., zgodnie z którym zażalenie powinno być rozpoznane w ciągu 7 dni od wpłynięcia akt sprawy do sądu odwoławczego. Nie wiemy, w jakim terminie akta te wpłynęły do Sądu Okręgowego w Szczecinie. Prokurator Święczkowski podaje bowiem termin nie od wpłynięcia akt, tylko od posiedzenia Sądu Rejonowego (ponad miesiąc). Uwzględniając czas na odroczenie sporządzenia uzasadnienia (7 dni), złożenie zażalenia (7 dni) i czas niezbędny na przepływ korespondencji, miesięczny termin zakończenia postępowania w obu instancjach nie wydaje się nadmiernie długi. Zwłaszcza, że termin ten ma charakter instrukcyjny, a jego naruszenie nie wywołuje negatywnych skutków prawnych.

W tych okolicznościach trudno się dziwić, że wielu komentatorów uznało wszczęcie śledztwa w tej sprawie za przejaw swoistej zemsty prokuratury na sędziach za niekorzystne dla siebie rozstrzygnięcia. Co prawda śledztwo nie dotyczy (bo dotyczyć nie może) istoty sprawy, a kwestii proceduralnych i organizacyjnych, tym niemniej bez wątpienia powstaje „efekt mrożący” wśród wszystkich sędziów rozpoznających wnioski o tymczasowe aresztowanie. Skoro bowiem nieuwzględnienie wniosków strony może skutkować nie tylko postępowaniem dyscyplinarnym, ale i karnym…

Trzeba zauważyć, że nie jest to pierwszy przykład stosowania przez przedstawicieli władzy presji na sędziów rozstrzygających poszczególne sprawy. Z niedawnej przeszłości znamy sprawę wiceministra Patryka Jakiego, który po niekorzystnej dla niego decyzji procesowej groził sędzi prowadzącej jego sprawę podstępowaniem dyscyplinarnym. Na pomysł postępowania karnego jeszcze wówczas nie wpadł.

Ale już w sprawie wynagrodzenia biegłych przyznanego w toku procesu dotyczącego śmierci ojca Zbigniewa Ziobry, prokuratura wszczęła postępowanie. Dotyczy ono bezpośrednio działań procesowych sędzi Agnieszki Pilarczyk, która uniewinniła w pierwszej instancji lekarzy od zarzutów w tej sprawie.

Jak widać, inwencja prokuratorów w tym zakresie się rozwija. Ze szkodą dla kwestii niezawisłości sędziowskiej. A przede wszystkim dla występujących przed sądami obywateli.

Sanacja sądownictwa

Minęło półtora roku od przejęcia władzy w Polsce przez nową ekipę rządzącą. Ekipę, która powołując się na zasługi w procesie odzyskiwania suwerenności, głosiła hasło uzdrowienia wielu dziedzin życia publicznego w kraju. Jak dotąd wszystko szło zgodnie z planem. Rządzące ugrupowanie miało swój rząd i uległego prezydenta. Sejm został sprowadzony do roli czysto formalnej. Co prawda lider rządzącego ugrupowania nie pełnił żadnych istotnych funkcji państwowych, jednak z uwagi na swój osobisty autorytet wśród podwładnych, kierował ze swej siedziby każdą istotną dziedziną życia publicznego, a ministrowie, premier czy nawet prezydent jedynie meldowali mu wykonanie danego zadania.

Jedyna sferą życia, która opierała się wpływom grupy rządzącej były sądy, do tej pory rzeczywiście niezawisłe i niepodatne na naciski polityczne. Z tego właśnie powodu obóz władzy postanowił zaatakować sądownictwo, nie oglądając się na konstytucyjne gwarancje niezależności sądów. Minister Sprawiedliwości, prawnik znany z twórczej metody naginania przepisów Konstytucji, opracował plan zmierzający do podporządkowania niepokornych dotąd sędziów ugrupowaniu rządzącemu.

Zaczęto od góry, czyli od Sądu Najwyższego, a ściślej – od usunięcia jego prezesa. Co prawda, zgodnie z Konstytucją sędziowie byli nieusuwalni, jednakże pomysłowy minister znalazł sposób i na to. W nowej ustawie regulującej ustrój sądów znalazł się przepis o prawie prezydenta do przenoszenia sędziów we wcześniejszy stan spoczynku. Przepis ewidentnie niekonstytucyjny, ale cóż z tego… Zaledwie kilkanaście dni od wejścia w życie nowego prawa Prezydent wykorzystał ten przepis do przeniesienia w stan spoczynku I Prezesa Sądu Najwyższego. W ciągu kilku miesięcy w ten sam sposób zostali usunięci ze stanowisk dwaj prezesi SN. Na ich miejsce powołano prezesów sprzyjających rządzącej ekipie.

Podobnie uczyniono z sądami niższych szczebli. Niepokorni prezesi zostali przeniesieni w stan spoczynku, a na ich miejsce minister sprawiedliwości powołał sędziów przychylnych nowej władzy. Miało to dwojakie skutki. Po pierwsze, nieskuteczne okazywały się protesty wyborcze partii opozycyjnych, składane po zarządzonych wkrótce przyspieszonych wyborach parlamentarnych. Co jednak istotniejsze, funkcjonariusze opcji rządzącej nie musieli się już obawiać odpowiedzialności prawnej. Przeciwnie – sądy zaczęły być wykorzystywane do walki z wszelkimi działaniami opozycyjnymi. Ulegli wobec władzy wykonawczej prezesi sądów dbali, by w sprawach o charakterze politycznym orzekali sędziowie sprzyjający nowej władzy. W sumie założony cel został osiągnięty – sądy straciły swą dotychczasową niezależność i stały się jednym z elementów państwa zmierzającego prostą droga ku systemowi autorytarnemu. Politycy opozycji byli bezradni. Próbowali się co prawda jednoczyć, organizować uliczne protesty i zwoływać kongresy partii opozycyjnych. Wobec zdecydowanych działań władzy nic jednak nie wskórali.

Skutki zmian w sądownictwie nie dały na siebie długo czekać. Już rok później aresztowano kilkunastu znanych działaczy partii opozycyjnych. Osadzonych traktowano brutalnie. Postawiono im zarzut usiłowania przeprowadzenia zamachu, którego celem było usunięcie przemocą członków sprawującego w Polsce władzę rządu. Prowadzący sprawę prokurator szybko awansował na szefa prokuratury. Sprawie przewodniczył wiceprezes Sądu Okręgowego w Warszawie – powołany na urząd sędziego zaledwie miesiąc wcześniej.  Ten dyspozycyjny wobec władz sędzia doprowadził do skazania oskarżonych na surowe kary do trzech lat pozbawienia wolności. Jeden sędzia ze składu orzekającego odważył się złożyć zdanie odrębne, głosując za uniewinnieniem podsądnych. 

W tej sytuacji nikogo już nie zdziwiła sprawa pewnego opozycyjnego publicysty, który jakiś czas później ośmielił się nazwać kabotynem lidera ugrupowania rządzącego, którego kult nabrał zresztą zupełnie niespotykanych dotąd rozmiarów. Wkrótce po publikacji został pobity przez bojówkę zwolenników obozu rządzącego. Sprawą natychmiast zajęła się policja osadzając w areszcie tegoż publicystę wraz z dwoma innymi dziennikarzami. Niepokorny publicysta  został postawiony przed sądem pod zarzutem znieważenia narodu polskiego. Sąd skazał go na najwyższą możliwą karę – 3 lata więzienia. Karę później skrócił o połowę Sąd Najwyższy. Jednocześnie osoby winne skatowania dziennikarza nigdy nie poniosły odpowiedzialności.

Opowieść ta to nie political fiction, ani plany wykradzione z sejfu prezesa pewnej partii. Ta historia zdarzyła się naprawdę, w Polsce po roku 1928. Liderem obozu rządzącego jest tu Józef Piłsudski (a nie Jarosław Kaczyński), pomysłowym ministrem sprawiedliwości Stanisław Car (a nie Zbigniew Ziobro), a odwołany I Prezes SN to Władysław Seyda (a nie Małgorzata Gersdorf). Zbieżność sytuacji wydaje się przypadkowa, jednak przed wprowadzeniem w życie obecnie planowanej reformy sądów, warto o chwilę refleksji, do czego prowadzić może złamanie zasady niezależności władzy sądowniczej.

Abolicja plus

Słowo „abolicja” robi ostatnio zawrotną karierę. Może nawet największą od czasów wojny secesyjnej w USA, która zapoczątkowana została wyborem na urząd prezydenta Abrahama Lincolna – zwolennika abolicji, czyli wyzwolenia niewolników. Obecnie dzieje się tak za sprawą innego prezydenta – Andrzeja Dudy, który niemal dwa lata temu postanowił przetestować konstytucyjne granice swoich uprawnień i uwolnić wymiar sprawiedliwości od sprawy kilku swoich partyjnych kolegów, z ministrem Mariuszem Kamińskim na czele. Dodatkowo w ostatnim czasie, bez większego rozgłosu, weszła w życie nowelizacja kodeksu karnego, która uwalnia od winy i kary sporą grupę osób uchylających się od wypełniania obowiązku alimentacyjnego.

Sprawa ministra Kamińskiego i innych jest bardzo głośna i chyba nie wymaga szerszego przedstawienia. Spór prawny w tej kwestii dotyczy tego, czy ułaskawienie może być stosowane jedynie w stosunku do osób skazanych prawomocnymi wyrokami, czy też także – jako akt abolicji indywidualnej – w toku toczącego się postępowania karnego. Przyznać trzeba, że wśród przedstawicieli doktryny były na ten temat różne koncepcje. Część autorów dopuszczała możliwość rozszerzenia prawa łaski także na abolicję indywidualną.

Przez wiele lat spór ten miał charakter wyłącznie akademicki. Prawo łaski w praktyce było rozumiane wyłącznie jako ingerencja w prawomocne orzeczenie skazujące lub warunkowo umarzające postępowanie. Niespodziewanie jednak Prezydent Andrzej Duda postanowił uwolnić wymiar sprawiedliwości od sprawy jego partyjnych kolegów i ułaskawić grupę oskarżonych o przekroczenie uprawnień funkcjonariuszy Centralnego Biura Antykorupcyjnego, na czele z ministrem Mariuszem Kamińskim. Jeśli celem Pana Prezydenta było rzeczywiście uwolnienie sądów od kłopotliwej sprawy, to cel ten nie został osiągnięty. Sądy nie tylko nie zostały od tej sprawy uwolnione, ale zostały wciągnięte – obok sporu prawnego – także w spór o charakterze czysto politycznym, zaś wymiar sprawiedliwości został przez zwolenników opcji rządzącej postawiony jednoznacznie po jednej (opozycyjnej) stronie sporu politycznego.

Spór prawny znalazł swój finał w uchwale składu siedmiu sędziów Sądu Najwyższego (I KZP 4/17), w której uznano, że prawo łaski może być realizowane wyłącznie wobec osób, których winę stwierdzono prawomocnym wyrokiem sądu (osób skazanych). Nie jest moim zadaniem dogłębne uzasadnianie słuszności tej tezy. Uczyniło to przede mną wielu przedstawicieli nauki i praktyki, a i tak nie zrobiłbym tego lepiej niż prof. Ewa Łętowska czy prof. Marcin Matczak.

Warto jedynie zaznaczyć, że w sytuacji, gdy art. 139 Konstytucji nie precyzuje rodzaju i stadium spraw, w których może być stosowane prawo łaski, prerogatywa ta, zgodnie z wykładnią systemową i historyczną, a także według praw logiki, nie może być rozumiana inaczej, niż jako instytucja możliwa do zastosowania dopiero po prawomocnym wyroku skazującym. W innym przypadku można by stosować prawo łaski nie tylko w toku postępowania karnego (jak w tej sprawie), ale także przed jego wszczęciem, a nawet z góry przed popełnieniem czynu – niczym list żelazny kardynała Richelieu dla Lady Winter albo licencja na zabijanie dla agenta 007. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, można by ułaskawiać także w sprawach cywilnych, np. przez zwolnienie z długu albo administracyjnych – np. przez uchylenia nakazu rozbiórki budynku czy zwolnienie z obowiązku podatkowego. W końcu te przypadki też nie zostały wprost wyłączone przez art.139 Konstytucji…

Oczywiście praktycy i teoretycy prawa nadal są w tej kwestii podzieleni. Dominują opinie aprobujące dla uchwały SN, ale nie brak też opinii krytycznych. To zresztą zjawisko zupełnie normalne w świecie prawa. Prawo nie jest dziedziną nauk ścisłych, gdzie 2+2=4.  Wątpliwości prawne i rozbieżności ocen zdarzają się na każdym kroku jego stosowania. Poszczególne orzeczenia są aprobowane lub krytykowane, powstają różnej treści glosy, komentarze i opracowania. W niektórych sporach prawnych dochodzi wręcz do prawdziwych wojen pomiędzy poszczególnymi uniwersytetami. Ba, nawet w łonie samego Sądu Najwyższego zdarzają się poglądy całkowicie rozbieżne. Nie ma więc żadnego sensu robienie sensacji z rozbieżności poglądów w tej właśnie sprawie, a tym bardziej – licytacja na liczbę profesorów popierających lub negujących to orzeczenie.

Istotne jest, że w tej konkretnej sprawie spór prawny został rozstrzygnięty na korzyść tezy, że ułaskawienie można stosować jedynie wobec osób prawomocnie skazanych. Dzięki temu sprawa oskarżonego Mariusza Kamińskiego i innych toczyć się będzie nadal, a wymiar sprawiedliwości wcale nie został od niej uwolniony. I w tym momencie nie mają w praktyce większego znaczenia aprobujące lub krytyczne głosy przedstawicieli nauki, nie mówiąc już o głosach polityków czy publicystów. Roma locuta, causa finta. Przynajmniej na tym etapie. I nie zmieni tego zapewne gwałtowny kontratak polityków partii rządzącej, w postaci serii skarg konstytucyjnych. Jeśli nawet Trybunał Konstytucyjny zdoła się zebrać w składzie znanym ustawie, to zapewne i tak ewentualne rozstrzygnięcia nie będą mogły działać wstecz, odnośnie orzeczeń już zapadłych. Zatem nawet potencjalne zdemolowanie instytucji pytań prawnych wiele dać nie powinno… Chyba…

A już zupełnie bezsensowne jest rozpatrywanie tego problemu prawnego na gruncie bieżącej polityki. Sprawa jest „polityczna” o tyle, że występuje w niej znany polityk, w dodatku urzędujący minister. Skoro pojawił się problem prawny, SN musiał go rozstrzygnąć i to zrobił. Czynienie z tego zarzutu natury politycznej (a taki w wielu wypowiedziach się pojawiał) świadczy o braku zrozumienia dla systemu prawnego obowiązującego w naszym kraju. 

W tym samym czasie, bez większego hałasu, wszedł w życie przepis, który dla prawa karnego ma chyba większe znaczenie niż indywidualny akt abolicji udzielony kilku funkcjonariuszom CBA. W istocie dotyczy on kwestii bardzo podobnej – uwolnienia od odpowiedzialności karnej grupy sprawców. W tym przypadku chodzi o tzw. dekryminalizację, czyli takie ukształtowanie przepisu, aby niektóre zachowania będące dotychczas przestępstwem, przestępstwem być przestały. Taki jest rzeczywisty skutek rządowej nowelizacji art.209 kodeksu karnego, dotyczącego uchylania się od płacenia alimentów, która weszła w życie 31 maja 2017 r.

Celem opracowanego w Ministerstwie Sprawiedliwości projektu nr 1193 miało być wzmocnienie pozycji osób uprawnionych do otrzymywania alimentów. Jak to jednak często bywa, miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. Mówiąc w pewnym uproszczeniu, do tej pory za przestępstwo z art. 209 k.k. odpowiadali wszyscy, którzy umyślnie nie łożyli na utrzymanie osób, wobec których mieli obowiązek alimentacyjny. Np. ojciec, który przestał dawać środki na utrzymanie swoich dzieci mógł być za to skazany niezależnie od tego, czy był wcześniej wyrok zasądzający od niego alimenty, czy też nie. Po nowelizacji przestępstwo niealimentacji obejmuje tylko sprawców, których obowiązek alimentacyjny został określony co do wysokości orzeczeniem sądowym, ugodą zawartą przed sądem, innym organem albo inną umową. Nie popełniają zatem przestępstwa osoby, które uchylają się od płacenia alimentów, ale nie miały określonej kwoty tego świadczenia.   

I w tym miejscu zaczęły się schody. Z uzasadnienia projektu wynika bowiem, że nie ma w praktyce przypadków, aby za niepłacenie alimentów został skazany ktoś, kto wcześniej nie miał wyroku zasądzającego alimenty. Tak jednak nie jest, ponieważ w wielu przypadkach obowiązek alimentacyjny sprawcy nie wynikał z wyroku, tylko wprost z ustawy (kodeksu rodzinnego i opiekuńczego). Po zmianie przepisów takie osoby nie mogą być ukarane. Sprawcy, których już za taki czyn skazano, zostali uwolnieni od odpowiedzialności i nie można wykonać orzeczonych wobec nich kar. Wynika to z ogólnej zasady, w myśl której każda zmiana przepisów powodująca, że czyn objęty wyrokiem nie jest już zabroniony skutkuje zatarciem skazania z mocy prawa. Powyższa nowelizacja prowadzi poza tym do jeszcze dalej idących komplikacji. Otóż dla oceny, czy orzeczone kary można nadal wykonywać decydujące znaczenie ma opis czynu w wyroku skazującym. Jeśli nie zawiera on wskazania wyroku zasadzającego alimenty – skazany jest wolny. Tymczasem do tej pory zdarzało się, że nawet jeśli taki wyrok istniał, sędziowie go nie wskazywali. Pod rządami poprzednich przepisów nie było to błędem – wystarczało powołać się na obowiązek wynikający z ustawy. Dodatkowym problemem jest umieszczenie w obecnym przepisie wymogu, aby sprawca posiadał zaległość w wysokości trzech świadczeń okresowych albo aby opóźnienie zaległego świadczenia innego niż okresowe wynosiło co najmniej 3 miesiące. Do tej pory takiego ograniczenia w ustawie nie było, co może prowadzić do dalszych komplikacji prawnych i uwalniania kolejnych skazanych.

Jaki jest rezultat takiej twórczości ustawodawcy? Efektem jest uniknięcie odpowiedzialności przez znaczną część sprawców, w zależności od tego, jaka była podstawa ich obowiązku alimentacyjnego (kodeks rodzinny lub wyrok), a w dodatku zapewne zależnie od tego, jak został skonstruowany opis czynu w wyroku. Jeśli w wyroku sąd umieścił tylko obowiązek alimentacyjny wynikający z ustawy, to obecnie czyn ten nie jest przestępstwem, a skazanie podlega zatarciu. Jeśli natomiast w wyroku skazującym zamieszczony został element w postaci wyroku zasądzającego alimenty – czyn nadal pozostaje przestępstwem. W rezultacie może się zdarzyć, że w tym samym stanie faktycznym, sprawca uniknie odpowiedzialności albo nie, w zależności od zwyczajów redakcyjnych sędziego prowadzącego sprawę. Często zależeć to będzie od zwyczajów obowiązujących w różnych częściach kraju. Zamiast zaostrzenia zasad odpowiedzialności za niealimentację mamy więc swoisty program Amnestia i Abolicja Plus.

Błąd legislacyjny został wykryty przez jednego z gdańskich sędziów, użytkownika Forum Sędziów RP i członka stowarzyszenia „Iustitia”, a następnie rozpropagowany na prowadzonym przez warszawskiego sędziego blogu Sub Iudice. Dzięki temu sprawa została nagłośniona w mediach i zauważona także w Ministerstwie Sprawiedliwości. Sprawcy zamieszania próbują zrzucić winę na sędziów, którzy nie potrafią zrozumieć i właściwie zastosować nowych przepisów. I za pomocą okólników próbują tak kształtować orzecznictwo, by skutki ich błędu były jak najmniejsze.

Uspokajają też, że błąd dotyczy jedynie pojedynczych przypadków w skali kraju. Tak z pewnością nie jest, ponieważ tylko w jednym z sądów w okręgu lubelskim w ciągu jednego dnia znaleziono ponad 60 spraw, w których konieczne będzie umorzenie postępowania wykonawczego. Ile takich spraw będzie w całej Polsce? Nie wiadomo, ale na pewno od początku czerwca sędziowie, zamiast zająć się orzekaniem w bieżących sprawach, przetrząsają szafy w poszukiwaniu spraw, w których postępowania trzeba natychmiast umorzyć.

Jaki z tego morał? Po pierwsze, ingerencje w system prawny powinny być rozważne i niezbyt częste. Po drugie, proces legislacyjny nie powinien być nadmiernie szybki, a projekty winny być poddane odpowiednio szerokim konsultacjom. W tym przypadku procedura sejmowa trwała półtora miesiąca, czyli jak na obecne standardy i tak długo, ale na pogłębioną refleksję jednak czasu zabrakło. Pospieszne tworzenie i uchwalanie projektów na pewno nie sprzyja jakości stanowionego prawa i może doprowadzić do zupełnie nieoczekiwanych rezultatów.

Komuniści i złodzieje (w togach)

Jest 20 maja 2017 r. W Katowicach trwa pierwszy w powojennej historii Polski Kongres Prawników Polskich, organizowany przez samorządy adwokacji i radcowski oraz sędziowskie stowarzyszenie „Iustitia”. Jednym z prelegentów jest wiceminister sprawiedliwości dr Grzegorz Warchoł. W trakcie przemówienia stwierdza, że główną przyczyną nieprawidłowości w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości w Polsce jest nierozliczenie się ze zbrodni sądowych systemu komunistycznego. Podnosi przy tym liczne ujawnione przez media afery w wymiarze sprawiedliwości, aczkolwiek wymienia tylko jedną głośną ostatnio sprawę dotyczącą Sądu Apelacyjnego w Krakowie. Na te słowa część uczestniczących w kongresie prawników wychodzi z sali na znak protestu.

Pomijając już ocenę tej formy protestu, warto przeanalizować sposób rozumowania wiceministra Marcina Warchoła. Ma on w końcu istotny wpływ na proces legislacyjny. Podczas obrad Sejmu reprezentuje stronę rządową w dwóch kluczowych projektach dotyczących ustroju sądów: projekcie rządowym w sprawie Krajowej Rady Sądownictwa i –  rzekomo poselskim – projekcie w sprawie zmian w sądach powszechnych. 

Poglądy te nie są odosobnione – wielokrotnie były przywoływane zarówno przez polityków partii rządzącej, jak i przez prorządowe media. Opierają się one na przekonaniu, że polskie sądy zostały żywcem przeniesione z epoki komunizmu, gdyż w 1989 r. nie przeprowadzono ich weryfikacji. W związku z tym bronią „postkomunizmu” (rozumianego bardzo szeroko, łącznie z osobami z komunizmem walczącymi) przeciwko „prawdziwym patriotom”. W tym dość dziwnym rozumieniu znaczenia słów „postkomunistą” staje się np. represjonowany w stanie wojennym prof. Adam Strzembosz, zaś „antykomunistą” – poseł Piotrowicz, który w tamtym czasie był prokuratorem. Ale to już temat na szersze rozważania.

Drugim założeniem jest przekonanie, iż w polskim wymierza sprawiedliwości roi się od patologii – od przewlekłości postępowań (rzekomo prawie największej w Europie), przez nieprawidłowości w zakresie organizacji i przebiegu postępowań, po czyny czysto kryminalne (rzekomo częste). Wszystko to oczywiście w atmosferze całkowitej bezkarności „nadzwyczajnej kasty” sędziowskiej, czyli, mówiąc krótko, komuniści i złodzieje w togach.

Oczywiście nie można mediom czy poszczególnym obywatelom odmawiać prawa do własnej oceny, nawet, jeśli ta ocena w istotny sposób rozmija się z rzeczywistością. Mamy w końcu jeszcze wolność słowa i obywatele mogą wyrażać najróżniejsze przekonania, choćby w sposób tak niekonwencjonalny jak uczestnicy miasteczka namiotowego, koczujący na pl. Krasińskich w Warszawie pod siedzibą Sadu Najwyższego. Pół biedy jednak, jeśli poglądy tego typu głosi niewielka grupa obywateli albo publicyści niszowych portali internetowych. Gorzej, gdy mówi tak ważny polityk partii rządzącej, w dodatku zajmujący stanowisko wiceministra sprawiedliwości. Fakt, że pan wiceminister podkreślał, iż patologie dotyczą tylko niektórych sędziów. Jednak zupełnie nie wiadomo, dlaczego na podstawie pojedynczych przypadków wysnuł potrzebę gruntownych antydemokratycznych zmian systemowych.

Kwestia sądowych zbrodni okresu stalinowskiego to już temat wyłącznie historyczny. Sprawcy tych zbrodni już zazwyczaj nie żyją, a jeśli nawet żyją, to przebywają poza zasięgiem polskiej jurysdykcji, jak np. Stefan Michnik, stalinowski sędzia wojskowy, którego ukarania domagają się demonstranci, choć już kilka lat temu Szwecja odmówiła jego ekstradycji. Słynny był swego czasu przypadek prokurator Wolińskiej, która oskarżała m.in. w procesie generała Fieldorfa „Nila”, na ekstradycję której nie zgodziły się dla odmiany władze brytyjskie. Osoby te na ogół zresztą zakończyły karierę sądową po roku 1956. Stąd hasło pociągnięcia do odpowiedzialności stalinowskich zbrodniarzy ma charakter czysto publicystyczny, a nie prawny.

Bardziej aktualna jest kwestia sędziów, którzy skazywali opozycjonistów w stanie wojennym. Faktem jest, że po roku 1989 środowisko sędziowskie – wbrew nadziejom prof. Adama Strzembosza – nie oczyściło się z osób, które w latach 80. sprzeniewierzyły się zasadom niezawisłości. Zapewne przytoczone przez ministra Warchoła liczby mogą być prawdziwe i tylko niewielka grupka sędziów spotkała się z konsekwencjami większymi niż przeniesienie do mniej eksponowanego wydziału. Osobiście żałuję, że tak się stało, ale trudno mi odpowiadać za okres, gdy byłem jeszcze na studiach. Jaki jest jednak powód, aby obecnie, 28 lat później, przedstawiać to jako główną bolączkę wymiaru sprawiedliwości? Myślę, że jednak żaden, chyba, że celem było sprowokowanie słuchaczy. W sposób udany zresztą.

Zdecydowana większość sędziów obecnie orzekających otrzymała nominacje już po roku 1990. Większość zna stan wojenny tylko z książek i filmów, a w najlepszym wypadku z wczesnego dzieciństwa, podobnie zresztą jak urodzony w roku 1980 minister Warchoł. Sędziów pamiętających czasy stanu wojennego jest niewielu i zbliżają się już oni do granicy stanu spoczynku. Osobiście nie znam przypadków czynnych sędziów orzekających wbrew zasadzie niezawisłości w sprawach politycznych, aczkolwiek być może w skali kraju takie pojedyncze przypadki można jeszcze gdzieś znaleźć.

Dlaczego zatem głównym zarzutem stawianym sędziom, którzy w stanie wojennym w najlepszym razie chodzili do podstawówki albo do przedszkola i mieli wówczas zgoła niepolityczne zainteresowania, stawia się zarzut nierozliczenia sędziów stanu wojennego?  Prawdę mówiąc, nie jestem w stanie pojąć logiki tego wywodu. Oczywiście w obu przypadkach chodzi o sędziów. W podobnych strojach i z podobnym łańcuchem na piersi (choć wtedy orzeł był bez korony, a wykuty napis brzmiał „PRL”, a nie „RP”). Na tym jednak podobieństwa się kończą. Ciągłość instytucjonalna oczywiście istnieje, ale ciągłość personalna już stanowczo nie. Z równym powodzeniem można by przykładowo twierdzić, że obecne Ministerstwo Sprawiedliwości powinno przeprosić za zbrodnie stalinowskie i hitlerowskie, ponieważ mieści się w siedzibie dawnego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a w czasie okupacji policji kryminalnej Kripo, zaś minister Ziobro zajmuje gabinet należący wcześniej do ministra Stanisława Radkiewicza. A jeszcze wcześniej do sturmbannführera H.Geislera. Szczęśliwie przed wojną był to luksusowy apartamentowiec.

Absurdalność tego rodzaju rozumowania jest oczywista. Stawianie w roku 2017 zarzutów dotyczących początku lat 90. osobom, które nie mają z tymi kwestiami nic wspólnego i w dodatku wyciąganie tego argumentu jako kluczowego w czasie radykalnych zmian proponowanych przez rząd, jest zupełnie niezrozumiałe z prawnego punktu widzenia. Chyba, że chodzi o czystą politykę, ale tą dziedziną nie wolno mi się zajmować.

Oczywiście politycy partii rządzącej doskonale wiedzą, że obecnie sądownictwo jest zdominowane przez ludzi młodych i w średnim wieku. Tym niemniej minister Warchoł w jednym z wywiadów konsekwentnie twierdził, że nierozliczenie się środowiska sędziowskiego z tym haniebnym okresem bezpośrednio wpływa na młode kadry, na całe korporacyjne myślenie. Dlaczego miałoby się tak dziać – tego już Pan Minister nie uściślił. Uznał natomiast, iż obecna sytuacja to niestety efekt wciąż pokutującego wśród sędziowskich elit komunistycznego myślenia o sądownictwie – dogmatów nieomylności i absolutnej nietykalności.

Z tym ostatnim twierdzeniem zgodzić się nie sposób, gdyż akurat komunistyczny sposób myślenia o sądownictwie był zgoła odmienny. Do roku 1989 sądownictwo było częścią jednolitej władzy państwowej, całkowicie podporządkowaną partii rządzącej i władzy wykonawczej. O żadnej niezależności nie mogło być w praktyce mowy. Tym bardziej nie mógł obowiązywać dogmat o nieomylności i absolutnej nietykalności, bo dogmat ten dotyczył wyłącznie najwyższych funkcjonariuszy partyjnych. Sędziów uznawano za zwykłych urzędników państwowych, a w razie niesubordynacji karano. Nijak się to ma do teorii o dogmacie nieomylności i bezkarności. Notabene obecne projekty zbliżają nas do modelu całkowitej dominacji władzy wykonawczej nad sądowniczą, przyjmując nawet szerszy stopień podporządkowania niż przed rokiem 1989.

Drugim argumentem podnoszonym w obronie planowanych zmian (celowo nie używam słowa „reform”, bo „reforma” to zmiana na lepsze) jest bezkarność przestępczości sędziów. Słusznie minister Warchoł podkreślił, że niektórych. Z tym, że owe znane z mediów niektóre przypadki przestępstw sędziów można policzyć na palcach jednej ręki. Razem z wykroczeniami – na palcach dwóch rąk. Dodajmy – czynów domniemanych, bo jednak jeszcze obowiązuje zasada domniemania niewinności i sprawy mogą skończyć się różnie. A czy są przykłady „absolutnej bezkarności” przestępczej działalności sędziów w ostatnim czasie? W znanych mi kilku przypadkach udowodnione przestępstwo zawsze wiązało się z usunięciem ze służby. Oczywiście można mówić jedynie o czynach udowodnionych, a nie o pomówieniach i skargach strony niezadowolonej z przebiegu procesu.

Nawet jednak te kilka ujawnionych przypadków to cokolwiek wątpliwe uzasadnienie zmian zmierzających do przywrócenia Ministrowi Sprawiedliwości uprawnień sprzed roku 1989. Notabene można pozazdrościć prokuratorom ze specjalnego wydziału ds. poważnych przestępstw sędziów, którzy od roku nudzą się w gmachu przy ul. Rakowickiej, cyzelując te kilka postępowań. Ale nie chcę zapeszać…

Kolejnym mitem, podanym nie tylko przez ministra Warchoła, ale także odruchowo przyjmowanym w mediach, także tych niezbyt przychylnych obecnej władzy, jest przewlekłość postępowania. Tymczasem pan wiceminister – mówiąc delikatnie – minął się z prawdą, jakoby polskie sądy były „w ogonie” czasu postępowań. Wszelkie statystyki porównawcze świadczą bowiem o tym, że w zakresie długości postępowania mieścimy się mniej więcej w środku stawki krajów europejskich. Przeciętny czas postępowania nie wynosi – wbrew obiegowym opiniom – wiele lat, lecz 5 miesięcy. Faktycznie w Polsce jest więcej sędziów na liczbę mieszkańców niż średnia europejska. Ale warto zauważyć, że liczba spraw przypadająca na jednego sędziego jest znacznie wyższa od średniej europejskiej. Polski sędzia załatwia też ich średnio znacznie więcej niż sędziowie z innych krajów. Spraw wieloletnich (ponad 3 lata) jest raptem kilka promili. Oczywiście to i tak za dużo, i powinno być lepiej. Rzecz w tym, że zaproponowane projekty w żadnej mierze do tego nie doprowadzą, ponieważ  nie o to w nich chodzi.

Kolejna sprawa to uzależnienie sędziów od polityków. Często jest tu przywoływany przykład prezesa Milewskiego z Gdańska, który zachowywał się w sposób służalczy wobec domniemanego polityka partii rządzącej. Na ten przykład powołał się także minister Warchoł. Problem w tym, że obecne władze chcą wprowadzić znacznie większe uzależnienie prezesów sądów od Ministra Sprawiedliwości, czyli w praktyce – 373 „prezesów Milewskich”, wprost podporządkowanych ministrowi, we wszystkich sądach powszechnych. Gdzie tu sens i logika – nie wiem. 

W sumie politycy partii rządzącej nie podali żadnego realnego powodu, który uzasadniałby znaczące zwiększenie uprawnień Ministra Sprawiedliwości w zakresie powoływania prezesów sądów, przewodniczących wydziałów i wizytatorów – czyli wszystkich sędziów funkcyjnych. Wydawałoby się, że zagwarantowana w art. 183 Konstytucji RP zasada niezależności władzy sądowniczej od innych władz powinna mieć jakieś odniesienie do praktyki. Niestety, tak nie jest. I trzeba to przyznać – nie od dziś. Zasada ta jest systematycznie podważana od wielu lat, często przy aprobacie Trybunału Konstytucyjnego. Teraz proponuje się całkowite podporządkowanie administracyjne sądownictwa Ministrowi Sprawiedliwości. Czyli pod względem legislacyjnym historia zatacza koło i wracamy w tym zakresie do modelu z lat 80. A co z hasłem o „komunistach”? Pozostawiam to do refleksji czytelników.