System nakazowo-rozdzielczy

Schyłek grudnia 1989 roku obfitował w ważne dla historii Polski wydarzenia. Zmieniono wówczas nazwę Państwa Polskiego na Rzeczpospolitą Polską, a Orzeł Biały otrzymał koronę. Uchwalono również pakiet ustaw gospodarczych, zwanych „planem Balcerowicza”. Nic dziwnego, że gruntowne zmiany ustrojowe objęły także system sądownictwa. To wówczas utworzono Krajową Radę Sądownictwa, jako organ mający stać na straży niezawisłości sędziowskiej i niezależności sądów. Wbrew rozpowszechnianym ostatnio przez niektórych polityków opiniom, KRS nie była więc ciałem „postkomunistycznym”, lecz wręcz przeciwnie – powstała na skutek zerwania z komunistyczną ideą jednolitej władzy państwowej i wprowadzenia trójpodziału władz. Warto zaznaczyć, że postulat dotyczący utworzenia i pozycji Rady został zgłoszony przy Okrągłym Stole przez ówczesny obóz solidarnościowy, z udziałem m.in.  Adama Strzembosza, Jana Olszewskiego i Jarosława Kaczyńskiego.

Zasada podziału władz niosła za sobą liczne istotne zmiany w zakresie funkcjonowania polskiego sądownictwa. Z tą chwilą przestało być ono elementem jednolitej administracji państwowej, stając się odrębną „trzecią” władzą. Istotnym elementem stało się utworzenie samorządu sędziowskiego o sporych kompetencjach, a także nowy sposób powoływania prezesów sądów. Zmiany w tym zakresie w ciągu ostatnich 27 lat dobrze obrazują stosunek polityków do kwestii niezależności sądownictwa.

W czasach PRL-u decyzję o powołaniu i odwołaniu prezesów sądów, podejmował Minister Sprawiedliwości. Musiał on co prawda zasięgnąć opinii kolegium danego sądu wojewódzkiego (czyli organu wyłanianego przez sędziów), ale nie była to opinia wiążąca. Mógł również (ale nie musiał) zasięgnąć opinii organizacji politycznych i społecznych działających w sądzie. W sumie jednak Minister Sprawiedliwości miał właściwie nieskrępowaną swobodę powoływania i odwoływania prezesów sądów, a co za tym idzie – pośredniego wpływania na sędziów liniowych.

Ustawa z 20 grudnia 1989 r. wprowadziła w tym zakresie gruntowną zmianę. Od tej pory prezesów sądów wojewódzkich (od lipca 1990 r. także apelacyjnych) powoływał również Minister Sprawiedliwości, ale spośród dwóch kandydatów zgłoszonych przez samorząd sędziowski. Zastosowano zatem taki sam mechanizm, jak w przypadku powoływania prezesów Sadu Najwyższego czy Trybunału Konstytucyjnego. Również w zakresie odwołania prezesów Minister Sprawiedliwości miał bardzo ograniczone pole manewru – wymagana tu była zgodna właściwego organu samorządowego (zgromadzenia w przypadku prezesów apelacyjnych i wojewódzkich i kolegium w przypadku prezesów rejonowych).

Od grudnia 1989 r. punkt ciężkości w zakresie powoływania i odwoływania prezesów sądów przesunął się zatem wyraźnie w kierunku samorządu sędziowskiego. Co prawda, prezesów nadal powoływał i odwoływał Minister Sprawiedliwości, ale miał w tym zakresie mocno ograniczone możliwości, gdyż w każdym przypadku decydujące było stanowisko organu samorządowego. Taki stan rzeczy bardzo dobrze odpowiadał regule równowagi władz.

Niestety, szybko okazało się, że ograniczenie wpływu polityków na obsadę prezesowskich stanowisk jest dla tychże polityków bardzo niewygodne. W maju 1992 r. (rząd Hanny Suchockiej) zmieniono zasady powoływania prezesów sądów. Od tej pory inicjatywa w zakresie wyboru kandydatów na prezesów apelacyjnych i wojewódzkich należała do Ministra Sprawiedliwości, natomiast samorząd sędziowski mógł zablokować daną kandydaturę kwalifikowaną większością 2/3 głosów. W praktyce czyniło to dość trudnym odrzucenie ministerialnej kandydatury i znacząco wzmacniało przewagę władzy wykonawczej nad sądowniczą. Jeszcze większą przewagę miał Minister Sprawiedliwości w zakresie prezesów sądów rejonowych, których powoływał na wniosek prezesa danego sądu wojewódzkiego lub z własnej inicjatywy, jedynie po wysłuchaniu niewiążącej opinii prezesa tego sądu, czyli właściwie zupełnie swobodnie.

W roku 2001 rząd Jerzego Buzka wprowadził nowe zasady powoływania prezesów sądów, które z niewielkimi zmianami obowiązują do dzisiaj. Co do zasady inicjatywa nadal pozostała po stronie Ministra Sprawiedliwości. Samorząd sędziowski może, co prawda, zablokować ministerialnego kandydata, ale jest to uprawnienie dość iluzoryczne, gdyż wymaga poparcia tego sprzeciwu ze strony Krajowej Rady Sądownictwa. Wprowadzono także możliwość odwołania prezesa w trakcie kadencji, aczkolwiek w tym zakresie Krajowa Rada otrzymała prawo weta. Samorządu sędziowskiego nikt już pytać o zdanie nie musiał. Tym samym przewaga władzy wykonawczej nad sądowniczą została jeszcze bardziej wzmocniona. I tak jest do dzisiaj.

A co proponuje w tym zakresie minister Zbigniew Ziobro? A właściwie posłowie partii rządzącej, którzy formalnie stosowny projekt zmian ustawy złożyli? Oczywiście, zgodnie z ogólną linią partii rządzącej, dalsze wzmocnienie pozycji władzy wykonawczej. „Centralizacja i nadzór” to główne założenia planowanej reformy. W zakresie wyboru prezesów faktyczni autorzy projektu (a tajemnicą poliszynela jest, że urzędują oni w gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości) idą nawet dalej niż ustawodawca w czasach PRL-u. O ile bowiem zgodnie z ustawą z roku 1985 minister musiał przynajmniej pro forma zasięgnąć niewiążącej opinii organu samorządowego, to obecnie nawet to niewielkie uprawnienie ma być sędziom odebrane.

Minister ma uzyskać możliwość zupełnie dowolnego powoływania prezesów (także spośród sędziów niższego szczebla) a rola samorządu sędziowskiego ma zostać sprowadzona do zapoznania się z ministerialnym kandydatem. W dodatku minister ma uzyskać prawie nieograniczoną  możliwość odwoływania prezesów. Projektowany katalog przyczyn odwołania jest tak pojemny, że w zasadzie można go zastosować w dowolnej sytuacji. Co prawda, utrzymano potrzebę uzyskania opinii KRS w tym zakresie, ale negatywna opinia Rady ma już nie być dla Ministra Sprawiedliwości wiążąca. Co więcej, w ciągu 6 miesięcy możliwość odwoływania prezesów ma być zupełnie nieograniczona. Dochodzi do tego możliwość nagradzania i karania osób funkcyjnych poprzez wprowadzenie okresowych ocen oraz systemu nagród i kar finansowych.

To jednak Panu Ministrowi nie wystarcza. Nowa ustawa daje prezesom, całkowicie uzależnionym od ministra, swobodę w zakresie powołania przewodniczących wydziałów. Do tej pory prawo veta w tym zakresie miało kolegium sądu, czyli organ pochodzący z wyboru. Podobny jest kierunek proponowanych zmian w zakresie powoływania wizytatorów. Dotychczas byli powoływani przez prezesa, ale prawo sprzeciwu od tej decyzji także służyło kolegium sądu. Obecnie proponuje się, aby prawo veta przyznać… Ministrowi Sprawiedliwości. Innymi słowy – bez zgody ministra nikt nie będzie mógł zostać nie tylko prezesem, ale także wizytatorem.

Dodatkowo ma być wprowadzony przepis, który nakazuje prezesom sądów w ciągu sześciu miesięcy dokonanie przeglądu stanowisk funkcyjnych przewodniczących wydziałów, zastępców przewodniczących wydziałów, kierowników sekcji, a także wizytatorów w podległych im sądach i w tym okresie umożliwia odwołanie z funkcji przewodniczącego wydziału, zastępcę przewodniczącego wydziału, kierownika sekcji oraz wizytatora. Obrazu dopełnia wprowadzone niedawno pełne podporządkowanie ministrowi dyrektorów sądów (odpowiedzialnych za kwestie finansowe i kadrowe), a także planowane zdominowanie KRS przez polityków.

Generalnie mamy więc do czynienia z centralizacją zarządzania idącą nawet dalej niż w czasach gen. Jaruzelskiego. Minister Ziobro chce uzyskać prawo do ręcznego sterowania sądami, co rzekomo ma zapewnić ich lepsze funkcjonowanie. Bez wątpienia jest to nawiązanie do pruskiej tradycji sądowniczej, gdzie już od czasów kanclerza Bismarcka sędziego uznawano za urzędnika, a sądownictwo za część administracji państwowej.

Projekt jest wyrazem błędnego przekonania, że poprawa funkcjonowania sądownictwa może nastąpić poprzez personalną wymianę nadzorców, a zwiększenie nadzoru – nie zaś zmiany o charakterze systemowym – pozwoli osiągnąć zamierzone efekty. Tymczasem jedynym rzeczywistym efektem będzie możliwość wystąpienia Ministra Sprawiedliwości na konferencji prasowej, pochwalenie się liczbą wymienionych osób funkcyjnych i zapewnienie wyborców, że zmiany personalne zmienią radykalnie sytuację w sądownictwie.

Ministerstwo Sprawiedliwości, w miejsce znanej teorii o kiju i marchewce, pragnie wprowadzić politykę kija i drugiego kija. Aby uniknąć zarzutu niskiej efektywności nowomianowani prezesi nakręcać będą spiralę nadzoru (co gorliwsi do granic nadzorczego terroru), ze wszystkimi negatywami tego zjawiska. Rozkwitać będzie najmniej efektywna forma zarządzania zasobami ludzkimi czyli ,,zarządzanie przez przemoc”. Taka taktyka nie podniesie oczywiście efektywności wymiaru sprawiedliwości, ale pozwoli ministrowi osiągnąć zysk polityczny w postaci wykazania przed opinią publiczną, że aktywnie walczy o poprawę funkcjonowania sądownictwa. Nowa ustawa pozwoli też ministrowi na spektakularne odwoływanie prezesów sądów w razie jakichś nagłośnionych medialnie nieprawidłowości (mniejsza już o prawdziwość zarzutów, liczy się „efekt szeryfa”).

Logika rządzących opiera się na zupełnie błędnych przesłankach. Dominuje przekonanie, że sądy w Polsce pracują opieszale, a główną tego przyczyną jest nieudolność i lenistwo sędziów. Remedium na te problemy ma być zwiększenie nadzoru ze strony polityków. Tymczasem analiza danych statystycznych zgromadzonych w raporcie przygotowanym przez działającą przy Radzie Europy Europejską Komisję Efektywności Wymiaru Sprawiedliwości CEPEJ (obejmujące 35 państw europejskich i Izrael) zdecydowanie przeczy takim tezom. Okazuje się bowiem, że przeciętny polski sędzia załatwia rocznie mniej więcej dwukrotnie więcej spraw niż wynosi średnia europejska, ale też otrzymuje do załatwienia dwukrotnie więcej spraw niż przeciętnie w Europie. Pod względem długości postępowań polscy sędziowie mieszczą się generalnie w środku stawki, a w niektórych kategoriach wręcz w czołówce. Średni czas postępowania wynoszący w Polsce 4,7 miesiąca jakoś szczególnie nie przeraża. A już zupełnym mitem jest teza o standardowym wieloletnim trwaniu postępowań – sprawy trwające powyżej trzech lat to poniżej połowy procenta wszystkich spraw będących w toku. To oczywiście i tak za dużo, ale nie należy tej kwestii demonizować.

Przyznać trzeba, że w ministerialnym…, pardon, poselskim projekcie kawałki „marchewek” też się znalazły. Około połowy proponowanych zmian należy ocenić pozytywnie. Korzystnie mają się zmienić kwestie socjalne związane z przechodzeniem w stan spoczynku. Słusznym jest wprowadzenie mechanizmów, które bardziej niż dotychczas uniezależniają liniowego sędziego od zwierzchników. Pozytywem jest ustawowo zagwarantowany losowy przydział spraw, choć trzeba podkreślić, że dotychczas takie zapisy też istniały, więc nie jest to żadna rewolucyjna nowość. Dużym krokiem naprzód jest rezygnacja z ocen okresowych sędziów, które wbrew planom polityków sprzed kilku lat, nie spełniły i nie mogły spełnić zamierzonego celu w postaci zwiększenia efektywności. Notabene oceny okresowe sędziów, wprowadzane pięć lat temu z dużym hałasem, wbrew protestom sędziów (w tym Stowarzyszenia „Iustitia”), są dobrym przykładem na poparcie tezy, że lekceważenie głosu środowiska skutkuje reformami pozornymi, które założonych celów spełnić nie mogą.

Jednak wszystkie te plusy nie mogą przesłonić minusów projektu. Centralizacja zarządzenia, jakiej dotąd nie było – oto co zostało z projektu reformy szumnie zapowiadanej na początku 2016 roku. Taka koncepcja do realnej (a nie tylko propagandowej) poprawy doprowadzić jednak nie może. Podobnie jak nie da się poprawić szybkości konia, ciągnącego nadmiernie obciążony wóz, przez zakup nowego zestawu batów. Tu może pomóc jedynie zmniejszenie ciężaru wozu, czyli ograniczenie gigantycznej liczby spraw wpływających do sądów i poprawa procedur. Nie można oczekiwać, że stała liczba sędziów, nawet najbardziej efektownie poganianych, będzie w stanie radykalnie poprawić szybkość rozpoznawania spraw, których liczba w ostatnich kilku latach wzrosła dwukrotnie.

Oczywiście zmiany są niewątpliwie konieczne, ale nie w kierunku proponowanym przez władze. Właściwie nie budzi już obecnie żadnych wątpliwości, że wymiar sprawiedliwości potrzebuje zmian o charakterze strukturalnym. Można rozważać tu różne koncepcje. W mojej ocenie najtrafniejszą jest oddanie odpowiedzialności za sądy w ręce sędziów i zdecydowane zwiększenie uprawnień samorządu sędziowskiego. Z pewnością jednak oddanie w ręce polityków takich kwestii, jak nominacje członków KRS i prezesów sądów, a pośrednio też wizytatorów i przewodniczących wydziałów, jest potencjalnie najbardziej niebezpieczne. Stanowiska te staną się po prostu kolejnym partyjnym łupem i po każdych wyborach będzie wymiana członków KRS, prezesów sądów i wizytatorów, a może nawet przewodniczących wydziałów. I każda partia dorobi się „swoich” sędziów, których będzie na tych stanowiskach obsadzać. To wizja znacznie groźniejsza niż nieprawidłowości systemu istniejącego obecnie, gdyż prowadzi prostą drogą do upartyjnienia sądów, przez co obiektywny wymiar sprawiedliwości stanie się ułudą. Na sprawę trzeba patrzeć w szerszej pespektywie niż pojedyncza kadencja pojedynczej partii. Istnieje bowiem ryzyko, że raz zdobytej władzy nad sądami politycy nie oddadzą już nigdy.

Forum Współpracy Sędziów

20 kwietnia w większości sądów w Polsce odbyły się zebrania sędziów. Media okrzyknęły to, nieco na wyrost, mianem „protestu”. Tymczasem w istocie zebrania te miały doprowadzić do powstania ogólnopolskiej, demokratycznej reprezentacji sędziów. Reprezentacji, która może stać się zaczątkiem samorządu sędziowskiego z prawdziwego zdarzenia. Skąd w ogóle ten pomysł?

Od czasu rozpoczęcia przez ministra Zbigniewa Ziobrę antysądowej ofensywy medialnej i legislacyjnej, politycy partii rządzącej, w tym wysocy funkcjonariusze Ministerstwa Sprawiedliwości, nie ustają w wysiłkach, by przedstawić sądy i sędziów w możliwie niekorzystnym świetle. Ta niespotykana w dotychczasowej historii negatywna kampania propagandowa zakłada, iż sądy są siedliskiem niespotykanej wprost patologii, w sądach panuje postkomunizm i lewactwo, a polskie sądownictwo to gigantyczny skandal.

Cóż mają zrobić sędziowie, słyszący na co dzień tego rodzaju inwektywy pod swoim adresem? Jednym z rozwiązań jest nierobienie niczego, zajęcie się swoją pracą i znoszenie z godnością rosnącej fali hejtu. Bierne zachowanie nie jest jednak dobrym rozwiązaniem. W takiej sytuacji wizerunek sądów zostanie całkowicie zniszczony, a rządzący będą mogli w dowolny sposób niszczyć niezależność sadów, przy aplauzie niechętnej sędziom części społeczeństwa.

Alternatywą jest aktywna postawa środowiska sędziowskiego wobec trwających ataków medialnych i kolejnych zmian legislacyjnych, które zmierzają do pozbawienia obywateli prawa do niezależnego sądu. Błędem jest jednak postawa części sędziów, zmierzających do utrzymania status quo w zakresie funkcjonowania sądów. Dotyczy to zwłaszcza kwestii najbardziej aktualnej, czyli zasad powoływania i funkcjonowania Krajowej Rady Sądownictwa, ale także samorządu sędziowskiego.

Nie ulega wątpliwości, że dotychczasowy system wyboru sędziów w skład Rady i lokalnych organów samorządowych daleki był od doskonałości. Wyraźna jest nadreprezentacja sędziów wyższych szczebli. Różnica wagi głosu sędziów różnych szczebli jest piętnastokrotna, co w żadnej mierze nie znajduje uzasadnienia w Konstytucji, przewidującej jednolitą grupę sędziów sądów powszechnych, niezależnie od szczebla. Jeśli do tego dodamy, że od kilkunastu lat miejsca w Radzie obsadza koalicja największych okręgów, zwana potocznie „spółdzielnią”, konieczność zmian w systemie wyborczym wydaje się oczywista.

Panaceum na te problemy nie mogą być jednak zmiany proponowane przez stronę rządową. W zakresie wyboru KRS zakłada ona przekazanie politykom prawa do wyboru członków Rady spośród sędziów, a dodatkowo – poprzez wprowadzenie dwóch zgromadzeń – zmniejsza siłę głosu sędziów zasiadających w Radzie i wygasza konstytucyjnie określone kadencje członków Rady. Kolejnym krokiem ma być wzmocnienie roli ministra w procesie powoływania i odwoływania prezesów, właściwie do pełnej swobody w tym zakresie.

Propozycje rządowe to droga na manowce. Nie da się poprawić funkcjonowania sądów poprzez dalsze zwiększanie wpływu polityków na sądy. Wpływ ten i tak jest już od wielu lat zbyt duży, co rodzi poważne wątpliwości w zakresie konstytucyjnej zasady niezależności władzy sądowniczej. Co prawda, Trybunał Konstytucyjny, w kilku dawniejszych wyrokach, nie sprzeciwiał się stopniowemu ograniczaniu niezależności sądów przez polityków różnych opcji, jednakże nie jest to kierunek właściwy. Świadczy o tym przede wszystkim całkowita nieskuteczność dotychczasowych prób naprawy sądownictwa, poprzez zwiększanie kompetencji polityków nadzorujących sądy.

Jaka jest zatem właściwa droga do zreformowania sądownictwa? Droga ta musi być odmienna od obrony status quo i od rządowych pomysłów zwiększania władzy polityków nad sądami. Jedynym sensownym rozwiązaniem jest pójście w kierunku przeciwnym do proponowanego przez rząd i zwiększenie roli samorządu sędziowskiego, przy jednoczesnym ograniczeniu albo najlepiej likwidacji wpływu polityków na sądy. Oczywiście samorząd taki musiałby być wyłoniony na zasadach demokratycznych, bez nieuzasadnionego preferowania sędziów różnych szczebli, przy zachowaniu zasady równości głosów wszystkich sędziów. Te same zasady dotyczyć powinny wyboru członków Krajowej Rady Sądownictwa.
Jakie są plusy takiego rozwiązania? Reforma sądownictwa tylko wtedy przyniesie skutek, jeśli coś naprawdę istotnego zmieni się w źle działającym mechanizmie. Zmiana musi być systemowa, a jej istotą powinno być odejście od modelu, w którym za działalność sądu odpowiada wyłącznie powoływany przez ministra prezes. Ten model działa źle, co wszyscy chyba widzą. Jedyną alternatywą jest rozbudowa samorządności sędziowskiej, w której wszyscy sędziowie przejmują odpowiedzialność za to, jak działa ich sąd. Zasadniczym zadaniem samorządności sędziowskiej powinno być przejęcie od Ministra Sprawiedliwości odpowiedzialności za sprawne i efektywne funkcjonowanie sądownictwa, co musi iść w parze z przejęciem istotnych kompetencji. W tak rozumianej samorządności, zwiększają się uprawnienia, ale i odpowiedzialność poszczególnych sędziów, co powinno doprowadzić do znaczącej zmiany jakościowej w funkcjonowaniu sądów.

W ostatnim okresie środowisko sędziowskie nie ogranicza się do krytyki posunięć pozostałych władz, ale występuje także z inicjatywami zmierzającymi do usprawnienia działania sądownictwa właśnie w tym kierunku.
Pierwszą taką inicjatywą był projekt dotyczący wyboru członków KRS, opracowany przez Stowarzyszenie „Iustitia”. Projekt ten – w przeciwieństwie do stanu obecnego i propozycji rządowych – szedł w kierunku wyboru sędziów do Rady przez wszystkich sędziów, przy zachowaniu zasady równości głosów, niezależnie od zajmowanego stanowiska sędziowskiego. Zapewniony był także udział społeczeństwa, gdyż kandydata do KRS mogła zgłaszać także grupa obywateli. Był to więc zdecydowany krok naprzód w stosunku do stanu obecnego, ale też zaprzeczenie projektu rządowego, który zakłada decydującą rolę polityków w powoływaniu i funkcjonowaniu KRS. Projekt „Iustitii”, zgłoszony w Sejmie przez grupę posłów, co prawda przepadł w pierwszym czytaniu. Jednakże warto docenić fakt, że został dostrzeżony przez polityków, co daje pewne nadzieje, że prawdziwie demokratyczny projekt wyboru członków KRS może zostać wprowadzony w życie w przyszłości.

Drugą istotną inicjatywą sędziów jest także próba ustanowienia ogólnopolskiego samorządu sędziowskiego. Wbrew dość rozpowszechnionej opinii o istniejącej dotąd „sędziokracji” sędziowie są jedynym zawodem prawniczym, który takowego samorządu na szczeblu ogólnopolskim nie posiadał. Samorządem takim nie jest bowiem Krajowa Rada Sądownictwa – skupiająca także polityków. Dotychczas funkcjonowały co prawda ogólnopolskie zebrania przedstawicieli sądów, ale były one odrębne dla różnych szczebli sadownictwa i wyłaniane w niezbyt demokratycznym trybie, przewidującym nierówność głosów sędziów. W dodatku, na mocy obecnie procedowanego projektu ustawy o KRS, nawet te niedoskonałe formy samorządności mają zostać zniesione.

Cóż zatem pozostaje? Na marcowym – zapewne ostatnim już – posiedzeniu zebrań przedstawicieli sądów zaproponowano utworzenie forum współpracy sędziów, które ma być zaczątkiem realnego samorządu sędziowskiego na szczeblu centralnym. To właśnie wyłonienie przedstawicieli do tego przyszłego gremium jest głównym celem zebrań sędziów w dniu 20 kwietnia.

Jest to inicjatywa o tyle ciekawa, że przewiduje zupełnie nowy parytet wyboru przedstawicieli. Co prawda, pozornie sądy wyższych szczebli są preferowane. Sędziowie sądów rejonowych wybierają bowiem po jednym przedstawicielu, okręgowych – po dwóch, zaś apelacyjnych – po trzech. Biorąc jednak pod uwagę liczbę sądów w Polsce, rzeczywiste proporcje będą dalece różne od dotychczasowych. Liczba delegatów poszczególnych szczebli ma być bardzo zbliżona do liczby sędziów tych szczebli. Ma tam być 73% sędziów rejonowych, 20% sędziów okręgowych i tylko 7% sędziów apelacyjnych. Tym samym to nowe gremium będzie ciałem demokratycznym i reprezentatywnym.
Miejmy nadzieję, że projekt ten się powiedzie, sędziowie aktywnie przystąpią do oddolnej budowy rzeczywistego samorządu sędziowskiego, a w przyszłości Forum Współpracy Sędziów zyska także odpowiednie ramy ustawowe.

Nie ma wolności bez niezawisłości

W ostatnim okresie znowu głośno jest o kwestii niezależności sądów, zwłaszcza w kontekście zaskakujących koncepcji ustrojowych, zgłaszanych przez przedstawicieli partii rządzącej. Warto więc zastanowić się, czy istnieją realne zagrożenia dla niezależności sądownictwa i czy niezależny od polityków wymiar sprawiedliwości jest w ogóle obywatelom do czegokolwiek potrzebny. Konstytucja jasno stanowi zasadę trójpodziału władzy. Uznaje za wartość podstawową traktowanie sądów i trybunałów jako władzy odrębnej i niezależnej od innych władz (art. 173). Wg Konstytucji sąd dodatkowo ma być „niezależny i niezawisły”, co jest dla obywateli gwarancją sprawiedliwego procesu (art. 45 ust. 1).

Czy zatem sytuacja jest tak różowa, że możemy spać spokojnie i nie martwić się kwestią niezależności sądów? Gdy jednak przyjrzymy się bliżej stosunkom władzy wykonawczej i sądowniczej, a zwłaszcza próbom wpływania polityków na działalność sądownictwa, okazuje się, że postulat niezależności sądów jest dla z nich tylko pustym sloganem. Politycy, zwłaszcza z partii w danym momencie rządzącej, zwykle pragną mieć wpływ na całokształt funkcjonowania państwa, w tym także na teoretycznie niezależny wymiar sprawiedliwości. Obrońcami niezależności sądów stają się natomiast chętnie po utracie władzy i przejściu do opozycji. Niezawisłość sędziów i niezależność sądów niewątpliwie uwiera polityków, zwłaszcza tych zajmujących gabinety w gmachu przy Alejach Ujazdowskich 11, czyli w siedzibie Ministerstwa Sprawiedliwości.

Stąd prawdziwa karuzela kolejnych „racjonalizatorskich” pomysłów, którymi można pochwalić się przed mediami, niezależnie od tego, czy w rezultacie przyniosą jakikolwiek skutek. Pod tym pretekstem wprowadzono m.in. zlikwidowano sądy w małych miejscowościach, by niedługo później je przywrócić. Wcześniej stawiano na tworzenie sądów grodzkich, a po kilku latach je zlikwidowano. Zmierzano ku koncepcji urzędu sędziego jako „korony zawodów prawniczych”, by wrócić do aplikacji sądowej i asesury. Raz dobre były sądy małe, bliżej obywatela, innym razem duże. I tak naprawdę po paru latach już nikogo nie obchodzi, że te pseudo reformy niczego nie poprawiły, a często wręcz pogorszyły sytuację wymiaru sprawiedliwości, zaś ich autorzy chodzą nadal z podniesioną głową.

W kwestii zwiększenia nadzoru polityków nad sądami istnieje najwyraźniej porozumienie ponad podziałami i właściwie główne partie polityczne – będąc przy władzy – są zgodne co do tego, że wpływ polityków na sądy powinien ulec zwiększeniu. Trafnie to niegdyś ujął ówczesny poseł Jerzy Kozdroń, mówiąc przybyłym na komisję sejmową sędziom „państwo musi mieć nad wami kontrolę”. Oczywiście rozumiał on „państwo” jako władzę ustawodawczą i wykonawczą, zapominając zupełnie, że wymiar sprawiedliwości stanowi – przynajmniej w teorii – równorzędny element władzy państwowej.

Politycy partii obecnie rządzącej idą w tej kwestii jeszcze dalej. Bardzo niepokojące – z punktu widzenia niezależności sądownictwa – pomysły pojawiły się w styczniu tego roku, podczas przedstawienia najważniejszych kierunków planowanych „reform”. Upolitycznienie Krajowej Rady Sądownictwa, nie wiedzieć czemu zwane „demokratyzacją”, poprzez wybór sędziów do Rady przez Sejm, zwiększenie wagi głosów polityków w KRS, nowe zasady postępowań dyscyplinarnych, mające na celu zapewnienie politykom wpływu na usuwanie sędziów z zawodu – całkiem jednoznacznie wskazują na zamiary rządzących. W tej sposób politycy mogliby uzyskać wreszcie upragniony pośredni wpływ na treść orzeczeń sądowych. 

Co gorsza, niektóre fatalne pomysły legislacyjne zostały już skierowane do prac parlamentarnych, nie bacząc na protesty licznych podmiotów krajowych i międzynarodowych, a nawet sejmowych legislatorów. Natomiast alternatywna koncepcja ustrojowa, przestawiona w rzeczywiście demokratycznym projekcie dotyczącym KRS, przygotowanym przez Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”, została przez sejmową większość całkowicie zignorowana i odrzucona w pierwszym czytaniu, nawet bez próby pochylanie się nad zgłaszanymi propozycjami.

Wbrew tym obiegowym opiniom sądy są obecnie jedną z nielicznych sfer życia publicznego, która opiera się wpływom polityków. Jako sędziowie z zasady nie zajmujemy się polityką, chociaż polityka nader często zajmuje się nami. W wielu głośnych sprawach padały wobec sędziów oskarżenia o niekompetencję, skorumpowanie, uleganie wpływom politycznym i wydawanie wyroków na zamówienie. Zjawisko to nasiliło się w ostatnich miesiącach. Notabene sędziowie są chyba jedyną grupą zawodową podlegającą atakom ze strony własnego ministerstwa. Jakoś nie słychać by podobne tezy wobec lekarzy stawiał minister zdrowia czy wobec nauczycieli – minister edukacji. Często oskarżenia te padały na podatny grunt, bowiem spora część opinii publicznej żyje w przekonaniu, że sędziowie są skorumpowanymi nierobami, chętnie ulegającymi wpływom pieniędzy i polityków.

Skąd się bierze to powszechne wśród polityków i sporej części opinii publicznej przekonanie? Przede wszystkim z błędnego stereotypu, że sądy w Polsce działają opieszale, a jedynym sposobem poprawy sytuacji jest pogonienie leniwych sędziów przez ministra w ramach tzw. nadzoru zewnętrznego. Warto zaznaczyć, że zaledwie kilkanaście procent obywateli wyrabia sobie zdanie o sądach na podstawie własnych doświadczeń. Zdecydowana większość opinii publicznej jest kształtowana przez przekaz medialny. Powstaje więc równia pochyła – ataki polityków na sądy powodują pogorszenie notowań trzeciej władzy, co z kolei daje politykom pretekst do dalszych ataków. A pozbawione profesjonalnej i scentralizowanej służby prasowej sądy są praktycznie bezbronne.

Przekonanie o wyjątkowo złej pracy polskich sądów nie ma jednak pokrycia w rzeczywistości. Z najnowszego raportu sporządzonego pod egidą Rady Europy wynika, iż porównanie danych statystycznych sytuuje nas w środku stawki krajów europejskich pod względem czasu trwania postępowania. Nie każdy wie, że średni czas postępowania do niecałe 5 miesięcy, a wieloletnie procesy nie są jednak regułą. Co do liczby spraw załatwionych rocznie przez jednego sędziego mamy wyniki znacznie powyżej średniej. Natomiast zaległości w rozpoznawaniu spraw wynikają przede wszystkim z wyjątkowo dużego wpływu spraw do sądów – w ostatnich latach wzrósł on dwukrotnie, podczas gdy liczba sędziów praktycznie się nie zmieniła.

Nikt z polityków nie chce jednak przyjąć do wiadomości tej prostej prawdy, że stała liczba sędziów nie jest w stanie opanować rosnącej lawinowo liczby spraw. Dużo łatwiej jest propagować mit o leniwych, skorumpowanych sędziach, których należy zagonić do pracy. Takie poganianie – poprzez zwiększanie ministerialnego nadzoru – nie może, co prawda, przynieść deklarowanych rezultatów, ale dobrze wypada medialnie.

Często przywoływany w tym kontekście kazus byłego prezesa Ryszarda Milewskiego z Gdańska, który w sposób służalczy odnosił się do rzekomego przedstawiciela rządu (w istocie była to prowokacja dziennikarska). Skutkiem tego była kara dyscyplinarna wobec sędziego, który sprzeniewierzył się zasadom niezawisłości. Politycy ze sprawy sędziego Milewskiego nie wyciągnęli żadnych wniosków, a właściwie wyciągnęli wniosek cokolwiek absurdalny – o konieczności zwiększenia nadzoru nad sędziami. Mityczny nadzór ma być remedium na wszystkie bolączki wymiaru sprawiedliwości. Tymczasem oczywistym jest, że ta naganna postawa wynikała z nadmiernej zależności prezesa sądu od władzy wykonawczej. Politycy, zamiast tę zależność zmniejszyć, postępują dokładnie odwrotnie i ją zwiększają. To jak ratowanie tonącego przez rzucenie mu worka kamieni, zamiast koła ratunkowego.

Warto się w tej sytuacji zastanowić, czy niezależność sądów jest faktycznie komukolwiek (poza samymi sędziami) potrzebna. Przede wszystkim trzeba podkreślić, że atrybut niezawisłości nie jest dany sędziom dla ich wygody i przyjemności. Niezawisłość i jej gwarancje, zwane niesłusznie przywilejami, nie służą bowiem sędziom, lecz obywatelom, którzy przed sądami stają. Chyba nikt nie chciałby, żeby sędzia rozpoznający jego sprawę podlegał w sposób bezpośredni politykowi zajmującemu w danym momencie ministerialny fotel.

Niezależność wymiaru sprawiedliwości ma szczególne znaczenie w sprawach, gdy obywatel występuje przeciwko władzy państwowej (np. emeryci odwołujący się od niekorzystnych decyzji ZUS) albo to władza występuje przeciwko obywatelowi (np. oskarżenie w sprawach karnych). W takich sytuacjach jedynie całkowicie niezależny od władzy wykonawczej sąd może należycie spełnić swoje zadanie. Podobnie jest w przypadkach spraw, w których występują znani politycy, zwłaszcza z aktualnego obozu władzy. Ostatnie, znane z mediów postępowanie, z udziałem polityków partii rządzącej i ich rodzin wyraźnie wskazują, jak ważna dla obywatela jest niezależność władzy sądowniczej.

Warto zatem poważnie zastanowić się, czy władza polityków nad sądami nie jest nadmierna i czy rzeczywiście należy dążyć do ograniczenia niezależności władzy sądowniczej. W mojej ocenie nie. Dlaczego? Oddajmy głos autorowi zasady trójpodziału władzy Monteskiuszowi: „Kiedy w jednej i tej samej osobie lub w jednym i tym samym ciele władza prawodawcza zespolona jest z wykonawczą, nie ma wolności, ponieważ można się lękać, aby ten sam monarcha albo ten sam senat nie stanowił tyrańskich praw, które będzie tyrańsko wykonywał. Nie ma również wolności, jeśli władza sądowa nie jest oddzielona od władzy prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolną, sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela”. Oby do takiego faktycznego połączenia władz – wbrew zakusom polityków – nigdy w Polsce nie doszło. Bez niezawisłych sędziów nie może być bowiem mowy o wolności obywateli.

Odpowiedzialność dyscyplinarna sędziów

Jednym z ważniejszych elementów reformy sądownictwa zapowiadanej przez ministra Zbigniewa Ziobrę jest zmiana w zakresie postępowań dyscyplinarnych sędziów i przedstawicieli innych zawodów prawniczych. Zdaniem ministra: „większa transparentność, ściślejsza kontrola oraz niezależność postępowań dyscyplinarnych od wpływów środowiska ma wzmocnić autorytet wymiaru sprawiedliwości i samych sędziów”. Remedium ma być wyłączenie sądownictwa dyscyplinarnego z dotychczasowego systemu sądowego i podporządkowanie go politykom.

Minister Patryk Jaki nie pozostawia zresztą złudzeń, jak chciałby widzieć ministerialne uprawnienia dotyczące zwalniania sędziów, którzy nie spełnili oczekiwań władzy. Przypomniał bowiem sytuację, w której pewien skazany, będąc na przerwie w karze, dopuścił się gwałtu. Z dumą stwierdził, że zamieszanych w tej sprawie funkcjonariuszy Służby Więziennej „wywalił na zbity pysk” oraz ubolewał, że sędziemu, który zastosował przerwę w karze, nic się nie stało. Najwyraźniej minister Jaki chciałby „wywalać na pysk” sędziów, którzy orzekli niezgodnie z jego oczekiwaniami.

Warto te poglądy porównać z kwestią odpowiedzialności sędziów za delikty dyscyplinarne w historii Polski. Już w okresie staropolskim znana była instytucja nagany sędziego, która w początkowym okresie stanowiła zarówno apelację od wyroku, jak i postępowanie przeciwno sędziemu, który wydał niesłuszny wyrok. Właściwie było to pozwanie sędziego za nieprawidłowy wyrok. Od XVI wieku, gdy wprowadzono prawo do zaskarżania wyroków w formie apelacji, nagana sędziego stała się typowym postępowaniem dyscyplinarnym. Tryb rozpoznawania nagany był zmienny, ale zawsze skargę rozpoznawał inny sędzia, równorzędny lub wyższego szczebla. Nikt nigdy nie wpadł na pomysł, aby naganę rozpoznawał jakiś organ pozasądowy, np. mianowana przez króla specjalna komisja.

W okresie rozbiorów ustawodawstwa państw zaborczych różnie kształtowały odpowiedzialność dyscyplinarną sędziów, jednak wspólnym mianownikiem była odpowiedzialność przed sądami (szczebla apelacyjnego i najwyższego). Nie inaczej ukształtowano odpowiedzialność dyscyplinarną sędziów w II Rzeczypospolitej (w ustawie z roku 1928). W okresie PRL-u utrzymano formalnie sądownictwo dyscyplinarne w dotychczasowej postaci. Z jedną kluczową zmianą – od roku 1944 Minister Sprawiedliwości miał prawo usuwać z urzędu sędziego. Co ciekawe, wówczas także powoływano się na potrzebę efektywniejszego zarządzania sądami. Od roku 1963 uprawnienie do usunięcia z urzędu sędziego, który „nie dawał rękojmi należytego wykonywania obowiązków” miała Rada Państwa, na wniosek Ministra Sprawiedliwości. W praktyce przedstawiciele władzy wykonawczej mogli zatem swobodnie zwalniać sędziego z urzędu, niezależnie od postępowania dyscyplinarnego, co było zresztą zgodne z ówczesną koncepcją jednolitej władzy państwowej. Dopiero w roku 1989 przywrócono zasadę, że sędzia może być usunięty z urzędu tylko prawomocnym orzeczeniem sądu dyscyplinarnego.

Widać wyraźnie, że w dotychczasowej historii Polski nigdy nie było koncepcji powierzenia sądownictwa dyscyplinarnego sędziów jakimś organom pozasądowym. Na taki pomysł nie wpadły, ani władze państw zaborczych, ani władze PRL-u. Dopiero Zbigniew Ziobro doszedł do przekonania, że stan ten należy zmienić. Z kolei pragnienie Patryka Jakiego odnośnie „wywalania na pysk” najpełniej spełniane było w latach 1944-1964, gdy Minister Sprawiedliwości w sposób zupełnie dowolny mógł odwołać sędziego ze stanowiska.  Pytanie tylko, czy do takich właśnie standardów powinniśmy dążyć…

Ministrowie Ziobro i Jaki w barwnych wystąpieniach malują obraz sądownictwa pogrążonego w korupcji i przestępczości wszelakiej, gdzie tylko radykalne działania mogą coś zmienić. Jak ma się to jednak do rzeczywistości? Ministrowie powołują się tu chętnie na przypadek tzw. afery krakowskiej. Jednak zarzuty te dotyczą działalności gospodarczej sądu (zawieranych umów zlecenia), a nie sfery orzeczniczej. Nie ma tu zatem w ogóle mowy o klasycznym „kupowaniu wyroków”. Drugą sprawą głośną w ostatnich dniach jest podejrzenie kradzieży sklepowej przez jednego z wrocławskich sędziów. Przy okazji przypomniano podobne sprawy sprzed kilku miesięcy i inne zarzuty dyscyplinarne z ostatnich lat. Oczywiście także w tych przypadkach nie dotyczy to „kupowania wyroków”, tylko czynów o charakterze pospolitym. Nie trzeba oczywiście dodawać, że zasada domniemania niewinności nie pozwala na wyciąganie zbyt daleko idących wniosków z postępowań będących w toku.

Bywa czasem wspominany prezes Milewski z Gdańska (jako „sędzia na telefon”), ale to jednak sprawa sprzed wielu lat, dawno zakończona prawomocnym skazaniem dyscyplinarnym, więc słaby to argument na dzisiejsze czasy. W dodatku argument paradoksalny – lekiem na uległość sędziego wobec polityka ma być jeszcze większe podporządkowanie sędziów politykom. Poza tym prawie nic. Bo gdyby były jakieś inne przypadki, minister Ziobro z pewnością by to ogłosił. Specjalny wydział w Prokuraturze Krajowej, mający tropić „poważne przestępstwa sędziów i prokuratorów” przez rok funkcjonowania zbyt wiele pracy na szczęście nie ma.  

Nie inaczej było w ostatnich latach. W latach 2000-2016 toczyło się zaledwie kilkanaście postępowań w sprawach zarzutów o charakterze korupcyjnym. Z tego jedynie pięć zakończyło się wyrokiem skazującym. Biorąc pod uwagę liczbę 10.000 sędziów i okres 15 lat można stwierdzić jednoznacznie, że problem korupcji jest w polskim sadownictwie absolutnie marginalny. I aby odeprzeć zarzut, że te dane są wynikiem „zamiatania spraw pod dywan” przez „grupę kolesi”, warto zaznaczyć, że ta skromna statystyka dotyczy także lat 2005-2007, gdy Ministrem Sprawiedliwości był Zbigniew Ziobro, a szefem Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariusz Kamiński.

Oczywiście nawet pojedyncze przypadki przestępstw popełnionych przez sędziów należy piętnować. Działania nielicznych „czarnych owiec” godzą w dobre imię wszystkich sędziów i powinny spotykać się z surową reakcją. Tak się zresztą dzieje, gdyż nie jest mi znana sytuacja, aby udowodnienie sędziemu przestępstwa nie skutkowało wydaleniem ze służby. Środowisko sędziów liczy ok 10 tys. osób i z pojedynczych, godnych potępienia przypadków, nie można wyciągać uogólniających wniosków co do całego środowiska sędziowskiego. Przypadki działań niegodnych, rzadsze niż w innych grupach zawodowych, na pewno nie uzasadniają potrzeby jakichś nadzwyczajnych działań.

Za całkowite kuriozum należy uznać wyłączenie sądownictwa dyscyplinarnego z systemu sądowego. Tak bowiem chyba należy rozumieć pomysł utworzenia autonomicznej Izby Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym, właściwej do rozpatrywania spraw dyscyplinarnych sędziów, prokuratorów, adwokatów, radców prawnych, notariuszy i komorników. W tym zakresie nie znamy szczegółów, nie było więc jak dotąd możliwości zaopiniowania projektu przez organizacje społeczne, w tym Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia. Nie wiadomo, czy w Izbie tej zasiadać mają dotychczasowi sędziowie SN, czy też „sędziowie” powołani w jakimś specjalnym trybie spośród osób cieszących się zaufaniem partii rządzącej. W powiązaniu z planem, by oskarżycielami w sprawach dyscyplinarnych byli prokuratorzy, podlegli przecież Ministrowi Sprawiedliwości, tworzy to mechanizm bardzo niebezpieczny z punktu widzenia niezawisłości sędziów.

Założenie, że podlegli służbowo ministrowi prokuratorzy będą lepszą gwarancją obiektywizmu i rzetelności niż niezależni sędziowie można by potraktować jako dobry żart, gdyby nie fakt, że są to tezy Ministra Sprawiedliwości RP. Sytuacja, w której podległy ministrowi prokurator, zamiast składania zażalenia czy apelacji, wzywa sędziego na przesłuchanie i próbuje stawiać mu zarzuty, nie ma już zupełnie nic wspólnego z państwem prawa. Łatwo można sobie wyobrazić sytuację, w której odpowiedzialności dyscyplinarnej może podlegać sędzia orzekający wbrew woli rządzących, np. w prywatnych sprawach polityków partii rządzącej. Tak poważny instrument nacisku, wprowadzany pod płaszczykiem zwiększania zaufania do sądów, będzie w istocie końcem niezawisłego sądownictwa w Polsce.

Ofensywa styczniowa

Stało się. Z dawna zapowiadana reforma sądownictwa nabiera tempa. Minister Zbigniew Ziobro ogłosił jej główne założenia na konferencji prasowej. Od razu ruszyła też bardzo intensywna ofensywa medialna, mająca na celu wykazanie, że polskie sądownictwo to jedna wielka patologia, którą należy wytępić ogniem i żelazem. Oczywiście dla dobra obywateli. „Czas najwyższej kasty dobiega końca” – powiedział minister Zbigniew Ziobro. „Będziemy bronić obywateli, którzy bardzo często są poszkodowani przez polskie sądy” – wtórował mu wiceminister Patryk Jaki. „Sądy w Polsce są obciążone potężną patologią. Nie cofniemy się” – podsumował temat prezes Jarosław Kaczyński.

Można powiedzieć, że to nic nowego. Politycy od wielu lat zbijają bowiem kapitał polityczny na krytyce sądów. Podobnie działał Zbigniew Ziobro za swej pierwszej kadencji. Okres rządów Donalda Tuska także nie był wolny od antysądowej retoryki. Zwłaszcza podczas wprowadzania niechlubnej pamięci reformy ministra Gowina (likwidacja małych sądów) zjawisko to przybrało na sile. Opowieści o sitwach, które opanować miały małe sądy, były powtarzane bardzo często przez polityków ówczesnego obozu rządzącego.

Obecnie retoryka polityków rządzących idzie w podobnym kierunku. Jedynie dawne „sitwy” zostały zastąpione przez modną ostatnio „kastę”. Chodzi jednak o to samo – by zwiększyć swoją popularność przez walkę z rzekomo uprzywilejowaną i krzywdzącą obywateli „kastą sędziowską”. A przy okazji zmniejszyć niezależność władzy sądowniczej. Różnicą jest skala działania. Jeszcze nigdy w historii politycy partii rządzącej nie przypuścili na sądy tak zmasowanego i bezpardonowego ataku jak obecnie.

Ale od kwestii propagandowych ważniejsza jest zawartość merytoryczna. A tu zgłoszone w ramach „pakietu Ziobry” dwa projekty ustaw budzą spore rozczarowanie. Zawód musza odczuwać zwłaszcza reformatorsko nastawieni sędziowie, którzy oczekiwali likwidacji feudalnej piramidy w systemie sądownictwa czy zrównania uprawnień sędziów różnych szczebli. Tymczasem prawdziwym celem tych projektów nie jest wcale usprawnienie działania sądownictwa, ani nawet wewnętrzna demokratyzacja sądowej struktury, ale znaczące zwiększenie wpływu polityków na sądy. Wpływu, który przez wiele lat był przez kolejne ekipy rządzące zwiększany i osiągnął poziom niemożliwy do pogodzenia z zasadą niezależności władzy sądowniczej. Choć przyznać trzeba, że Trybunał Konstytucyjnym był niegdyś odmiennego zdania i taki wzrost zależności władzy sądowniczej akceptował.

Deklarowane założenia reformy są piękne: sprawność i efektywność, bezstronność, zaufanie i uczciwość, profesjonalizm, demokratyzacja i niezależność. Trudno byłoby znaleźć sędziego, który by takim hasłom nie przyklasnął. Jednak bliższa analiza poszczególnych projektów prowadzi do wniosku, że są to rozwiązania prowadzące do skutków dalece odbiegających od pięknych haseł. A nawet im przeciwstawnych. Oczywiście nie można generalizować. Spora część planowanych rozwiązań szczegółowych jest słuszna i pożyteczna. Czas więc na odsianie ziaren od plew.

Sprawność i efektywność

W tym zakresie większość propozycji idzie w dobrym kierunku. Połączenie najmniejszych wydziałów sądowych, ograniczenie liczby sędziów wizytatorów, wprowadzenie finansowych sankcji za celowe przeciąganie procesu przez strony, sprzyjanie zawieraniu ugód w postępowaniach sądowych czy wprowadzenie elektronicznego systemu ewidencji pracy sędziów wg wzorów niemieckich, mogą poprawić sprawność postępowania. Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” takim zmianom się nie sprzeciwia. Podobnie jak  zmniejszeniu liczby stanowisk funkcyjnych. Warto jedynie zauważyć, że wbrew twierdzeniom ministra Ziobry, sędziowie funkcyjni, stanowiący 40% wszystkich sędziów, nie zajmują się wyłącznie nadzorem, ale także orzekają, choć zwykle w zmniejszonym wymiarze zadań.

Spore wątpliwości budzi wprowadzenie zasady niezmienności składu w sprawach cywilnych (w sprawach karnych zasada ta obowiązuje od zawsze). O ile dobrze wpłynęłoby to na rzetelność postępowania (sędzia zna sprawę i nie musi się z nią od nowa zapoznawać), to jednak sztywne stosowanie tej zasady w przypadku np. długotrwałej choroby sędziego albo urlopu macierzyńskiego, powodowałoby konieczność rozpoczynania sprawy od początku. Z pewnością nie służyłoby to przyspieszeniu postępowania.

Ciekawym pomysłem jest wprowadzenie instytucji sędziów pokoju do rozstrzygania spraw drobnych w lokalnych społecznościach. Jednak w tym celu konieczna byłaby zmiana Konstytucji, co w obecnej sytuacji politycznej wydaje się cokolwiek wątpliwe.

Bezstronność

Jej gwarancją ma być losowy przydział spraw poszczególnym sędziom. I słusznie, gdyż obywatel ma prawo do osądzenia przez sędziego bezstronnego, a nie specjalnie dobranego do danej sprawy. Jednak wbrew twierdzeniom ministra Ziobry, taki przypadkowy w istocie system obowiązuje już teraz. System przydziału sędziom z listy alfabetycznej wg kolejności wpływu oznacza w istocie losowy przydział spraw. Pozbawione podstaw są więc opowieści, jakoby obecnie istniała całkowita dowolność przewodniczących wydziałów w przydzielaniu spraw. Oczywiście dobrze będzie, jeśli system komputerowy przydzielający sprawy będzie też zapewniał równomierne obciążenie sędziów obowiązkami.

Co ciekawe, pomysłodawcy losowego przydziału spraw zupełnie inaczej widzą tę kwestię na przykładzie konkretnych postępowań. Minister Patryk Jaki na własnym procesie o naruszenie dóbr osobistych złożył wniosek o wyłączenie sędzi, która orzekła wbrew jego oczekiwaniom. Podległy Zbigniewowi Ziobrze prokurator chciał wyłączenia sędzi orzekającej w sprawie z udziałem najbliższych ministra. Jak widać popieranie losowego przydziału spraw ma w praktyce charakter wybiórczy, bo jednak w niektórych sprawach politycy woleliby ręczne sterowanie składem sądu. 

Demokratyzacja i niezależność

Dużym poczuciem czarnego humoru wykazał się minister Ziobro, deklarując demokratyzację i niezależność Krajowej Rady Sądownictwa. Oczywiście szybko okazało się, że ma to być niezależność od „korporacyjnych interesów”, które mają zostać zastąpione politycznymi interesami rządzącej większości. Jak bowiem inaczej można określić propozycję wyboru sędziów – członków KRS przez zwykłą większość sejmową? Albo podziału KRS na dwa zgromadzenia, w celu zwiększenia wagi głosu polityków należących do Rady tak, aby mogli oni blokować sędziowską większość w Radzie? Jeśli dodamy do tego udzielenie Prezydentowi prawa do wyboru sędziów spośród dwóch kandydatów oraz wyraźne preferencje dla egzaminowanych aplikantów po Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury – przewaga dwuwładzy ustawodawczo-wykonawczej nad sądowniczą staje się miażdżąca. Zamiast rzeczywistej demokratyzacji KRS, poprzez zapewnienie równego udziału w wyborach sędziów różnych szczebli, mamy projekt Rady politycznej. I nie zmienia tej oceny przywołane przez Zbigniewa Ziobrę porównanie ze sposobem powoływania  Rady Głównej Władzy Sądowniczej Hiszpanii. Modele funkcjonowania władzy sądowniczej są oczywiście w poszczególnych krajach różne i zawsze można znaleźć przykłady pasujące do jakiejś koncepcji. Tym niemniej w Polsce nie obowiązuje Konstytucja Hiszpanii z dnia 27 grudnia 1978 r., lecz Konstytucja RP z dnia 2 kwietnia 1997 r. Na tej samej zasadzie można by nawet przez analogię powołać na polski tron króla z dynastii Burbonów. W końcu Konstytucja RP tego nie zakazuje.

Kolejnym krokiem zmierzającym do zwiększenia politycznego nadzoru nad sądami jest zwiększenie i tak bardzo dużych kompetencji Ministra Sprawiedliwości w powoływaniu i odwoływaniu prezesów i wiceprezesów sądów. Podnoszenie w tym kontekście tzw. afery krakowskiej, gdzie zarzuty zostały postawione kilku urzędnikom sądowym (notabene podlegającym służbowo Ministrowi Sprawiedliwości) jest argumentem całkowicie chybionym. W tym bowiem przypadku prezes Sądu Apelacyjnego w Krakowie zaraz po ujawnieniu sprawy sam podał się do dymisji, wobec czego nadzwyczajne uprawnienia ministra w zakresie odwoływania prezesów są zbędne.

Zaufanie i uczciwość

Zdaniem ministerstwa „większa transparentność, ściślejsza kontrola oraz niezależność postępowań dyscyplinarnych od wpływów środowiska ma wzmocnić autorytet wymiaru sprawiedliwości i samych sędziów”. Jako argument podaje się fakt, że w latach 2011-2015 do sądów dyscyplinarnych trafiło 310 wniosków, a z urzędu złożono tylko 11 sędziów, co ma rzekomo świadczyć o pobłażliwości sądów dyscyplinarnych.

Jest to argument cokolwiek naciągany. Cóż bowiem oznacza, że „tylko 11”, a nie „aż 11”. Równie dobrze można postawić zarzut że w jakimś sądzie orzeczono tylko jedną karę dożywocia i aż tysiąc kar łagodniejszych. Dopóki jednak nie wiemy, jakie były w tych sprawach stawiane zarzuty, nie możemy w żaden sposób ocenić czy jedna kara dożywocia to dużo czy mało. Tak samo jest z sędziami – przypadki poważnych przestępstw np. korupcji są rzadkie (poniżej jednej sprawy rocznie). Na ogół sędziowie odpowiadają za drobniejsze uchybienia, np. opóźnienie w pisaniu uzasadnień. W przypadku udowodnienia popełnienia przestępstwa sędziowie są zawsze usuwani z zawodu. Zatem argument o rzekomej pobłażliwości sądów dyscyplinarnych jest zupełnie chybiony, za to stwarza wśród odbiorców nieuzasadnione wrażenie, że jakieś poważne przestępstwa sędziów nie spotykają się z należytą reakcją sądów dyscyplinarnych.

Za całkowite kuriozum należy uznać wyłączenie sądownictwa dyscyplinarnego z systemu sądowego. Tak bowiem chyba należy rozumieć utworzenie autonomicznej Izby Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym. Taka koncepcja nie jest znana w historii prawa polskiego. Nawet w okresie PRL nikt na taki pomysł nie wpadł. W powiązaniu z planem, by oskarżycielami w sprawach dyscyplinarnych byli prokuratorzy, podlegli przecież Ministrowi Sprawiedliwości, tworzy to mechanizm bardzo niebezpieczny z punktu widzenia niezawisłości sędziów. Łatwo bowiem można sobie wyobrazić sytuację, w której odpowiedzialności dyscyplinarnej może podlegać sędzia orzekający wbrew woli rządzących, np. w sprawie śmierci ojca Zbigniewa Ziobry, czy w cywilnej sprawie Patryka Jakiego. Tak poważny instrument nacisku, wprowadzany pod płaszczykiem zwiększania zaufania do sądów, będzie w istocie końcem niezawisłego sądownictwa w Polsce.

Politycy partii rządzącej lubią szermować hasłem „korporacji sędziowskiej”. Twierdzą, że konieczne jest powoływanie sądów dyscyplinarnych spoza „korporacji”, tak jakby rzetelne osądzenie sędziego przez innych sędziów było z natury rzeczy niemożliwe. Oczywiście wołaniem na puszczy jest mówienie, że sędziowie nie są żadną korporacją, tylko elementem władzy państwowej tak jak posłowie czy ministrowie. Jakoś nikt nie mówi o „korporacji poselskiej” czy „ministerialnej”. Swoją drogą, skoro istnieje równowaga władz, to należałoby konsekwentnie zaproponować odpowiedzialność dyscyplinarną przed tą specjalną Izbą SN także posłów, senatorów i ministrów konstytucyjnych. Nie ma bowiem żadnego uzasadnienia, aby np. członkowie korporacji poselskiej odpowiadali za przekroczenie zasad etyki tylko przed Komisją Etyki Poselskiej (czyli w ramach swojej korporacji), a nie przed Izbą Dyscyplinarną SN. Zwłaszcza, że notowania społeczne parlamentarzystów i ministrów są prawie dwukrotnie niższe niż zaufanie do sędziów. Jak wszyscy to wszyscy. Ministrowie też.

Środowisko sędziowskie nie jest i nie chce być bezkarne. Zdecydowanie opowiada się za surową odpowiedzialnością sędziów za rzeczywiste przestępstwa. Bo oczywiście przypadki zachowań nieetycznych czy wręcz przestępczych w gronie 10 000 sędziów zdarzyć się mogą. Nawet jeśli zdarzają się rzadko. Sędziom należy stawiać poprzeczkę wyżej niż przeciętnemu obywatelowi. I tak się dzieje. Nie może to jednak oznaczać odpowiedzialności sędziów przed politykami lub ciałami quasi-sądowymi z politycznego nadania. Niezależność sędziów od polityków jest bowiem podstawową gwarancją zachowania praw obywatelskich. Obywatel nie znajdzie w sądzie ochrony przed wszechmocną władzą, jeśli sędzia za swoje decyzje będzie rozliczany przez polityków.

Z deszczu pod rynnę

Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, jak istotną rolę dla funkcjonowania trzeciej władzy ma Krajowa Rada Sądownictwa. Obok głównej roli, czyli przedstawiania Prezydentowi kandydatów na stanowiska sędziowskie, Rada wypowiada się publicznie w imieniu całego środowiska, a także zgłasza skargi konstytucyjne. Nic więc dziwnego, że zgłoszony ostatnio przez ministra Zbigniewa Ziobrę projekt zmian wzbudził w środowisku duże zainteresowanie i równie duże kontrowersje.  

Dotychczasowe zasady przewidywały, że poszczególne grupy sędziów mają z góry określoną reprezentację w KRS. Reprezentację – podkreślić trzeba – zupełnie nierówną pod względem wagi głosu poszczególnych grup sędziowskich. Wyraźnie preferowani są sędziowie wyższych rzędów, podczas gdy sędziowie rejonowi, stanowiący 75% korpusu sędziowskiego i rozpoznający koło 90% spraw, mieli w ostatnich 27 latach tylko czterech przedstawicieli w Radzie.

W dodatku wybory spośród sędziów okręgowych i rejonowych zostały w ostatnich latach zdominowane przez osiem apelacji (oprócz Warszawy, Szczecina i Białegostoku), których delegaci mają większość wśród elektorów. Od roku 2006 członkami KRS z grupy sędziów okręgowych i rejonowych są przedstawiciele tych samych dominujących apelacji. Inni kandydaci regularnie przegrywają procedurę wyborczą. Regułą jest też wybór danego członka KRS na drugą kadencję – w tym stuleciu był tylko jeden odmienny przypadek.

Nic więc dziwnego, że sędziowskie „doły”, reprezentowane m.in. przez Stowarzyszenie „Iustitia”, postulowały demokratyzację procesu wyborczego. Na niedemokratyczny tryb wyboru członków Radu zwróciła uwagę uchwała przyjęta przez przedstawicieli sędziów w dniu 26 lutego 2014 r., która notabene nie została dotychczas zrealizowana. Również w uchwale Nadzwyczajnego Kongresu Sędziów Polskich z dnia 3 września 2016 roku zwrócono uwagę na potrzebę demokratyzacji zasad wyboru Rady.

System wyborczy do KRS zwrócił także uwagę polityków. Minister Zbigniew Ziobro na niedawnej konferencji prasowej całkiem trafnie zdiagnozował niedemokratyczny system wyboru członków Rady, w tym nadreprezentacji sędziów wyższego szczebla. Użył także faktycznie funkcjonującego w środowisku sędziowskim określenia, iż KRS jest wybierana przez „spółdzielnię”.

Można więc było oczekiwać spełnienia postulatów większości środowiska sędziowskiego i demokratyzacji wyborów do Rady. I początkowo wydawało się, iż postulaty zostaną wkrótce spełnione. W maju 2015 r. pojawił się oficjalny projekt, przewidujący wybór członków KRS przez sędziów w wyborach bezpośrednich, powszechnych, równych i tajnych. Co prawda były pewne wątpliwości co do kształtu okręgów wyborczych (np. przyłączenie Jeleniej Góry do okręgu szczecińskiego), ale co do zasady zmiany te szły w dobrym kierunku.

Z nieznanych bliżej przyczyn wspomniany projekt został jednak zarzucony, a przedstawione przez ministra Ziobrę założenia idą w zupełnie innym kierunku. W miejsce dotychczasowej Rady o charakterze oligarchicznym ma powstać Rada o charakterze politycznym, gdyż powoływana przez Sejm. Tym samym Krajowa Rada stałaby się – obok Trybunału Konstytucyjnego – kolejnym organem de facto politycznym, gdzie poparcie danej partii ma mieć decydujące znaczenie przy powołaniu jej członków. Na osłodę dodano zapis, że kandydaci do KRS mają być rekomendowani przez stowarzyszenia sędziowskie.

Przyznać trzeba, że twórcy Konstytucji najwyraźniej takiej sytuacji nie przewidzieli. Art. 187 stanowi, iż  Krajowa Rada Sądownictwa składa się z piętnastu członków wybranych spośród sędziów, jednak nie wskazuje wprost, kto dokonywać ma tego wyboru. Do tej pory oczywistym było, że wyboru sędziów z danej grupy dokonują właśnie sędziowie. Ale jak widać władza wykonawcza chce ten przepis interpretować zupełnie odmiennie, w sposób jeszcze bardziej uzależniający władzę sądowniczą od pozostałych władz. Biorąc jednak pod uwagę cały system konstytucyjny, takie rozwiązanie godzi w fundamentalną zasadę niezależności władzy sądowniczej od pozostałych władz. Nie ulega wątpliwości, że nastąpić ma upolitycznienie Krajowej Rady, co siłą rzeczy jest krokiem w kierunku zmniejszenia i tak już niewielkiej niezależności wymiaru sprawiedliwości od „dwuwładzy” ustawodawczo-wykonawczej. I nie jest żadnym argumentem fakt, że podobny system wyłaniania członków Rady  rozwiązanie funkcjonuje np. w Hiszpanii, która ma odmienny od polskiego system konstytucyjny.

Żeby było jeszcze ciekawiej, minister Ziobro przedstawił także pomysł podziału KRS na dwa zgromadzenia. Do jednego należeliby: I Prezes SN i Prezes NSA, czterech posłów, dwóch senatorów, przedstawiciel Prezydenta, i Minister Sprawiedliwości, do drugiego zaś – 15 sędziów wyłanianych przez Sejm. Jak łatwo zauważyć, pierwsze zgromadzenie byłoby zdominowane przez polityków, w drugim zaś byliby wyłącznie sędziowie. Kluczowe znaczenie mają kompetencje zgromadzeń – do podjęcia uchwały konieczna byłaby zgoda każdego z nich. Innymi słowy – izba „polityczna” mogłaby zablokować każdą uchwałę KRS. Zresztą taki cel został wprost zapisany w uzasadnieniu projektu.

Skąd taki pomysł? Otóż Krajowa Rada jest ciałem częściowo politycznym, gdyż w jej skład wchodzą politycy. Jednakże zgodnie z treścią Konstytucji politycy w KRS stanowią mniejszość jej składu i zawsze mogą być przegłosowani przez sędziowską większość. Taki stan rzeczy nie podoba się politykom, którzy chcieliby mieć nad władzą sądowniczą większą, a najlepiej pełną kontrolę.

Nie dotyczy to zresztą tylko obecnej władzy. Gdy dwa lata temu Krajowa Rada ośmieliła się podjąć uchwałę niekorzystną dla rządowego projektu zmiany ustroju sądów zwanego Lex Biernacki, parlamentarzyści partii ówcześnie rządzącej oburzyli się do tego stopnia, że wydali dokument zwany „zdaniem odrębnym”, który opublikowali na swoich stronach internetowych. Oczywiście instytucja zdań odrębnych do uchwał KRS nie mieści się w polskim porządku prawnym, ale ten przypadek wyraźnie wskazuje, że pragnienie dominacji nad władzą sądowniczą łączy ponad podziałami polityków różnych opcji.

Obecna władza postanowiła rozwiązać ten problem definitywnie i zapewnić politycznej mniejszości w Radzie możliwość zablokowania decyzji sędziowskiej większości. W istocie bowiem sześciu parlamentarzystów i Minister Sprawiedliwości, mając mniejszość głosów w Radzie, ale większość w jednym ze zgromadzeń, uzyskać mają prawo weta do każdej decyzji Rady. Nijak się to ma do konstytucyjnych przepisów dotyczących organizacji prac Rady. Co prawda stwierdzają one, iż ustrój, zakres działania i tryb pracy Krajowej Rady Sądownictwa oraz sposób wyboru jej członków określa ustawa, ale nie może to prowadzić do wprowadzania podziałów nieprzewidzianych w ustawie zasadniczej, ani do paraliżu prac KRS, ani do zdominowania większości jej członków przez mniejszość i wprowadzenia nierówności wagi głosów poszczególnych członków.

Ciekawe, jak by zareagowali parlamentarzyści, gdyby przykładowo Sejm podzielić na mocy regulaminu na dwie izby: większą rządową i mniejszą opozycyjną, z których każda z osobna musiałaby zgadzać się na daną uchwałę. Albo gdyby podzielić Radę Ministrów na dwie grupy ministrów, z których każda głosowałaby oddzielnie. Absurd ustrojowy? Nie większy niż pomysł Zbigniewa Ziobry odnośnie podziału KRS na dwa zgromadzenia.

Dotychczasowy stan prawny z pewnością nie był zadowalający, z uwagi na niedemokratyczny system wyboru sędziów do Rady. Jednak zamiana Rady o charakterze oligarchicznym na Radę czysto polityczną  to typowy przypadek wpadnięcia z deszczu pod rynnę.

Wolność, równość, braterstwo

Na 30 stycznia b.r. zostało zwołane nadzwyczajne posiedzenie Zebrania Przedstawicieli Sędziów Okręgów. Jest to najwyższy organ przedstawicielski sędziów sądów powszechnych na szczeblu okręgu i rejonu. Głównym jego zadaniem jest wybór ośmiu członków Krajowej Rady Sądownictwa, ale delegaci dokonują także oceny działalności wybranych przez nich członków Rady, zgłaszają Radzie postulaty dotyczące jej działalności i podejmują uchwały dotyczące problemów pojawiających się w działalności sądów powszechnych. Odkąd sięgam pamięcią, zebrania zawsze były zwoływane w celach wyborczych. Tym razem jest inaczej, gdyż kadencja większości sędziów powszechnych zasiadających w KRS kończy się dopiero za rok. Mamy zatem do czynienia z sytuacją bez precedensu – po raz pierwszy w ostatnich latach zostało zwołane zebranie w innym celu niż wybór członków Rady. Niestety, cel zebrania nie został oficjalnie podany. Można się jednak spodziewać, że zebranie dotyczyć będzie podjęcie uchwał dotyczących aktualnych problemów  sądownictwa powszechnego. A moim zdaniem postulaty dotyczące sądów dobrze odzwierciedla znane hasło francuskich rewolucjonistów „wolność, równość, braterstwo”.

Po pierwsze – wolność

W przypadku sądów powszechnych wolność to niezależność sądów i niezawisłość sędziów. Wartości te, choć zagwarantowane w Konstytucji i teoretycznie przyjmowane powszechnie, są jednak nieustannie zagrożone przez polityków, różnych zresztą opcji. Od wielu lat widać wyraźnie, że politykom będącym aktualnie u władzy  niezależne sądy nieraz przeszkadzają i chętnie widzieliby zwiększenie uprawnień nadzorczych władzy wykonawczej w osobie Ministra Sprawiedliwości. Co ciekawe – ci sami politycy, którzy w czasie sprawowania władzy podejmowali działania zmierzające do osłabiania niezależności władzy sądowniczej, po przejściu do opozycji stają się nagle żarliwymi obrońcami wolnych sądów. Jak słusznie zauważył jeden z uczestników niedawnego Kongresu Sędziów: łatwo jest bronić niezależności sądów będąc w opozycji, trudniej to robić sprawując władzę.

Oczywiście wolne od politycznych wpływów sądy nie są jakąś fanaberią. Atrybut niezawisłości nie jest dany sędziom dla ich wygody albo po to, by mogli orzekać według własnego widzimisię. Niezawisłość, jak też poszczególne jej gwarancje, zwane niesłusznie przywilejami, nie służą bowiem sędziom, lecz obywatelom, którzy przed sądami stają. Chyba nikt nie chciałby, żeby sędzia rozpoznający jego sprawę podlegał w sposób bezpośredni politykowi zajmującemu w danym momencie ministerialny fotel. Niezależność wymiaru sprawiedliwości ma szczególne znaczenie w sprawach, gdy obywatel występuje przeciwko władzy państwowej (np. emeryci odwołujący się od niekorzystnych decyzji ZUS) albo to władza występuje przeciwko obywatelowi (np. oskarżenie w sprawach karnych). W takich sytuacjach jedynie całkowicie niezależny od władzy wykonawczej sąd może należycie spełnić swoje zadanie. Podobnie jest w przypadkach spraw, w których występują znani politycy, czy to z partii rządzącej, czy to z opozycji.

Warto zatem poważnie zastanowić się, czy władza polityków nad sądami nie jest nadmierna i czy rzeczywiście możemy jeszcze mówić o pełnej niezależności władzy sądowniczej. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na treść prawa o ustroju sądów powszechnych, w której to ustawie Minister (Ministerstwo) Sprawiedliwości  pojawia się aż 129 razy. Już sam ten fakt świadczy to jednoznacznie, jak znaczącą rolę w funkcjonowaniu sądów ma przedstawiciel władzy wykonawczej w ramach tzw. nadzoru wewnętrznego.

Nic więc dziwnego, że sędziowie od lat postulują likwidację ministerialnego nadzoru, aby zapewnić obywatelom dostęp do niezależnego sądu. Niestety postulaty te, niezależnie od partii aktualnie rządzącej, są permanentnie lekceważone i nic nie wskazuje na zmianę. Co gorsza, także Trybunał Konstytucyjny w kilku orzeczeniach nie dopatrzył się naruszenia Konstytucji w obecnym systemie ministerialnego nadzoru.

W kwestii zwiększenia nadzoru polityków nad sądami istnieje, jak widać, porozumienie ponad podziałami i właściwie wszystkie główne partie polityczne są zgodne co do tego, że wpływ polityków na sądy powinien pozostać na obecnym poziomie albo nawet ulec zwiększeniu. Trafnie to niegdyś ujął ówczesny poseł a późniejszy wiceminister sprawiedliwości Jerzy Kozdroń, mówiąc sędziom: „Państwo musi mieć nad wami kontrolę”. Oczywiście rozumiał on „państwo” jako władzę ustawodawczą i wykonawczą, zapominając zupełnie, że wymiar sprawiedliwości stanowi – przynajmniej w teorii – równorzędny element władzy państwowej. Nie inaczej uważają zresztą przedstawiciele władzy obecnej.

Warto w tym miejscu oddać głos autorowi zasady trójpodziału władzy Monteskiuszowi: „Kiedy w jednej i tej samej osobie lub w jednym i tym samym ciele władza prawodawcza zespolona jest z wykonawczą, nie ma wolności, ponieważ można się lękać, aby ten sam monarcha albo ten sam senat nie stanowił tyrańskich praw, które będzie tyrańsko wykonywał. Nie ma również wolności, jeśli władza sądowa nie jest oddzielona od władzy prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolną, sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela”. Oby do takiego faktycznego połączenia władz nigdy w Polsce nie doszło.

Po drugie – równość

Konstytucja RP poświęca władzy sądowniczej sporo miejsca. Zawsze jednak sędziowie sądów powszechnych występują jako grupa jednolita, bez różnicowania uprawnień w zależności od zajmowanego stanowiska. Każdy sędzia jest bowiem w jednakowym stopniu piastunem fragmentu władzy państwowej.

Praktyka ostatnich 27 lat poszła jednak w zupełnie innym kierunku. Pozornie jednolita grupa sędziów sądów powszechnych jest bowiem bardzo zróżnicowana pod względem uprawnień, w zależności od zajmowanego stanowiska. Najlepiej widać to podczas wyborów członków Krajowej Rady Sądownictwa oraz w organach samorządu sędziowskiego. Elitarna grupa sędziów apelacyjnych ma głos kilkunastokrotnie silniejszy niż najliczniejsza i najbardziej obciążona praca grupa sędziów rejonowych. Jako sędzia okręgowy mam głos trzykrotnie silniejszy od sędziego rejonowego. Zupełnie nie wiem dlaczego.

Jeśli do tego dodamy hierarchiczne podporządkowanie sądów różnych szczebli, w zakresie tzw. nadzoru wewnętrznego, obraz feudalnej struktury sądownictwa staje się pełny. Stanowi to potencjalne zagrożenie dla niezawisłości, gdyż rodzi pokusę orzekania zgodnie z oczekiwaniami przełożonych i sędziów wyższych instancji.

Tak znaczące zróżnicowanie uprawnień sędziów różnych szczebli jest zupełnie nieuzasadnione. Nie ma zwłaszcza żadnego racjonalnego argumentu, by sędziowie rejonowi, którzy na swoich barkach dźwigają gros spraw wpływających do sądów, byli dyskryminowani w stosunku do swoich kolegów z sądów wyższych szczebli. Jako sędzia sądu okręgowego w żadnej mierze nie czuję się trzykrotnie lepszy od kolegów z rejonów, ani też czterokrotnie gorszy od sędziów apelacyjnych.

Słusznym jest więc w mojej ocenie postulat zrównania statusu wszystkich sędziów. Każdy sędzia, niezależnie od szczebla,  jest w zakresie orzekania emanacją władzy państwowej i powinien mieć takie same uprawnienia. Ten postulat podnosi od lat Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” i należy mieć nadzieję, że zostanie on spełniony.

Po trzecie – braterstwo

Z braterstwem wewnątrz środowiska sędziowskiego bywało różnie. Zwłaszcza wobec wspomnianych już nierówności. Wbrew dość powszechnej wśród laików opinii sędziowie nie stanowią jednolitej grupy zawodowej, złączonej wspólnymi celami i interesami zawodowymi. Jest to raczej struktura oparta na klasycznej zasadzie feudalnej piramidy, gdzie każdy wyższy szczebel ma w stosunku do szczebla niższego nie tylko nadrzędny status wynikający z instancyjnej kontroli orzeczeń (co jest oczywiste i wynika z niepodważalnej zasady dwuinstancyjności), ale także uprawnienia wynikające z tzw. wewnętrznego nadzoru administracyjnego, który w niektórych jednostkach został rozbudowany do monstrualnych rozmiarów, uniemożliwiających w zasadzie racjonalne orzekanie.

Sędziowie, w zależności od sprawowanej funkcji maja nieraz rozbieżne interesy. Pełna zgoda panuje co do ogólnej potrzeby utrzymania niezależności władzy sądowniczej, jednak przy dyskusji o szczegółowych rozwiązaniach bywa różnie. Sędziowie wyżej postawieni często opowiadają w zasadzie się za utrzymaniem status quo, natomiast idee rewolucyjnych zmian zyskują popularność wśród sędziów liniowych niższych szczebli.

Przykładem braku należytej współpracy wewnątrz środowiska sędziowskiego w ostatnich latach są stosunki między Krajową Radą Sądownictwa a Stowarzyszeniem „Iustitia” – organizacją skupiającą ponad 3000 sędziów Przez kilka lat kierownictwo Rady nie znalazło czasu na spotkanie z zarządem „Iustitii”. Owszem, zdarzały się kontakty robocze czy  kurtuazyjne, tym niemniej rozmów na kluczowe tematy przez kilka lat brakowało. Ostatnio zaszła w tym zakresie korzystna zmiana. Krajowa Rada zaczęła proponować regularne spotkania, bliską współpracę, a w końcu – wspólną organizację Kongresu Sędziów Polskich. Może mieć to bezpośredni związek z aktualną sytuacją polityczną w kraju, a zwłaszcza z dość powszechnymi obawami środowiska sędziowskiego co do tzw. dużej reformy sądownictwa, odnośnie której brak wciąż decyzji politycznej. Dobrze, że Krajowa Rada dostrzegła ostatnio konieczność dialogu z lekceważonymi dotychczas „dołami”.

Jedność środowiska sędziowskiego jest wartością cenną i pożądaną. Zawłaszcza wobec zakusów na niezależność sądownictwa, otwarcie ostatnio zgłaszanych przez polityków. Ważnym krokiem w budowie tej jedności byłoby powszechne poparcie postulatów zmierzających do demokratyzacji samorządu sędziowskiego i zerwania z oligarchiczną strukturą sądownictwa.

Pozostaje mieć nadzieję, że propagowanie idei jedności środowiska sędziowskiego nie jest jedynie posunięciem taktycznym, zmierzającym do wykorzystania sędziowskich „mas” przez „elity” dla obrony własnych interesów, a demokratyczne idee wolności, równości i braterstwa na trwałe trafią do świadomości sędziów wszystkich szczebli.  

Panowie magnaci

12 grudnia 2012 roku, Warszawa, Al. Szucha 12a. Prezes Andrzej Rzepliński rozpoczyna ogłaszanie wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie K 1/12. Z zainteresowaniem słuchają go sędziowie w całym kraju. Sprawa dotyczy bowiem rzeczy niebagatelnej – skargi I Prezesa Sądu Najwyższego na przepisy tzw. ustawy okołobudżetowej, zakładającej zamrożenie waloryzacji wynagrodzeń sędziowskich na rok 2012. I nie chodzi tu o kwestie materialne – bez tych kilkuset złotych miesięcznie sędziowie dali sobie radę – ale o fundamentalną kwestię ustrojową: czy władza ustawodawcza może w sposób dowolny manipulować wynagrodzeniami sędziowskimi, gwarantowanymi przez art.178 ust. 2 Konstytucji.

Niestety, szybko przychodzi rozczarowanie. Trybunał stwierdza – przy dwóch zdaniach odrębnych – że zamrożenie wynagrodzeń nie narusza Konstytucji, o ile następuje jedynie na rok. Zasada stabilności budżetu okazuje się nadrzędna wobec innych wartości konstytucyjnych. Bez znaczenia jest m.in. zarzut, że pospiesznie procedowana ustawa nie była konsultowana z Krajową Radą Sądownictwa. Trudno. Orzeczenia Trybunału są ostateczne i nikomu jeszcze wówczas nie przychodziło do głowy, by można je było kwestionować. Budżet państwa zaoszczędził jakieś ćwierć promila swoich wydatków (bo o taką mniej więcej skalę oszczędności chodziło), sędziowie stracili po parę tysięcy złotych rocznie. Roma locuta, causa finita.

Ale nie samo rozstrzygnięcie w tej sprawie to nie wszystko. Istotna była bowiem kwestia wyłączenia sędziów TK od rozpoznania tejże sprawy. Taki wniosek złożył ówczesny sędzia TK Leon Kieres, gdyż jako członek Krajowej Rady Sądownictwa uczestniczył w przygotowywaniu opinii do zaskarżonej ustawy. Sędzia Kieres słusznie uważał, że w zewnętrznym odbiorze sytuacja ta może wywoływać wątpliwości co do jego bezstronności. Wniosek ten został uwzględniony.

W podobnej sytuacji znalazł się prezes Rzepliński, który także opiniował projekt zaskarżonej ustawy, a nawet zaproponował do niej poprawki. W uzasadnieniu ustawy sporządzonym przez Radę Ministrów stwierdzono wprost, że wprowadzenie przepisu zamrażającego wynagrodzenia sędziów w 2012 r. zostało zaproponowane przez Prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Prezes Rzepliński nie widział w tym jednak żadnego problemu i uczestniczył w wydaniu wyroku, w którym stwierdzono konstytucyjność zaproponowanych przez niego rozwiązań. Tego rodzaju sytuacja w sądach powszechnych byłaby nie do pomyślenia i słusznie spotkała się z dezaprobatą Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”.

14 grudnia 2012 r., Warszawa. Prezes Andrzej Rzepliński udziela wywiadu Gazecie Wyborczej. Pytany przez red. Ewę Siedlecką o kwestię wyłączenia się od sprawy zamrożenia wynagrodzeń stwierdza, że nie widział ku temu powodu, podobnie jak inni sędziowie, których pytał o zdanie. Z kolei zapytany o zastrzeżenia zgłaszane przez „Iustitię” stwierdził, iż jest to organizacja niewiarygodna, bo łamie Konstytucję. To jest de facto związek zawodowy, a konstytucja zabrania sędziom tworzenia i przynależności do związków zawodowych. Po tym stwierdzeniu wśród członków „Iustitii” zapanowała konsternacja. Trudno bowiem sędziom zaakceptować fakt, że działają w stowarzyszeniu łamiącym Konstytucję. Pojawiły się nawet ironiczne głosy o konieczności zejścia do podziemia…

7 listopada 2013 r., Warszawa, Al. Szucha 12a. Prezes TK Andrzej Rzepliński ogłasza wyrok w sprawie K 31/12. Tym razem rozprawa dotyczy wniosku Krajowej Rady Sądownictwa o stwierdzenie niezgodności z Konstytucją nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych, potocznie znanej jako Lex Kwiatkowski.

Trybunał Konstytucyjny uznał za zgodny z Konstytucją tryb uchwalania nowelizacji (zarzut dotyczył braku 1. czytania na posiedzeniu plenarnym Sejmu). Za zgodne z Konstytucją została również uznana większość zaskarżonych przez KRS przepisów dotyczących tzw. menadżerskiego systemu zarządzania sądami oraz nadzoru Ministra Sprawiedliwości na sądami powszechnymi i ocen okresowych  sędziów.  Za niezgodne z Konstytucją Trybunał uznał jedynie cztery przepisy o dość drugorzędnym znaczeniu. Do powyższego orzeczenia zgłoszonych zostało 8 zdań odrębnych.

W tej sprawie Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” wnioskowało o wezwanie do postępowania przez Trybunałem oraz złożyło opinię prawną autorstwa prof. Bogusława Banaszaka. Wniosek ten został przez przewodniczącego rozprawie prof. Rzeplińskiego pominięty milczeniem, co było zgodne z prawem, ale niekoniecznie z dobrymi obyczajami. 

3 września 2016 r., Warszawa, Pałac Kultury i Nauki. Rozpoczyna się Nadzwyczajny Kongres Sędziów Polskich. Prezes Andrzej Rzepliński wchodzi na salę, witany owacją na stojąco przez większość uczestników. Triumfalnie podnosi ręce w górę. Wygłasza przemówienie, odwołujące się do jedności środowiska sędziowskiego.  Nie stoi temu na przeszkodzie fakt, że współorganizatorem Kongresu jest to samo lekceważone od lat i rzekomo łamiące Konstytucję Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”…

Skąd ten nagły zwrot ku sędziowskim „dołom”? Czy wynika to jedynie z osobistych przeżyć prof. Rzeplińskiego, który istotnie poddawany jest w ostatnich miesiącach bezprecedensowemu atakowi polityczno-medialnemu? Wydaje się, że nie, bowiem zjawisko to dotyczy najwyraźniej także innych sądowych VIP-ów. Przykładowo Krajowa Rada Sądownictwa, mająca za zadanie stanie na straży niezawisłości sędziowskiej i niezależności sądów, również w poprzednich latach dość chłodno odnosiła się do inicjatyw oddolnych, zwłaszcza firmowanych przez „Iustitię”.

26 lutego 2014 roku, Warszawa. Zebranie Przedstawicieli Zgromadzeń Sędziów Okręgów – najwyższy obecnie organ samorządu sędziowskiego – wybiera członków Krajowej Rady Sądownictwa. Oprócz tego podejmuje także uchwały istotne dla funkcjonowania sądownictwa. Między innymi zwraca w nich się do Krajowej Rady o powstrzymanie procedowanego wówczas projektu zwanego Lex Biernacki, zakładającego m.in. zmniejszenie roli sędziów rejonowych w samorządzie sędziowskim, o zaskarżenie do TK noweli wydłużającej skokowo okres przejścia sędziów w stan spoczynku oraz o skierowanie skargi konstytucyjnej odnośnie niedemokratycznego trybu wyborów członków KRS.

I cóż z tych uchwał wynikło? Niestety, niewiele. W sprawie Lex Biernacki Rada owszem, zwróciła się do Prezydenta RP o kontrolę prewencyjną ustawy, ale kwestia zmniejszenia roli sędziów rejonowych w samorządzie, jakoś dziwnym trafem zniknęła z pola widzenia. Być może dlatego, że stosowny przepis preferujący sędziów wyższych szczebli powstał przy współudziale przedstawicieli KRS… Pozostałe uchwały przez lata nie doczekały się realizacji. Podobnie jak kolejne wnioski w zakresie potrzeby zmian ustroju sądów kierowane przez „Iustitię”. Dopiero w czerwcu 2016 r. Rada zdecydowała się na skargę konstytucyjną dotyczącą szeregu kluczowych kwestii ustrojowych sądownictwa. A przecież to nie kto inny, niż KRS powinna być realnym reprezentantem całego środowiska sędziowskiego.

Nie lepiej było z kontaktami KRS z największym stowarzyszeniem sędziowskim. W ostatnich kilku latach kierownictwo KRS nie znalazło czasu na spotkanie z zarządem organizacji skupiającej ponad 3000 sędziów. Owszem, zdarzały się kontakty robocze (jak przy tworzenia Fundacji Dom Sędziego Seniora) czy  kurtuazyjne (jak przy okazji 25-lecia KRS), tym niemniej rozmów na kluczowe tematy przez kilka lat brakowało.

I nagle zaszła zmiana. Krajowa Rada zaczęła proponować regularne spotkania, bliską współpracę, a w końcu – wspólną organizację Kongresu Sędziów Polskich. Przedstawiciele KRS wzięli też udział – co cieszy – w ostatnim zjeździe „Iustitii” w kwietniu b.r. Cóż takiego się stało, że sądowi „magnaci” z KRS nagle dostrzegli w lekceważonej dotychczas „jakobińskiej” Iustitii partnera do współdziałania?

Zmiana frontu przez sądowych VIP-ów może mieć bezpośredni związek z aktualną sytuacją polityczną w kraju. O ile bowiem poprzednia „dwuwładza” ustawodawczo-wykonawcza naruszała zwykle prawa sędziów niższych szczebli i współpracowała z sądowymi elitami, to władza obecna sięga na szczyty feudalnej piramidy sędziowskiej. I stąd być może wzięła się idea jedności środowiska sędziowskiego przeciwko zagrożeniom ze strony innych władz. Przypomina to nieco opowieść o dziedzicu, który po ataku na jego dwór prosi o pomoc gnębionych dotychczas pańszczyźnianych chłopów pod hasłem „dwór nam rabują”.

W sumie jednak na refleksję nigdy za późno nie jest. I dobrze, że KRS dostrzegła ostatnio np. potrzebę demokratyzacji procedury wyborczej czy konieczność dialogu z lekceważonymi dotychczas „dołami”. Pozostaje mieć nadzieję, że nie jest to jedynie posunięcie taktyczne, spowodowane bieżąca sytuacją polityczną, a demokratyczne czy nawet może „rewolucyjne” idee szerzone od lat w środowisku Stowarzyszenia „Iustitia”, na trwałe trafią do świadomości sądowych elit.

O szkodliwości delegacji

W ostatnim czasie głośna medialnie stała się sprawa sędzi Justyny Koski-Janusz odwołanej przez Ministra Sprawiedliwości z delegacji stałej do sądu wyższego rządu. Sam fakt odwołania sędziego z delegacji – choć zgodny z prawem – słusznie zbulwersował środowisko sędziowskie, przede wszystkim z uwagi na kuriozalne uzasadnienie tej decyzji zawarte na stronie internetowej ministerstwa. Zdaniem Ministerstwa Sprawiedliwości (wg oświadczenia na stronie) sędzia Justyna Koska-Janusz miała się „wykazać wyjątkową nieudolnością i zupełnie nie radzić sobie z prowadzeniem bardzo prostej, choć głośnej sprawy, co było szeroko komentowane i krytykowane w mediach”. Prawdę mówiąc, zupełnie nie wiadomo na czym ta „wyjątkowa nieudolność” miałaby polegać. Skoro zachowanie oskarżonej na sali rozpraw wskazywało na wątpliwości, co do poczytalności, to sprawa nie mogła być rozpoznana w trybie przyspieszonym i konieczny był jej zwrot prokuratorowi. Jak wynika z opinii biegłych psychiatrów, wątpliwości, co do poczytalności oskarżonej okazały się zresztą jak najbardziej uzasadnione. W tej sytuacji internetowy komunikat sformułowany przez ministerialny Wydział Komunikacji Społecznej i Promocji nie może być w żadnej mierze uznany za dobrą promocję resortu.  

Niezależnie jednak od tej wpadki wizerunkowej, warto przy tej okazji przyjrzeć się szerzej instytucji tzw. delegacji stałej do sądu wyższej instancji i potrzeby jej funkcjonowania w systemie prawnym Rzeczypospolitej.

Instytucja delegowania sędziego do sądu wyższego rzędu (i odwoływania z delegacji) nie jest żadną nowością i znana jest od początku istnienia III RP. Delegacja w obecnym kształcie funkcjonuje od roku 2012, gdy wprowadzono obowiązującą do dzisiaj zasadę, że  delegacja do sądu wyższego rzędu może nastąpić jedynie w szczególnie uzasadnionych wypadkach, a warunkiem jej dokonania jest racjonalne wykorzystanie kadr i potrzeby wynikające z obciążenia.

Tyle teoria. W praktyce bowiem delegacja do sądu wyższego rzędu wcale nie występuje wyjątkowo, ale jest najbardziej typowym przypadkiem delegacji, spotykanym znacznie częściej niż delegacja do sądu równorzędnego, czy zupełnie wyjątkowa delegacja do sądu niższego. Co więcej, w wielu przypadkach występuje ona, jako naturalna (a nieraz jedyna) droga do wyższego szczebla kariery sędziowskiej.

Zacznijmy jednak od kwestii uprawnień Ministra Sprawiedliwości w zakresie delegacji zwanych potocznie stałymi, choć zwykle przyjmują one postać delegacji sześciomiesięcznych. W zasadzie można przyjąć, że minister ma pełną swobodę w zakresie powoływania i odwoływania z delegacji. Nie musi swoich decyzji uzasadniać i są one – tak jak wiele decyzji personalnych ministra – niezaskarżalne. Co prawda powinien się przy tym kierować „racjonalnym wykorzystaniem kadr sądownictwa powszechnego oraz potrzebami wynikającymi z obciążenia zadaniami”, jednakże jest to formuła na tyle pojemna, że można właściwie mówić o uznaniowości. Delegowanie i odwołanie z delegacji następuje zwykle na wniosek właściwego prezesa apelacyjnego lub okręgowego. Jest to jednak praktyka pozaustawowa, więc w istocie minister nie jest w żaden sposób uzależniony od ewentualnego wniosku w tym zakresie.

Dlatego każda decyzja o delegacji czy odwołaniu z delegacji, o ile spełnia wymogi formalne, musi być uznana za zgodną z prawem, a jej kwestionowanie – wobec braku uzasadnienia – jest właściwie niemożliwe. Nie można również podzielić tezy, iż minister nie ma uprawnień do oceny kompetencji sędziego, gdyż sam nie ma wystarczających kwalifikacji, aby pełnić urząd sędziowski. Skoro bowiem minister ma uprawnienie do swobodnego powoływania i odwoływania sędziów z delegacji, to na jakiejś podstawie musi te decyzje podejmować i siłą rzeczy wiązać się to może także z oceną osoby danego sędziego. Jest to niezależne od tego, czy w danej chwili funkcję Ministra Sprawiedliwości pełni prawnik, filozof czy choćby ślusarz. Uprawnienie do podjęcia decyzji o delegowaniu (odwołaniu z delegacji) danego sędziego i oceny zasadności takiej decyzji nie wynika bowiem z osobistych uprawnień polityka sprawującego tę funkcję, ale z ustawowych kompetencji jego urzędu.

Bardzo często zdarza się, że stała delegacja jest naturalnym szczeblem do kariery.  Sędziowie delegowani zwykle występują w konkursach na wyższe stanowisko i te konkursy często wygrywają. Osobiście również miałem okazję taką ścieżkę awansu wykorzystać. Wydaje się, że nic w tym złego, o ile warunki konkursu są równe i sprawiedliwe. Gorzej jednak, że są okręgi i apelacje, w których „ścieżka delegacyjna” jest de facto jedyną możliwością awansu, gdyż do konkursu na dane miejsce w sądzie wyższym staje zawsze tylko jeden sędzia, uprzednio tam delegowany z niższego szczebla. Brak jest badań pozwalających na stwierdzenie, dlaczego tak się dzieje. Można jednak podejrzewać, że przyczyną tego stanu rzeczy jest niekoniecznie przekonanie, że kandydat z delegacji jest najlepszym z najlepszych, ale raczej obawa, że w starciu z takim kandydatem szanse na sukces w konkursie są znikome, a skutki kandydowania wbrew woli przełożonych mogą być niekorzystne.

Tu właśnie kryje się główne niebezpieczeństwo związane z delegacjami do sądu wyższego rzędu. Po pierwsze, delegowany sędzia jest w tym zakresie całkowicie uzależniony od widzimisię polityka aktualnie pełniącego ministerialną funkcję, co widać dobitnie na przykładzie sędzi Koski-Janusz. Może być w dowolnym momencie odwołany bez podania przyczyny albo z oczywiście błahej przyczyny i nie ma żadnych szans obrony. W tym momencie potencjalna możliwość wpływania polityków na sądy jest oczywistością i dziwne, że żadne z ugrupowań rządzących od 26 lat tego nie zauważyło. Albo nie chciało zauważyć.

Po drugie, rodzi się dodatkowy stosunek zależności między prezesem danego sądu a sędzią delegowanym. Zwykle bowiem to od dobrej lub złej woli danego prezesa zależy to, czy wniosek o delegację danego sędziego zostanie złożony. Pół biedy, jeśli prezes jest osoba odpowiedzialną i kieruje się wyłącznie kryteriami merytorycznymi, ale nie ma żadnej gwarancji, że tak musi być w każdym przypadku. Słynny przykład sędziego Milewskiego wskazuje, że mogą zdarzyć się prezesi zupełnie nieodpowiedzialni. Najgorsza sytuacja jest w tych sądach, w których do konkursu na wyższe stanowisko startuje wyłącznie sędzia uprzednio delegowany. Wówczas losy kariery danego sędziego zależne są właściwie wyłącznie od dobrej woli prezesa i ministra. Jasnym jest, jak negatywnie może to wpływać na niezawisłość sędziowską.

Dodatkowym minusem delegacji do pierwszoisntancyjnych wydziałów karnych jest konieczność prowadzenia wszystkich rozpoczętych procesów od początku, w razie odwołania lub nieprzedłużenia delegacji. Zgodnie z zasadami procesu karnego skład sądu nie może ulec zmianie i w razie zakończenia delegacji sędziego, konieczne jest prowadzenie sprawy od początku. Tak zresztą stało się w przypadku sędzi Koski-Janusz – głośny proces osoby oskarżonej o szpiegostwo musi się toczyć od początku. Cierpi na tym zarówno sprawność postępowania, jak i prawo obywatela do niezależnego sądu. W tym bowiem przypadku to polityk decyduje, czy sędzia delegowany może daną sprawę dokończyć czy też nie.

W sumie zatem przepisy o delegacjach, które miały w założeniu służyć wyrównywaniu chwilowych braków kadrowych w sądach, stały się w praktyce poważnym zagrożeniem dla podstaw funkcjonowania niezależnego wymiaru sprawiedliwości. Możliwość wpływania przez polityków i przełożonych nie tylko na karierę sędziego, ale także na skład sądu w konkretnej sprawie, jest zaprzeczeniem prawa obywatela do niezależnego sądu. Dlatego przepis o delegacjach pionowych należy jak najszybciej zmienić.

Spłaszczona piramida

Trwa dyskusja dotycząca zmian zasad organizacji władzy sądowniczej. Ukazało się na ten temat szereg artykułów, a niedawno minister Zbigniew Ziobro podał publicznie główne założenia reformy. I choć oficjalnej wersji projektu tzw. dużej noweli ustawy o ustroju sądów powszechnych nadal nie ma, warto pochylić się już teraz nad głównymi koncepcjami przyświecającymi tej reformie.

Oczywiście już na wstępie natykamy się na problem podstawowy, w postaci braku konkretnej wiedzy, jak miałyby wyglądać szczegóły projektowanej reformy. Wypowiedzi polityków partii rządzącej są na tyle ogólnikowe, że właściwie trudno wydobyć z nich jakieś konkretne rozwiązania, a oficjalnych dokumentów brak. W tej sytuacji jedynym źródłem wiedzy są wystąpienia wiceministra Łukasza Piebiaka podczas obrad organów samorządu sędziowskiego czy na zjeździe Stowarzyszenia „Iustitia”. Oczywiście jest to źródło ułomne o tyle, że nadal nikt z sędziów – łącznie z autorami założeń projektu – nie wie, jaka część wstępnego projektu uzyska akceptację polityczną i przejdzie do dalszej fazy procedowania.

Nie ulega jednak wątpliwości, że podstawowym założeniem projektu reformy jest spłaszczenie struktury sądownictwa i zrównanie uprawnień wszystkich sędziów sądów powszechnych. Czy są to kierunki właściwe i jakie ewentualnie zagrożenia wiążą się z ich wprowadzeniem?

Aby odpowiedzieć na to pytanie trzeba pokrótce omówić obecną wewnętrzną strukturę sądownictwa powszechnego. Otóż wbrew dość powszechnej wśród laików opinii sędziowie nie stanowią jednolitej grupy (albo – jak to jest ostatnio modne – „kasty”) zawodowej, złączonej wspólnymi celami i interesami zawodowymi. Jest to raczej struktura oparta na klasycznej zasadzie feudalnej piramidy, gdzie każdy wyższy szczebel ma w stosunku do szczebla niższego nie tylko nadrzędny status wynikający z instancyjnej kontroli orzeczeń (co jest oczywiste i wynika z niepodważalnej zasady dwuinstancyjności), ale także uprawnienia wynikające z tzw. wewnętrznego nadzoru administracyjnego, który w niektórych jednostkach jest rozbudowany do monstrualnych rozmiarów, uniemożliwiających w zasadzie racjonalne orzekanie.

Dodatkowo uprawnienia sędziów poszczególnych szczebli w zakresie udziału w samorządzie sędziowskim znacząco różnią się od siebie. Liczący około 7000 osób korpus sędziów rejonowych ma przykładowo w zgromadzeniach apelacyjnych taką samą reprezentację, jak licząca 2600 osób grupa sędziów okręgowych i około 500-osobowa grupa sędziów apelacyjnych. Jak łatwo policzyć, głos sędziego rejonowego jest w organach samorządowych czternastokrotnie słabszy od głosu sędziego apelacyjnego i prawie trzykrotnie słabszy od głosu sędziego okręgowego. Podobne dysproporcje występują przy wyborach członków Krajowej Rady Sądownictwa.  

Jeśli do tego dodamy hierarchiczne podporządkowanie sądów na linii apelacja-okręg-rejon, w zakresie tzw. nadzoru wewnętrznego oraz fakt, że awans do sądu wyższego rzędu otrzymują często osoby wytypowane przez danego prezesa apelacyjnego lub okręgowego w ramach tzw. delegacji stałej a do konkursów na wyższe stanowiska w części sądów zgłasza się tylko jeden kandydat na jedno miejsce, obraz feudalnej struktury sądownictwa staje się pełny. Struktura ta stanowi potencjalne zagrożenie dla niezawisłości, gdyż rodzi pokusę orzekania zgodnie z oczekiwaniami przełożonych i sędziów wyższych instancji.

Tak znaczące zróżnicowanie uprawnień sędziów różnych szczebli jest zupełnie nieuzasadnione. Nie ma zwłaszcza żadnego racjonalnego argumentu, by sędziowie rejonowi, którzy na swoich barkach dźwigają gros spraw wpływających do sądów, byli aż tak bardzo dyskryminowani w stosunku do swoich kolegów z sądów wyższych szczebli. Jako sędzia sądu okręgowego w żadnej mierze nie czuję się trzykrotnie lepszy od kolegów z rejonów (ani też czterokrotnie gorszy od sędziów apelacyjnych) i nie widzę powodu utrzymywania obecnej, struktury.

Słusznym jest więc w mojej ocenie postulat zrównania statusu wszystkich sędziów. Każdy sędzia, niezależnie od szczebla,  jest w zakresie orzekania emanacją władzy państwowej i powinien mieć takie same uprawnienia. Ten postulat podnosi od lat Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” i szkoda, że nie znalazł się on wśród uchwał niedawnego Kongresu Sędziów Polskich. W każdym razie główny kierunek planowanych zmian, zasługuje więc jak najbardziej na aprobatę.

Bardziej kontrowersyjna jest kwestia tzw. spłaszczenia struktury, czyli zmniejszenia liczby szczebli sądownictwa z trzech do dwóch. Z punktu widzenia gwarancji konstytucyjnych istotnie dwa szczeble sądownictwa byłyby wystarczające, gdyż każde postępowanie powinno być – co do zasady – co najmniej dwuinstancyjne. Z drugiej jednak strony tradycja wywodząca się jeszcze z okresu międzywojennego wskazuje na potrzebę istnienia właśnie trzech szczebli sądownictwa. Co gorsza, założenia reformy wskazują na konieczność łączenia małych i średnich sądów w taki sposób, by każdy sąd piewszoinstancyjny w Polsce był podobnej wielkości (zakłada się rząd wielkości 60 sędziów), niezależnie od tego, czy jego obszar właściwości obejmuje duże miasto, czy też słabo zurbanizowane tereny wiejskie.

Nieudana reforma ministra Gowina wskazuje, że jest to pomysł niefortunny. Nie trzeba burzyć całej istniejącej struktury sądów, by osiągnąć zamierzony cel. Wystarczającym byłoby zlikwidowanie pionowej podległości służbowej między sądami różnych szczebli. Każdy sąd (przynajmniej od szczebla okręgu, a być może także od szczebla rejonu) mógłby w tej sytuacji stanowić niezależną jednostkę, podległą bezpośrednio organowi nadzorującemu (słusznie postuluje się, by nie był to organ polityczny, lecz np. I Prezes Sądu Najwyższego lub Krajowa Rada Sądownictwa)

Wielkość sądów powinna być dostosowana do warunków lokalnych. W dużych miastach powinny być sądy duże, a w małych – małe. To chyba najprostsze i najbardziej sensowne rozwiązanie, tym bardziej, że aktualna struktura sądów jest wynikiem długotrwałej walki środowisk lokalnych i samych sędziów o przywrócenie zlikwidowanych jednostek  w małych miejscowościach mi cieszy się akceptacją społeczną. Burzenie tego w imię abstrakcyjnej idei równej wielkości wszystkich sądów nie wydaje się być dobrym pomysłem.

Tworzenie sądów obejmujących po kilka powiatów naruszać może zasadę nieprzenoszalności sędziego. W myśl założeń reformy sędzia przypisany do danego okręgu będzie mógł być prawdopodobnie przerzucany, w razie potrzeby, do dowolnej filii położonej kilkadziesiąt kilometrów dalej. I nie chodzi tu o wygodę sędziego – służba nie drużba  i czasami trzeba dojeżdżać – ale o konstytucyjne gwarancje niezawisłości, bowiem istnieje ryzyko, że sędzia z jakichś powodów niewygodny może być po prostu ukarany, przez przeniesienie go daleko od miejsca zamieszkania. Wydaje się, że lepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie odpowiednich mechanizmów zachęcających do dobrowolnych delegacji, zapewniających ciągłość funkcjonowania jednostek czasowo osłabionych pod względem kadrowym (a właściwie – wzmocnienie rozwiązań obecnych, które takie mechanizmy przewidują).

Z pomysłem zburzenia dotychczasowej struktury sądów i zbudowania na gruzach nowej wiąże się jeszcze jeden problem, natury zupełnie zasadniczej. Otóż założenia reformy zakładają (przynajmniej w tej wersji, która została upubliczniona), że powołanie do nowych jednostek będzie się odbywało poprzez wręczenie nominacji przez Prezydenta RP. W środowisku sędziowskim pojawiło się duże zaniepokojenie, że taki tryb może być wykorzystany do naruszenia konstytucyjnej zasady nieusuwalności sędziego i przeprowadzenia weryfikacji sędziów niewygodnych dla obecnej władzy. Sytuacji nie poprawia fakt, że prezydent Andrzej Duda postanowił w ostatnim czasie wykorzystywać w praktyce uprawnienie do odmowy powołania na stanowisko sędziowskie, wobec czego wielu sędziów obawia się (a nawet jest o tym przekonana), że prawdziwym celem reformy jest właśnie czystka wśród sędziów. I niewiele tu pomogło dementi ze strony wiceministra Łukasza Piebiaka, który w niedawnej debacie takiej ewentualności zaprzeczył.

Nie ulega zatem wątpliwości, że w przypadku przyjęcia opcji tworzenia nowej siatki sądów należałoby zagwarantować takie rozwiązania ustawowe, które nie pozwolą politykom na wykorzystanie reformy dla przeprowadzenia weryfikacji sędziów. Najlepszym i najbezpieczniejszym rozwiązaniem byłoby automatyczne przeniesienie sędziów do nowych sądów z mocy ustawy, bez konieczności wręczania nowych nominacji, które – jak widać po ostatnich wydarzeniach –  może wiązać się z długotrwałym oczekiwaniem albo nawet w ogóle nie dojść do skutku.

W sumie zatem projekt reformy niesie za sobą nadzieję na uwolnienie sędziów liniowych od feudalnej piramidy i gorsetu nadzoru wewnętrznego. Nie można jednak zapominać o potencjalnych zagrożeniach i zadbać należy, aby reforma nie naruszała podstawowych gwarancji konstytucyjnych.