Oświadczenia majątkowe a zaufanie

Planowane zmiany w sądownictwie budzą ostatnio spore emocje nie tylko samego środowiska sędziowskiego, ale także mediów i opinii publicznej. Wśród wielu pojawiających się w tym zakresie projektów duże zainteresowanie budzi kwestia jawności oświadczeń majątkowych sędziów. W sprawie tej wypowiadają się zarówno publicyści i politycy, jak i sami sędziowie. Znamienne były ostatnio zwłaszcza wypowiedzi ministra Zbigniewa Ziobry, który dziwił się, dlaczego sędziowie opierają się publikacji oświadczeń majątkowych oraz europosła i ex-sędziego Janusza Wojciechowskiego, który doszedł nawet do dość przewrotnego wniosku, że jawność oświadczeń majątkowych zwiększy bezpieczeństwo sędziów.

Aby dalsze rozważania były zupełnie jasne, warto na początku przedstawić stan obecny i proponowane zmiany wraz z uzasadnieniem. Otóż – zapewne wbrew obiegowej opinii – nie jest tak, że sędziowie ukrywają swoje majątki. Od wielu lat funkcjonuje bowiem składania oświadczeń, w których sędziowie corocznie podają swój stan majątkowy. Nie można więc stwierdzić, że majątki są ukrywane. Zmiana polega jedynie na sposobie ich ujawniania. O ile dotychczas oświadczenia były składane prezesom apelacyjnym oraz urzędom skarbowym, teraz mają być publikowane w Internecie.

Czemu ma służyć ta „dobra zmiana”? Uzasadnienie ostatecznego projektu ustawy w wersji przyjętej przez rząd jest w tym zakresie cokolwiek lakoniczne. Zdaniem projektodawcy wprowadzenie jawności oświadczeń majątkowych sędziów ma na celu wzmocnienie zaufania do sądów jako instytucji oraz do samych sędziów. I tyle. Żadnej pogłębionej refleksji tudzież wyjaśnienia, w jaki sposób internetowe obwieszczenia miałyby wpłynąć na osiągnięcie zakładanego celu. A już w ogóle nie uzasadniono, dlaczego pierwotny projekt zakładający ujawnianie oświadczeń na wniosek zainteresowanego zastąpiono powszechną publikacją w Sieci. Cóż, najwyraźniej założono, że skoro sygnujący projekt Minister Sprawiedliwości tak zakłada, to tak musi być i kropka.

Planowane zmiany w sądownictwie budzą ostatnio spore emocje nie tylko samego środowiska sędziowskiego, ale także mediów i opinii publicznej. Wśród wielu pojawiających się w tym zakresie projektów duże zainteresowanie budzi kwestia jawności oświadczeń majątkowych sędziów. W sprawie tej wypowiadają się zarówno publicyści i politycy, jak i sami sędziowie. Znamienne były ostatnio zwłaszcza wypowiedzi ministra Zbigniewa Ziobry, który dziwił się, dlaczego sędziowie opierają się publikacji oświadczeń majątkowych oraz europosła i ex-sędziego Janusza Wojciechowskiego, który doszedł nawet do dość przewrotnego wniosku, że jawność oświadczeń majątkowych zwiększy bezpieczeństwo sędziów.

Aby dalsze rozważania były zupełnie jasne, warto na początku przedstawić stan obecny i proponowane zmiany wraz z uzasadnieniem. Otóż – zapewne wbrew obiegowej opinii – nie jest tak, że sędziowie ukrywają swoje majątki. Od wielu lat funkcjonuje bowiem składania oświadczeń, w których sędziowie corocznie podają swój stan majątkowy. Nie można więc stwierdzić, że majątki są ukrywane. Zmiana polega jedynie na sposobie ich ujawniania. O ile dotychczas oświadczenia były składane prezesom apelacyjnym oraz urzędom skarbowym, teraz mają być publikowane w Internecie.

W jaki jednak sposób mogłoby to tego dojść? Czy rzeczywiście obywatel, który pozna w Internecie stan majątku sędziego nabierze do niego większego zaufania czy wręcz przeciwnie? Obywatel, który jest przekonany o wszechobecnej korupcji czy układach i tak przecież uzna, że jeśli majątek sędziego jest – jego zdaniem – zbyt mały w stosunku do zakładanej kwoty łapówek, to część majątku została ukryta (przecież każdy głupi wie, że nie ujawnia się majątku ze źródeł nielegalnych). Z kolei gdyby trafił się akurat sędzia z większym majątkiem – byłoby to potwierdzeniem tezy o powszechnej korupcji. W przypadku zatem obywateli podejrzliwych – a przecież głównie tacy będą interesowali się oświadczeniami – zakładany cel na pewno nie zostanie osiągnięty.

W pozostałych przypadkach nie bardzo wiadomo, na co – poza prozaicznym zaspokojeniem ludzkiej ciekawości – miałyby się przydać obywatelowi informacje, czy prowadzący jego sprawę sędzia jest bogaty czy wręcz przeciwnie? Lepiej być sądzonym przez sędziego posiadającego duży majątek, czy sędziego ubogiego, który niczego istotnego się życiu nie dorobił?  Ten bogaty może być przecież z miejsca uznany za łapownika, a ten mniej zamożny – za utracjusza, który wszystko przehulał albo za oszusta, który zgromadzony nielegalnie majątek ukrywa. Tak czy inaczej, nie wydaje się, aby zakładany oficjalnie podstawowy cel nowelizacji mógł być w ten sposób osiągnięty.

Celem, który nie został wyrażony w uzasadnieniu ustawy, ale który pojawia się w wypowiedziach polityków partii rządzącej, jest także profilaktyka antykorupcyjna. Jawność majątków ma – jak się wydaje – być czynnikiem hamującym korupcję, która w wyobraźni polityków i części opinii publicznej, wbrew oczywistym faktom, jawi się jako istotny problem. Minister Ziobro wprost stwierdził, iż projekt jest szansą dla sędziów, by we własnym interesie pokazać, że nie mają żadnych tajemnic, żeby bronić się przed niesprawiedliwymi zarzutami, że zdobyli majątek nieuczciwie.

Podkreślić trzeba, że sędziowie oczywiście nie mają nic do ukrycia i są gotowi rozliczać się z zarobionych pieniędzy. Robią to zresztą od wielu lat, o czym Pan Minister doskonale wie. Do tego są jednak odpowiednie służby skarbowe, które już obecnie mają uprawnienia do badania oświadczeń i żadnych zmian w tym zakresie nie potrzeba. Wystarczy regularne kontrolowanie oświadczeń przez odpowiednie służby, należące przecież do administracji rządowej.

Zresztą sama jednorazowa informacja o majątku sędziego niczego nie przesądza, bowiem źródła tego majątku w oświadczeniach nie są podawane. Znam wielu sędziów o zróżnicowanym statusie majątkowym, jednak często źródłem majątku tych lepiej sytuowanych wcale nie jest własna pracy ale albo majątek lepiej sytuowanego współmałżonka, albo spadek. Treść jawnego oświadczenia w żadnej mierze roli profilaktycznej więc nie spełni. Co więcej, ujawnienie majątku sędziego zadłużonego po uszy potencjalne ryzyko zachowań korupcyjnych może nawet zwiększyć. Zatem i ten cel w taki sposób osiągnięty być nie może.

No i na koniec kwestia bezpieczeństwa, wykpiwana ostatnio przez posła Wojciechowskiego. Oczywiście trudno oczekiwać, aby ujawnienie majątków spowodowało masową falę włamań do domów sędziów. Nie o tego typu zagrożenia zresztą chodzi, tylko o niebezpieczeństwo ze strony podsądnych, którzy zwłaszcza w poważnych sprawach karnych do łagodnych baranków nie należą. Ale także w sprawach cywilnych nie brakuje osób niezrównoważonych, którzy swoje frustracje mogą wyładowywać na sędziach. Ukrycie danych adresowych zagrożenie to zmniejsza, ale zwłaszcza w mniejszych miejscowościach ustalenie konkretnego adresu nie jest żadnym problemem. Publiczne podanie marki samochodu sędziego również bezpieczeństwa osobistego na pewno nie zwiększa, bo ułatwia „namierzenie” danego sędziego, z ustaleniem miejsca zamieszkania włącznie. Oczywiście te dane można ustalić także w inny sposób, ale wg projektu będzie to podawane potencjalnym napastnikom na tacy.

I nie ma tu analogii z posłami czy samorządowcami, którzy po pierwsze pochodzą z wyboru, więc wyborcy mają prawo znać ich majątki, a po drugie jednak na ogół nie narażają się na co dzień osobom niebezpiecznym. I wreszcie – Panie Pośle Wojciechowski – być może w czasach gdy Pan orzekał w okręgi skierniewickim istniały wśród przestępców zasady , że sędziego się nie atakuje. Te zasady dawno już jednak odeszły w przeszłość, a znane mi osobiście ataki na sędziów, w postaci oblania kwasem czy też podpalenia samochodu bynajmniej nie zachęcają do poparcia idei pełnej jawności majątkowej.

Wbrew zatem populistycznym twierdzeniom polityków, sędziowie nie boją się ujawniania swojej sytuacji majątkowej i nie mają w tym zakresie niczego do ukrycia, ale chcą by był on ujawniany – jak dotychczas – właściwym organom państwa powołanym do kontroli. Ujawnianie oświadczeń majątkowych wszystkim zainteresowanym nie doprowadzi do założonego celu, w postaci wzrostu zaufania do sędziów, a nasze bezpieczeństwo osobiste znacząco zmniejszy.

Pieniacz polski

Polskie pieniactwo oraz lekceważenie dla porządku są pewnie tak stare jak instytucjonalny wymiar sprawiedliwości. Czytając historię staropolskiego systemu prawnego co i rusz można znaleźć przykłady długoletnich procesów toczonych z błahego powodu czy też całkowitego lekceważenia dla organów sądowych. Postać strażnika koronnego Samuela Łaszcza jest tutaj chyba najbardziej znanym przykładem historycznym. Również klasyka literatury polskiej często odwołuje się do barwnych przykładów, żeby wspomnieć słynny, trwający trzydzieści lat, proces rodziny Rzędzianów z Jaworskimi o gruszę rosnącą na miedzy czy też spór między Cześnikiem a Rejentem o mur graniczny (jak widać problemy graniczne były, podobnie jak dzisiaj, częstym powodem sporów).

Nie inaczej rzecz się ma obecnie. Praktycznie każdy sąd ma przynajmniej jednego podsądnego, zajmującego się pieniactwem w sposób stały. Najczęściej bywa ich po kilku. Zasypują oni sądy (prokuratury również) różnego rodzaju pismami, skargami i wnioskami, na ogół – mówiąc delikatnie – o dość wątpliwych podstawach faktycznych i prawnych, w pełnym przekonaniu o słuszności swoich racji. Zwykle nie zrażają się łatwo niepowodzeniami, pisząc do skutku do najróżniejszych instancji i instytucji pozasądowych, najlepiej najwyższego szczebla albo do mediów. Oczywiście nie przyjmują do wiadomości, że mogą nie mieć racji, a kolejne niepowodzenia przypisują niedouczeniu, układom czy wręcz korupcji w wymiarze sprawiedliwości.

Zjawisko to jest na tyle powszechne, że na jednym ze znanych blogów prawniczych powstał nawet katalog poszczególnych typów szkodników sądowych. I tak – z pewnym przymrużeniem oka – możemy wyróżnić m.in. „pukaczy” (którzy ze swoimi suplikami i skargami pukają do drzwi najróżniejszych instytucji, im wyżej usytuowanych w hierarchii tym lepiej, a ostatnio także coraz częściej do mediów, także tych internetowych), „skarżaki” (którzy zaskarżają każde rozstrzygnięcie czy nawet zwykłe pismo, które do nich wpływa z sądu, nie przyjmując do wiadomości, że dana czynność może nie być zaskarżalna) czy też „aferniki” (którzy w każdym niekorzystnym dla nich rozstrzygnięciu widzą efekt spisku określonych sił lub przynajmniej określonej grupy osób).

Bez wątpienia działania pieniaczy znacznie utrudniają i tak już trudne warunki pracy sądów. Obowiązujący formalizm nie pozwala w zasadzie na wyrzucenie do kosza (pardon – ad acta) nawet najbardziej oczywiście niedorzecznego czy też obraźliwego pisma, tylko nakazuje jego zarejestrowanie i rozpoznanie. Angażuje to siły i środki wymiaru sprawiedliwości na czynności de facto zupełnie zbędne, przez co załatwienie spraw poważnych ulega automatycznie opóźnieniu.

Praktyka wskazuje, że w sprawach cywilnych, nieraz zupełnie banalnych, można skutecznie nękać sąd kolejnymi wnioskami formalnymi, wydłużając postępowanie w nieskończoność. Wspomnieć tu można prostą sprawę o wpis w księdze wieczystej, w której jedna ze stron (klasyczny „skarżak”) składała zażalenie na każde rozstrzygnięcie (także wtedy gdy odwołanie nie przysługiwało), następnie zażalenie na odrzucenie zażalenia, potem wniosek o zwolnienie od kosztów tego drugiego zażalenia i zażalenie na odmowę zwolnienia z kosztów, przy czym równolegle w każdym przypadku wpływał wniosek o wyłączenie sędziego, na którego odmowę także służyło zażalenie i karuzela ze zwolnieniem od opłaty w kwocie kilkudziesięciu złotych zaczynała się od nowa. W rezultacie powstała prawdziwa piramida wniosków i zażaleń, której rozpisana struktura zajmowała kartkę formatu A-3, postępowanie utknęła na kwestiach formalnych na ponad dwa lata, angażując sądy dwóch instancji i nie zbliżając się nawet do rozpoznania kwestii merytorycznej, czyli tego, czy nowy właściciel nieruchomości został wpisany do księgi wieczystej słusznie czy też nie. I trudno się dziwić, że przy takiej procedurze, są potem pretensje o przewlekłość postępowań.

Pół biedy, jeśli działalność danego pieniacza ogranicza się do jednego rejonu sądowego. Niestety, zwłaszcza w sprawach karnych dość łatwo jest przekraczać granice rejonów, okręgów i apelacji. Wystarczy złożenie zawiadomienia o przestępstwie popełnionym przez sędziego czy prokuratora albo jeszcze lepiej – zorganizowaną grupę przestępczą sędziów i prokuratorów. Taki wniosek prowadzi do wyłączenia danych sędziów czy prokuratorów od tej sprawy (nie mogą orzekać we własnej sprawie), ale często także od rozpoznania innych spraw danej osoby. W rezultacie spraw trafia do sąsiedniej jednostki.

Przy odpowiedniej determinacji osoby zawiadamiającej można tą metodą wyłączać nie tylko rejony, ale całe okręgi czy nawet apelacje. Rekordzistką Polski w tym zakresie jest chyba pewna pani X, która rozpoczęła swoją działalność w sposób dość typowy, tj, zawiadamiając o istnieniu zorganizowanej grupy przestępczej w aparacie skarbowym. Gdy jej zawiadomienie – jako oczywiście bezzasadne – zakończyło się odmową wszczęcia śledztwa, pani X złożyła oczywiście zażalenie do miejscowego sądu i jednocześnie zawiadomienie na prokuratora, który jej zdaniem także do tej zorganizowanej grupy przestępczej należeć (to przecież oczywiste, skoro nie wszczął śledztwa). Po niekorzystnym dla skarżącej rozstrzygnięciu sądu, złożyła ona – a jakże – zawiadomienie przeciwko sędziemu oraz sekretarce, która wysłała jej zawiadomienie o posiedzeniu.

No i się zaczęło. Kolejne zawiadomienia trafiły do innej prokuratury (z uwagi na znajomości osobiste oskarżanych), zaś po umarzaniu kolejnych postępowań – pani X składała zawiadomienia o przestępstwie przeciwko każdej osobie, która się w tej sprawie pojawiła. A ponieważ swą misję traktowała poważnie, nie omieszkała także składać pozaprocesowych skarg do Ministra Sprawiedliwości, Krajowej Rady Sądownictwa czy Sądu Najwyższego. Kolejne negatywne odpowiedzi bynajmniej jej nie zrażały i tylko utwierdzały w przekonaniu o istnieniu zorganizowanej grupy przestępczej sięgającej najwyższych szczebli.

Tymczasem toczyły się kolejne postępowania prokuratorskie i sądowe, zorganizowana grupa przestępcza rozrastała się w postępie geometrycznym, a na każde zakończone postępowanie przypadały co najmniej trzy nowe zawiadomienia (prokurator, sędzia i sekretarka). W rezultacie kolejne rejony, a potem też okręgi były wyłączane od rozpoznania spraw, sprawa trafiała do miejsc coraz odleglejszych od miasta pani X, a kolejni prokuratorzy i sędziowie bezproduktywnie tracili czas na rozpoznawanie kolejnych spraw tylko po to, by za chwile samemu znaleźć się na „czarnej liście” pani X.

Gdy kilka lat temu jedna ze spraw pani X trafiła na moje biurko z zażaleniem na odmowę wszczęcia śledztwa, wyłączone były od jej rozpoznania już dwie apelacje sądowe i prokuratorskie, a trzecia była mniej więcej w połowie. Lista członków zorganizowanej grupy przestępczej rozrosła się do 6 stron drobnym drukiem (liczby nazwisk nie ustalałem). Po nieuwzględnieniu zażalenia, a także kilku kolejnych, oczywiście szybko trafiłem na „czarną listę”. Pani X złożyła zawiadomienie również przeciwko mnie i mojej protokolantce. Pewnym pocieszeniem jest fakt, że na liście znalazłem się w dobrym towarzystwie, gdyż obok sędziów i prokuratorów różnych szczebli byli tam m.in. dwaj Pierwsi Prezesi SN, kilkunastu sędziów SN, dwóch Przewodniczących KRS i trzech Ministrów Sprawiedliwości.

Dalszych losów spraw pani X niestety nie znam, gdyż nasz okręg został wkrótce wyłączony od ich rozpoznawania. Jednakże jeżeli pani X utrzyma tempo swoich działań, nie zabraknie jej determinacji ani środków na znaczki i toner do drukarki, to w przeciągu roku, może dwóch, uda jej się wyłączyć wszystkie sądy i prokuratury w Polsce, co swoją drogą stworzy ciekawy precedens prawny, o którym nie śniło się ustawodawcom.

Jak widać, zjawisko pieniactwa, choć może wydawać się pozornie nieszkodliwe, bywa jednak dosyć uciążliwe, a co najgorsze – zupełnie niepotrzebnie angażuje siły i środki aparatu państwa do zajmowania się rzeczami błahymi czy zgoła niepoważnymi. I to w sytuacji, gdy przewlekłość postępowań jest jednym z głównych (choć nie do końca słusznych) zarzutów stawianych polskim sądom.

Ostatnio okazało się niespodziewanie, że zjawisko pieniactwa dotyczyć może także prominentnych przedstawicieli aparatu władzy. Znane hasło „sąd sądem a sprawiedliwość musi być po naszej stronie” przyświecało – jak się wydaje wiceministrowi sprawiedliwości Patrykowi Jakiemu, gdy podczas rozprawy z posłem Robertem Kropiwnickim nie tylko nie zgodził się z rozstrzygnięciem w postaci odmowy odrzucenia pozwu z uwagi na zakres immunitetu poselskiego i złożył – obok przysługującego mu zażalenia – wniosek o wyłączenie sędziego, ale także zagroził sędzi prowadzącej sprawę postępowaniem dyscyplinarnym.

Jako sędziemu, nie wolno mi oczywiście wypowiadać się co do rozstrzygnięcia w danej sprawie. Nie będę więc wnikał, czy roszczenie posła Kropiwnickiego jest słuszne i czy minister Jaki naruszył jego dobra osobiste – o tym rozstrzygnie właściwy sąd. Nie będę równie oceniał, czy poseł Jaki jest w tym zakresie chroniony immunitetem cywilnym – to zadanie dla sądu odwoławczego, który będzie rozpoznawał zażalenie pana ministra. Nie będę również oceniał zasadności wniosku o wyłączenie sędziego, gdyż to zadanie dla sądu wyznaczonego zgodnie z regułami k.p.c.

Nie sposób również negować faktu, że każda strona postępowania (nawet gdy jest wiceministrem) może korzystać z takich instrumentów procesowych, jakie uważa za stosowne. Rzecz w tym, jak z nich korzysta. Straszenie sędziego przez stronę postępowaniem dyscyplinarnym jest zachowaniem na tyle częstym, że właściwie nie należałoby tym zawracać sobie głowy. Jednakże gdy czyni to wiceminister sprawiedliwości, którego przełożony ma instrumenty ustawowe, aby takie postępowanie inicjować, sprawa zaczyna wyglądać bardzo poważnie. Słusznie bowiem takie zachowanie może być potraktowane jako próba wykorzystania swego urzędu do zastraszenia sądu i uzyskania rozstrzygnięcia zgodnego ze swoimi oczekiwaniami. A to już byłby koniec niezależnego sądownictwa i początek anarchii prawnej.

Szczęśliwie minister Jaki zreflektował się (sam lub za czyjąś poradą), dość szybko wycofując się ze słów o dyscyplinarce. Jego wpis na portalu społecznościowym można nawet uznać za coś w rodzaju skruchy. Tym niemniej podkreślić należy, że – nie negując możliwości korzystania z uprawnień procesowych przez każdą ze stron – wiceminister sprawiedliwości powinien na sali sądowej świecić przykładem i bardziej ważyć słowa niż ktokolwiek inny. Wypowiedzi typu „nie mogę tolerować takiego zachowania sędzi” w ustach przeciętnego człowieka brzmią jak zwykłe nieszkodliwe pieniactwo, natomiast w ustach wiceministra sprawiedliwości, sprawującego tzw. nadzór zewnętrzny nad sądami, są groźne. I warto i tym pamiętać na przyszłość.

Sędziowie sędziom zgotowali ten los

Sytuacja władzy sądowniczej w Polsce jest coraz częściej przedmiotem zainteresowania opinii publicznej. I nie chodzi tylko o przedłużający się konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego, ale także o sądownictwo powszechne. W środowisku sędziowskim daje się zaobserwować napięcie, pojawiają się coraz to bardziej niesamowite plotki i obawy o dalsze losy trzeciej władzy. Sytuacji nie ułatwiają politycy partii rządzącej, którzy z jednej strony celują w nieprzychylnych (mówiąc delikatnie) wypowiedziach wobec środowiska sędziowskiego, a z drugiej trzymają w niepewności, jakie są ich rzeczywiste zamiary.

Pominę tu kwestię Trybunału Konstytucyjnego. Poświęcono jej wiele publikacji, w tym mojego autorstwa (np. „Demokratyczne państwo bezprawia”, rp.pl z 8 marca 2016 r.) i zapewne wiele jeszcze powstanie, więc pozostanę przy kwestiach dla przeciętnego sędziego najbliższych, czyli zmianach w ustroju sądów powszechnych.

Podstawową kwestią jest ustalenie czy zagrożenia dla niezależności sądów powszechnych są na tyle duże, że wymagają nadzwyczajnych reakcji. Czy istotnie można twierdzić, że larum grają, bo nieprzyjaciel w granicach? Czy podstawy niezależności sądów powszechnych są zagrożone? I jaka jest przyczyna tych zagrożeń?

Warto przypomnieć, że kwestia ograniczania przez dwuwładzę ustawodawczo-wykonawczą niezależności władzy sądowniczej jest znana już od lat i wielu ministrów z różnych partii już tego próbowało. Warto wspomnieć choćby ministra Krzysztofa Kwiatkowskiego, który sygnował przepisy wprowadzające m.in. oceny okresowe sędziów czy menedżerski system zarządzania sądami, podporządkowujący w istocie sferę administracji sądowej urzędnikom podległym ministrowi; ministra Jarosława Gowina, który zamroził waloryzację wynagrodzeń sędziów, a swym sztandarowym pomysłem uczynił likwidację małych sądów; czy ministra Marka Biernackiego, który zapragnął m.in. bezpośredniego dostępu do akt sądowych i ograniczenia roli sędziów rejonowych w samorządach. Nie jest dziełem przypadku, że to poseł partii poprzednio rządzącej (późniejszy wiceminister) Jerzy Kozdroń zasłynął stwierdzeniem, że państwo (rozumiane jako rząd) musi mieć nad sędziami kontrolę.

Stojąca na straży niezawisłości Krajowa Rada Sądownicza jakoś nie wpadła wówczas na pomysł zwoływania nadzwyczajnych kongresów sędziów, a zgłaszane przez środowisko postulaty kolejnych skarg konstytucyjnych nieraz ignorowała. Z kolei Trybunał Konstytucyjny niemal zawsze uznawał, że kolejne ograniczenia niezależności sądownictwa powszechnego nie naruszają bynajmniej konstytucyjnej zasady odrębności władz. W ogóle mu nie przeszkadzało np., że przedstawiciel władzy wykonawczej może zupełnie dowolnie tworzyć i znosić sądy, powoływani przez ministra dyrektorzy sądów obejmują pełną władzę nad administracją i finansami sądów (zakwestionowano tylko częściowo tryb ich odwoływania), a parlament – wbrew gwarancjom konstytucyjnym – zamraża na rok sędziowskie wynagrodzenia. Szczególnie należy zwrócić uwagę na wyrok z 15 stycznia 2009 r. (K45/07), w którym Trybunał Konstytucyjny stwierdził (niestety) konstytucyjność modelu nadzoru ministra sprawiedliwości nad działalnością administracyjną sądów powszechnych. I nie przeszkadzało mu, że wówczas minister sprawiedliwości był – tak jak obecnie – jednocześnie prokuratorem generalnym, co teraz jest istotnym argumentem przeciwko ministerialnemu nadzorowi. Oczywiście można nie zgadzać się fundamentalnie z ówczesną linią orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego, trudno jednak całkowicie ją ignorować.

Czy po zmianie władzy jesienią ubiegłego roku stosunek dwuwładzy ustawodawczo-wykonawczej do sądów powszechnych znacząco się pogorszył? W sferze werbalnej z pewnością. O ile przedstawiciele ugrupowania rządzącego uprzednio deklarowali zwykle publicznie szacunek dla odrębności władzy sądowniczej (niechlubnym wyjątkiem był minister Jarosław Gowin, snujący dziwnej treści opowieści o rzekomych sitwach istniejących, nie wiedzieć czemu, wyłącznie w małych miastach), o tyle politycy rządzący obecnie nie ukrywają swojej – delikatnie mówiąc – niechęci do sędziów i sądów, wielokrotnie dając temu wyraz w publicznych wypowiedziach.

Poza sferą werbalną specjalnych nowości w sprawie sądów powszechnych nie widać. Kwestia zasadnicza, czyli generalna zmiana ustroju, wciąż jest na etapie wstępnej koncepcji, która nie wiadomo, czy i w jakim zakresie przybierze bardziej realne kształty. Owe założenia, które zostały przedstawione środowisku sędziowskiemu, zakładające spłaszczenie struktury sądownictwa czy zrównanie uprawnień sędziów wszystkich szczebli, w mojej ocenie generalnie zasługują na poparcie i nie widzę tu powodu do rozdzierania szat. Warto zauważyć, że – wbrew rozpowszechnionym pogłoskom – założenia reformy nie przewidują np. naruszenia zasady nieusuwalności sędziów. W sumie jest tu – jak się wydaje – więcej korzyści niż zagrożeń, chociaż oczywiście jakakolwiek dyskusja o konkretnych rozwiązaniach, których jeszcze nie ma, wydaje się nieco przedwczesna.

Owszem, pojawiły się niepokojące projekty, m.in. publikacji oświadczeń majątkowych sędziów oraz poszerzenia katalogu kar dyscyplinarnych. Nie są to jednak pomysły nowe – były już swego czasu forsowane przez ministrów Gowina i Biernackiego, lecz na szczęście ich kadencje ministerialne trwały zbyt krótko, by doprowadzili te projekty do końca. Niemniej, jak na razie, realnych zagrożeń dla fundamentów niezależności sądów powszechnych nie widać, aczkolwiek sytuacja polityczna jest dynamiczna i w każdej chwili ten stan może się zmienić. Zwłaszcza że obecna władza przekonała nas już o umiejętności szybkiego wprowadzania zmian legislacyjnych.

Kwestią nową (choć nie do końca) jest odmowa powołania przez Prezydenta RP grupy dziesięciu sędziów na wyższe stanowiska. Osobiście podzielam pogląd, że jest to działanie niewłaściwe, zwłaszcza przy braku uzasadnienia takich decyzji. Sporą przesadą jest jednak twierdzenie, że nastąpiło tu jawne złamanie konstytucji. Warto bowiem zauważyć, że nie jest to pierwszy tego rodzaju przypadek w dziejach III RP. Kilka lat temu prezydent Lech Kaczyński zachował się bowiem podobnie, odmawiając powołania na stanowiska sędziowskie kilku asesorów.

Niestety, wówczas najwyższe organy władzy sądowniczej: od Naczelnego Sądu Administracyjnego poprzez Sąd Najwyższy, skończywszy na Trybunale Konstytucyjnym, umyły ręce od problemu, pozostawiając w istocie prezydentowi wolną rękę w uwzględnianiu bądź nie wniosku o powołanie na urząd sędziego. Trybunał wprost stwierdził, że jest to prerogatywa prezydencka, z której może on skorzystać bądź nie (sprawy Kpt 1/08 i K 18/09). Sąd Najwyższy (wyrok z 10 czerwca 2009 r., sygn. akt III KRS 9/08), poszedł nawet krok dalej, stwierdzając, iż w razie zgłoszenia się na wolne stanowisko sędziowskie kilku kandydatów, KRS nie powinna ograniczać liczby zgłaszanych prezydentowi wniosków jedynie do wakujących stanowisk sędziowskich. W ocenie SN, KRS nie ma bowiem decyzyjnego wpływu na obsadę wolnych stanowisk sędziowskich, bo o mianowaniu sędziów decyduje prezydent, który powinien mieć możliwość swobodnej decyzji. Notabene na tym – budzącym spore kontrowersje –orzeczeniu opiera się projekt nowej ustawy o KRS, zakładający zgłaszanie prezydentowi do wyboru dwóch kandydatów.

Jasne więc jest, że o jednoznacznym naruszeniu prawa w tym przypadku mowy być nie może. Można oczywiście ubolewać, że linia orzecznictwa nie poszła w kierunku przeciwnym, ale działanie prezydenta Dudy znajduje mocne oparcie w poglądach judykatury, o czym nie można zapominać. Oczywiście prawdą jest, że odmowa powołania na stanowisko sędziowskie powinna być stosowana w wypadkach wyjątkowych, najlepiej po uprzednim zgłoszeniu zastrzeżeń przez prezydenckiego przedstawiciela w KRS i nie powinna stawać się regułą. Niemniej – jak się wydaje – jest to kwestia zbyt częstego korzystania z wyjątkowego uprawnienia, a nie oczywiste złamanie konstytucji. Trudno prezydentowi Dudzie postawić skuteczny zarzut, że interpretuje swoje konstytucyjne uprawnienia zgodnie z linią orzecznictwa.

Można to więc podsumować krótko: sędziowie sędziom zgotowali ten los. To właśnie działalność orzecznicza najwyższych organów wymiaru sprawiedliwości umożliwiała politykom stopniowe ograniczanie niezależności trzeciej władzy, ba, nawet podpowiadała kierunek działań na przyszłość (to odnośnie do wyboru sędziów spośród kilku kandydatów). Trwało to przez lata i nic dziwnego, że politycy skwapliwie z tych możliwości skorzystali, bo z natury rzeczy każdy polityk woli mieć więcej władzy niż mniej.

Miejmy nadzieję, że ta niekorzystna tendencja zostanie odwrócona, a ostatnie wydarzenia, w postaci organizacji Kongresu Sędziów Polskich (także przez Stowarzyszenie Iustitia) czy skargi konstytucyjnej na nadzór ministra sprawiedliwości wniesionej przez KRS, okażą się światełkiem w tunelu.

Rewolucja antyfeudalna

Demokratyczne zasady wyboru członków KRS to ważny krok w kierunku likwidacji szkodliwego dla sądów systemu feudalnego. Ustawodawca musi jednak uważać – ostrzega sędzia Mariusz Królikowski.

Jeszcze chyba nigdy w historii wolnej Polski tematyka władzy sądowniczej, czy szerzej: trójpodziału władz, nie cieszyła się takim zainteresowaniem opinii publicznej jak obecnie. Liczne artykuły, programy telewizyjne, wielotysięczne manifestacje uliczne, wysoki poziom emocji – wszystko to za sprawą konfliktu wokół Trybunału Konstytucyjnego. W kwestii TK napisano i powiedziano już jednak tyle (nie wyłączając autora tych słów), że właściwie trudno wymyślić coś odkrywczego, zwłaszcza w sferze prawnej, która wydaje się zupełnie oczywista.

Dlatego warto zająć się bliżej innym segmentem władzy sądowniczej, czyli sądami powszechnymi. Przeciętny obywatel znacznie częściej ma okazję zetknąć się z sądem powszechnym, zwłaszcza na szczeblu rejonowym niż np. z TK. Organizacja i funkcjonowanie sądów powszechnych mają więc dla zwykłego człowieka o wiele większe znaczenie.

W powszechnym odczuciu sędziowie są jednolitą grupą zawodową (według niektórych polityków i komentatorów: „korporację”, „klikę”, „sitwę” lub wręcz „mafię”), której członkowie wierni są zasadzie solidarności korporacyjnej, wzajemnie się wspierają i w imię interesów korporacyjnych solidarnie stawiają opór wszelkim zmianom mającym uzdrowić sytuację w wymiarze sprawiedliwości.

Pomijając już kwestię tych rzekomych patologii i związanych z tym mitów – bo to temat na odrębny artykuł – stwierdzić trzeba, że obraz sędziów jako jednolitej korporacji jest z gruntu fałszywy. Ustrój sądów powszechnych jest bowiem skonstruowany na zasadzie typowo feudalnej drabiny, a pozycja sędziego i związane z nią uprawnienia są ściśle zależne od miejsca, jakie na tej drabinie zajmuje.

Aktualna sytuacja ustrojowa sędziów przypomina nieco pozycję szlachty w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Wówczas również stan szlachecki był teoretycznie jednolity pod względem pozycji ustrojowej, a szlachcic na zagrodzie miał być równy wojewodzie. Praktyka jednak dalece odbiegała od tego idyllicznego modelu, a przewaga grupy magnatów nad bracią szlachecką rosła, aż do całkowitego rozkładu wewnętrznego państwa.

Nie inaczej jest wśród polskich sędziów. Teoretycznie sędziowie sądów powszechnych mają równy status. Rozdział VIII Konstytucji RP nie różnicuje pozycji ustrojowej sędziów w zależności od tego, czy są sędziami sądu rejonowego, okręgowego czy apelacyjnego. Teoretycznie. W praktyce występuje zupełnie nieuzasadnione rozwarstwienie sędziów, a im wyższa pozycja w hierarchii, tym więcej waży głos danego sędziego. Rozpoznający najwięcej spraw (ok. 90 proc.) i najliczniejsi (ok. 70 proc.) sędziowie rejonowi mają najmniej do powiedzenia. W tym zakresie przewaga „magnatów” nad „drobną szlachtą” jest olbrzymia, a co najistotniejsze – zupełnie nieuzasadniona pod względem konstytucyjnym.

Wyraźnie widać to na przykładzie udziału sędziów w organach samorządu sędziowskiego, czyli zgromadzeniach okręgowych i apelacyjnych. Liczący 7000 osób korpus sędziów rejonowych ma taką samą reprezentację jak licząca 2600 osób grupa sędziów okręgowych i jedynie 500-osobowa grupa sędziów apelacyjnych. Jak łatwo policzyć, głos sędziego rejonowego jest w tym momencie czternastokrotnie słabszy od głosu sędziego apelacyjnego i prawie trzykrotnie słabszy od głosu sędziego okręgowego. W dodatku pewne istotne kompetencje – np. wybór kolegium apelacyjnego, ważnego organu funkcjonowania sądów – przypisane są wyłącznie sędziom apelacyjnym.

Sędziowska drabina feudalna jest jeszcze bardziej widoczna w wyborach do KRS. Dotychczasowe zasady wyboru wyraźnie preferowały sędziów wyższych szczebli. W skład KRS wchodzi np. z urzędu pierwszy prezes SN i dwóch wybranych sędziów SN (na ogólną liczbę 79 sędziów, co daje jeden mandat na 26 sędziów), dwóch sędziów sądów apelacyjnych (jeden mandat na 256 sędziów), siedmiu sędziów sądów okręgowych (jeden mandat na 371 sędziów) oraz tylko jeden sędzia sądu rejonowego (na ogólną liczbę około 7000 sędziów).

Jeśli do tego dodamy hierarchiczne podporządkowanie sądów na linii apelacja–okręg–rejon, wynaturzenia tzw. nadzoru wewnętrznego oraz fakt, że awans do sądu wyższego rzędu otrzymują często osoby wytypowane przez danego prezesa apelacyjnego lub okręgowego w ramach tzw. delegacji stałej, obraz feudalnej struktury sądownictwa staje się pełny. Nie ulega przy tym wątpliwości, że struktura ta jest faktycznym zagrożeniem dla niezawisłości, bo rodzi pokusę orzekania zgodnie z oczekiwaniami przełożonych i sędziów wyższych instancji.

Tak znaczące zróżnicowanie uprawnień sędziów różnych szczebli jest zupełnie nieuzasadnione. Nie ma zwłaszcza żadnego racjonalnego argumentu, by sędziowie rejonowi, którzy dźwigają na barkach większość spraw wpływających do sądów, byli aż tak bardzo dyskryminowani w stosunku do kolegów z sądów wyższych szczebli. Jako sędzia sądu okręgowego w żadnej mierze nie czuję się trzykrotnie lepszy od kolegów z rejonów i nie widzę powodu utrzymywania skostniałej, feudalnej struktury.

W ostatnim czasie z MS, a zwłaszcza od podsekretarza stanu Łukasza Piebiaka płyną zapowiedzi rewolucji antyfeudalnej. Z dotychczasowych, dość lakonicznych informacji wynika, że planowane jest m.in. zrównanie statusu wszystkich sędziów powszechnych, spłaszczenie struktury sądownictwa do dwóch szczebli czy też likwidacja większości stanowisk funkcyjnych. To byłby koniec epoki feudalizmu w polskim sądownictwie. Oczywiście nie znamy jeszcze szczegółowych rozwiązań reformy (a diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach), nie ma też pewności, czy w ogóle wejdzie ona w życie i od kiedy, jednakże co do zasady taki kierunek zmian z pewnością zasługuje na wsparcie.

W ostatnim czasie pojawił się pierwszy konkretny projekt idący w kierunku demokratyzacji stanu sędziowskiego w postaci nowelizacji ustawy o KRS. Zawiera wiele rewolucyjnych wręcz rozwiązań dotyczących zasad wyboru członków KRS. Absolutną nowością jest wprowadzenie zasady równości głosów wszystkich sędziów sądów powszechnych w wyborach tajnych, równych, bezpośrednich i powszechnych.

Dotychczasowy antydemokratyczny tryb wyborów pośrednich (przez elektorów wybieranych na zgromadzeniach), z zasadą nierówności głosów, sprawiał, że skład KRS nie był reprezentatywny dla środowiska, a wyraźną przewagę uzyskiwali w niej sędziowie wyższych szczebli. Obecnie jest szansa na prawdziwie dobrą zmianę w tym zakresie. Krokiem w dobrym kierunku, podkreślającym zasadę podziału władz, jest proponowany zakaz łączenia funkcji członka KRS z funkcją prezesa sądu. Wydaje się oczywiste, że prezesi sądów – podlegli służbowo ministrowi sprawiedliwości – nie powinni wchodzić w skład konstytucyjnego organu stojącego na straży niezawisłości sędziów i niezależności sądów.

Naturalnie pewne szczegółowe rozwiązania mogą budzić wątpliwości. Cokolwiek dziwaczny jest np. podział na okręgi wyborcze dokonany z pogwałceniem zasad logiki i geografii (np. Jelenia Góra w okręgu szczecińskim czy Warszawa-Praga w okręgu… białostockim). Najlepszym rozwiązaniem byłoby oparcie okręgów wyborczych na obecnych granicach apelacji, nawet kosztem pewnej nierówności poszczególnych okręgów.

Projektodawca, w osobie ministra sprawiedliwości, nie byłby jednak sobą, gdyby do tej beczki miodu, jaką jest projekt ustawy o KRS, nie dodał łyżki dziegciu. A właściwie – dwóch łyżek, w postaci przepisów budzących poważne wątpliwości konstytucyjne.

Negatywnie trzeba ocenić propozycję wygaszenia mandatów obecnych członków Rady w ciągu czterech miesięcy od wejścia w życie ustawy, jako oczywiście sprzeczną z art. 187 ust. 3 Konstytucji RP. Zgodnie z konstytucją kadencja wybieralnego członka Rady trwa cztery lata i nie da się jej skrócić mocą ustawy zwykłej. Naturalnie trzeba zdawać sobie sprawę z trudności praktycznych wynikających z upływu kadencji członków KRS w różnym czasie (większości w lutym i marcu 2018 r., jednego w 2020 r.) i najłatwiej byłoby przyjąć opcję zerową, ale trudności te należy rozwiązywać w sposób konstytucyjny. Nie da się niczego dobrego zbudować na złych fundamentach.

Druga kwestia – w ogóle niezwiązana z resztą projektu – to propozycja, by prezydent RP wybierał na stanowisko sędziego osobę spośród co najmniej dwóch kandydatów przedstawionych przez Radę (dotychczas przedstawiała jednego kandydata, który był powoływany przez prezydenta).

Projektowane rozwiązanie ewidentnie naruszy zasadę trójpodziału władzy, dając prezydentowi RP prawo ingerencji w funkcjonowanie władzy sądowniczej znacznie bardziej, niż wynika to z konstytucji. Rodzi to uzasadnione obawy, że sędziowie będą mianowani (a także awansowani na wyższe stanowiska) wyłącznie z motywów politycznych.

W sumie projekt nowelizacji ustawy o KRS trzeba przyjąć z mieszanymi uczuciami. Wprowadzenie demokratycznych zasad wyboru członków Rady bez wątpienia jest istotnym krokiem w kierunku likwidacji szkodliwego dla funkcjonowania sądów systemu feudalnego. Baczyć jednak trzeba, by przy okazji tej nie wprowadzać przepisów ewidentnie niekonstytucyjnych.

Demokratyczne państwo bezprawia

W ostatnim czasie, w związku z działalnością Komisji Weneckiej, powrócił temat kryzysu wokół Trybunału Konstytucyjnego. Warto zatem przypomnieć sytuację prawną, pozostawiając komentarze publicystom i politykom. Zwłaszcza że spór o Trybunał jest dość zawiły pod względem faktycznym i prawnym, więc niezrozumiały dla przeciętnego odbiorcy.

CZARNA SERIA

Pod względem prawnym sprawa jest oczywista. Orzeczenia Trybunału są bowiem ostateczne i wiążące, nawet jeśli inne organy państwa mają opinię odmienną. Potwierdziła to Komisja Wenecka we wstępnej opinii. 7 stycznia 2016 r. Trybunał Konstytucyjny umorzył postępowanie w sprawie U 8/15, dotyczące uchwał Sejmu odnoszących się do „wygaszenia” mandatów pięciu sędziów TK wybranych przez poprzedni Sejm oraz wyboru pięciu sędziów TK przez parlament obecny. W uzasadnieniu tego postanowienia podtrzymał stanowisko przyjęte w wyrokach z 3 i 9 grudnia 2015 r. (w sprawach K 34/15 i K 35/15), iż uchwały o braku mocy prawnej nie mogą być traktowane jako prawnie wiążące stwierdzenie nieważności wyboru sędziów TK dokonanego 8 października 2015 r. Innymi słowy – trzech sędziów TK (prof. Roman Hauser, prof. Andrzej Jakubecki i prof. Krzysztof Ślebzak) zostało wybranych przez poprzedni Sejm prawidłowo i powinni być dopuszczeni do orzekania. Sejm obecnej kadencji nie mógł bowiem skutecznie wygasić ich mandatów.

Długą serię działań ewidentnie bezprawnych rozpoczął Sejm obecnej kadencji, podejmując uchwałę o utracie mocy prawnej uchwał powołujących sędziów TK, de facto wygaszając ich mandaty, do czego w oczywisty sposób uprawniony nie był. Drugi krok na drodze ku państwu bezprawia Sejm uczynił na posiedzeniu 2 grudnia 2015 r., gdy na zajęte stanowiska sędziów TK powołał kolejne pięć osób, nie czekając na wyrok TK w sprawie konstytucyjności poprzednich wyborów. W tym dniu nie było jednak żadnego wolnego stanowiska sędziego TK, gdyż najbliższe zwolni się dopiero w kwietniu 2016 r. Istotnym uchybieniem było też zlekceważenie przez sejmową większość postanowienia o zabezpieczeniu wydanego przez TK, w którym wezwano Sejm do powstrzymania się od wyboru nowych sędziów do czasu wydania wyroku przez Trybunał.

Następny bezprawny krok należał już do prezydenta, który tej samej nocy przyjął ślubowanie od nowych sędziów. Oczywiście zgodnie z prawem nie mógł tego uczynić z tych samych powodów, dla których Sejm nie powinien tych osób wybierać. Polityka zwyciężyła jednak nad prawem, a sytuacja dotycząca składu TK wcale nie została uporządkowana, tylko dodatkowo zagmatwana.

Pomijam już groteskowe sceny związane z nocnymi obradami komisji sejmowej opiniującej kandydatów, nocnym zaprzysiężeniem nowych sędziów czy też ich wejście do siedziby TK w asyście funkcjonariuszy BOR (czyżby się spodziewali zbrojnego oporu prezesa Rzeplińskiego?), bo te okoliczności – choć chwytliwe medialnie – nie mają znaczenia prawnego.

Oczywiście niezgodne z konstytucją działania podjął też Sejm poprzedniej kadencji, wybierając na zapas dwóch sędziów. Błąd ten został już jednak naprawiony poprzez dopuszczenie do orzekania ich następców wybranych przez obecny Sejm zgodnie z konstytucją (choć niezupełnie zgodnie z procedurami). Ciąg błędów obecnej władzy naprawiony natomiast nie został i nie zanosi się na to.

POWINNI SIĘ TRZYMAĆ Z DALEKA

Warto odnieść się do niektórych zarzutów stawianych sędziom TK w związku z pracami nad ustawą uchwaloną przez poprzedni Sejm. Poza sporem jest, że w tworzeniu projektu ustawy brało udział trzech sędziów TK, w tym prezes prof. Andrzej Rzepliński. W mojej ocenie aktywność sędziów TK na etapie tworzenia projektu była co najmniej niefortunna. Sędziowie, których zadaniem jest oceniać zgodność aktów prawnych z konstytucją, powinni trzymać się jak najdalej od procesu legislacyjnego i nad treścią przepisów pochylać się dopiero w momencie wpłynięcia skargi konstytucyjnej. Ich udział w pracach legislacyjnych, nawet w formie opiniowania poszczególnych rozwiązań, może podważać zaufanie do bezstronności sędziów TK i godzi w ogólny prestiż społeczny Trybunału. Tak było np. przy nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych, która w 2012 r. zamroziła wynagrodzenia sędziowskie, gdy tekst ustawy uwzględniał uwagi prezesa TK, który następnie uczestniczył w wydaniu orzeczenia stwierdzającego konstytucyjność tejże ustawy. Dlatego nie powinno się mieszać ról legislatora i sędziego konstytucyjnego.

Nie jest to jednak wystarczająca przesłanka, by dezawuować instytucję Trybunału i nie liczyć się z jego orzeczeniami. Najbardziej kontrowersyjny przepis ustawy czerwcowej, zakładający wybór na zapas dwóch sędziów, został bowiem wprowadzony przez posłów PO w toku prac komisji sejmowej, co w żadnej mierze nie obciąża sędziów TK pracujących nad ustawą. To samo dotyczy innych niekorzystnych zmian w projekcie, m.in. usuwających możliwość zgłaszania kandydatów przez środowiska naukowe i prawnicze, a nie tylko polityków, oraz pozwalających na wybór aktualnych posłów i senatorów.REKLAMAabout:blank

Trybunał stanął przed trudnym wyborem. Znowelizowana w grudniu ustawa, jak na ironię zwana naprawczą, niczego nie naprawiła, tylko skomplikowała i tak trudną sytuację prawną. Zakłada bowiem m.in. konieczność orzekania w pełnym składzie minimum 13 sędziów, podczas gdy uprawnionych do orzekania jest obecnie 12 (sędziowie wybrani w sposób oczywiście bezprawny do orzekania dopuszczeni być nie powinni). Obstrukcja prezydenta Dudy w przyjęciu ślubowania od prawidłowo wybranych sędziów sprawia, że w ciągu najbliższych pięciu lat skład TK może nie osiągnąć wymaganej liczby 13 osób, chyba że Trybunał w końcu zaakceptuje bezprawny wybór trzech sędziów przez obecny parlament.

CZY ZDECYDUJE STRAŻ TRYBUNALSKA

Z kolei konieczność orzekania według kolejności wpływu, i to z sześciomiesięcznym terminem oczekiwania, sprawi, że najistotniejsze skargi nie będą mogły być rozpoznane w dającym się przewidzieć terminie, bo zaległość w rozpoznawaniu spraw w TK przekracza obecnie roczny wpływ. Trybunał może zatem albo zignorować nowelizację „naprawczą” i orzekać, opierając się bezpośrednio na konstytucji, albo przestać orzekać w ogóle. Wygląda na to, że z dwojga złego wybierze ten pierwszy wariant. I słusznie, choć z pewnością takie rozwiązanie będą kwestionować politycy partii rządzącej.REKLAMAabout:blank

Nie widać, niestety, wyjścia z tej sytuacji. Oczywiście właściwy krok powinien należeć do prezydenta – bezpośrednio po publikacji wyroku z 3 grudnia powinien niezwłocznie (niekoniecznie w nocy) odebrać ślubowanie od sędziów Romana Hausera, Andrzeja Jakubeckiego i Krzysztofa Ślebzaka. Alternatywą (prawnie niemożliwą do poparcia) jest tylko zaakceptowanie stanu bezprawia, które w ten sposób stanie się prawem.

Prezydent Duda uważa konflikt za rozwiązany, a skład TK za pełny, niezależnie od kolejnych orzeczeń, które ten pogląd podważają. W rezultacie dochodzi do paradoksalnej sytuacji, że liczba powołanych – prawnie i bezprawnie – sędziów przewyższa liczbę krzeseł w Trybunale. I można tu ironicznie zauważyć, że los ustroju Polski spoczywa w rękach funkcjonariusza Straży Trybunalskiej, który podejmie decyzję o wpuszczeniu – bądź nie – poszczególnych osób na salę rozpraw.

Mówiąc poważnie, skutki zamieszania są zdecydowanie negatywne. Przede wszystkim godzi w autorytet Trybunału i władzy sądowniczej w ogóle. Politycy obu spierających się frakcji wyrażają przekonanie, że miejsca w Trybunale powinny się stać partyjnym łupem, który należy obsadzić „swoimi” sędziami. Zrobili to zarówno politycy PO, obsadzając „na zapas” etaty zwalniane w grudniu, jak i politycy PiS, próbując mianować pięciu – zamiast dwóch – sędziów. Takie plemienne rozumienie roli TK jest ewidentnie szkodliwe, bo jak można mieć zaufanie do bezstronności sędziów traktowanych jak funkcjonariusze partyjni.REKLAMAabout:blank

Niemniej wydaje się, że demokracja, rozumiana ściśle, zagrożona nie jest. Rządzi bowiem partia, która w demokratycznych wyborach uzyskała większość, oraz prezydent, który również uzyskał bezwzględną większość oddanych głosów. Nic nie wskazuje na to, aby reguły demokratycznych wyborów miały zostać naruszone. Demokracji nie można jednak rozpatrywać w oderwaniu od praworządności. Demokratyczne państwo prawne oznacza bowiem nie tylko rządu większości, ale także działanie organów władzy publicznej na podstawie i w granicach prawa, a nadto ustrój państwa opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Nie jest zatem dopuszczalne działanie jakiegokolwiek organu władzy, choćby posiadającego tak duży demokratyczny mandat jak prezydent RP, w sposób zupełnie dowolny, bez podstawy prawnej i przy naruszeniu kompetencji innych władz. W innym przypadku Polska pozostanie demokratycznym państwem bezprawia.

Krajobraz po reformie Gowina

Bez fanfar i zbytniego rozgłosu kończy się właśnie sprawa likwidacji małych sądów w ramach tzw. reformy Gowina. Z „pozytywnej szajby” byłego ministra sprawiedliwości pozostało niewiele.

Od 1 stycznia 2016 r. minister sprawiedliwości zamierza przywrócić ostatni ze zlikwidowanych przez Jarosława Gowina sądów, który spełnia warunki do przywrócenia – Sąd Rejonowy w Strzyżowie. Tym samym trwale zlikwidowane pozostaną tylko trzy z 79 sądów dotkniętych „pozytywną szajbą” byłego ministra.

Tak oto kończy się historia, na której ówczesny minister sprawiedliwości Jarosław Gowin postanowił zbić kapitał polityczny poprzez likwidację pewnej liczby (początkowo miało to być 120, później 79) najmniejszych polskich sądów. Oczywiście towarzyszyła temu akcja propagandowa, mająca uzasadnić zmiany. Podstawowym celem zniesienia małych sądów miała być likwidacja lokalnych sitw i układów, które – z nieznanych bliżej powodów – ulokować się miały właśnie w najmniejszych jednostkach, liczących do dziewięciu etatów sędziowskich. Według słów ministra Gowina dobroczynne skutki likwidacji miały polegać także na przyspieszeniu postępowań sądowych – a jakże – o jedną trzecią, poprawieniu organizacji pracy w ramach efektu synergii, oszczędnościach z likwidacji stanowisk prezesów i zabraniu im służbowych limuzyn.

WIEDZIAŁ NAJLEPIEJ

Jak zwykle w podobnych przypadkach minister kompletnie nie brał pod uwagę głosów krytyki, płynących ze środowisk lokalnych, a także od sędziów (w tym ze Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia), wskazujących na iluzoryczność korzyści i realne zagrożenia. Każda krytyka była uznawana za przejaw rozpaczliwej obrony ze strony sitwy i jedynie utwierdzała ministra w przekonaniu do własnych działań. Ignorował przy tym całkowicie względy geograficzne, komunikacyjne i społeczne. Nie wziął nawet pod uwagę tej oczywistej prawdy, że problemy organizacyjne generują zwykle sądy

Szybko się okazało, że ignorowane przez ministra zastrzeżenia były słuszne. Nie nastąpił spodziewany efekt synergii, gdyż nie mógł nastąpić przy indywidualnym, a nie zespołowym systemie pracy sędziów i połączeniu jednostek odległych od siebie o kilkadziesiąt kilometrów. Nie udało się zwiększyć efektywności o legendarną już jedną trzecią, wręcz przeciwnie – nastąpił jej spadek, co wyraźnie widać w analizie statystyk za lata 2012–2013.

Nie nastąpiły też żadne istotne oszczędności, natomiast bezpośrednie koszty likwidacji (wymiana pieczątek, szyldów itp.) była szacowana na kilka milionów złotych. Kosztów pośrednich, związanych z przesyłaniem akt, korespondencji czy przejazdami, nikt nawet nie próbował oszacować. O kosztach społecznych już nawet nie wspomnę.

Wystąpiły natomiast skutki negatywne. Przez pierwszy miesiąc zamieszanie organizacyjne nie pozwalało na normalne funkcjonowanie sądów. Wkrótce pojawiła się wątpliwość – oparta na uzasadnieniu orzeczenia Sądu Najwyższego – czy przeniesienia w ogóle były skuteczne, bo nie zostały podpisane osobiście przez ministra, tylko przez podsekretarzy stanu. Skutkowało to masowym powstrzymywaniem się sędziów od orzekania, wskutek czego praca 51 jednostek zamiejscowych została na kilka miesięcy w mniejszym lub większym stopniu sparaliżowana.

Kilkuset nieprawidłowo przeniesionych sędziów złożyło odwołania do Sądu Najwyższego. Ostatecznie nad wątpliwościami co do prawidłowości aktów przeniesienia musiał się pochylić pełen skład Sądu Najwyższego, co jest sytuacją niezwykle rzadką i świadczy o powadze problemu prawnego. Notabene ostatecznie się okazało, że akt przeniesienia sędziego nie może być podpisany przez wiceministra. W sprawę został również zaangażowany Trybunał Konstytucyjny, do którego wpłynęło pytanie prawne w tym zakresie.

FATALNY BILANS

Szybko stało się oczywiste, że bilans zysków i strat „reformy” ministra Gowina jest zdecydowanie negatywny. Dopóki jednak Jarosław Gowin pełnił swą ministerialną funkcję, z uporem godnym lepszej sprawy skutecznie blokował wszelkie zmiany. Pierwsza próba reaktywacji małych sądów oparta na obywatelskim projekcie ustawy, okazała się nieskuteczna, gdyż spotkała się z wetem prezydenta Komorowskiego.

Druga próba – oparta na projekcie prezydenckim – zakończyła się pełnym sukcesem. Minister Marek Biernacki przywrócił bowiem 41 sądów, których reaktywacja była obligatoryjna, a minister Cezary Grabarczyk – kolejne 34 sądy. Minister Borys Budka zapowiedział przywrócenie ostatniego ze zlikwidowanych sądów.

Nasuwają się w tym momencie dwie niewesołe refleksje. Po pierwsze, jak widać, resort sprawiedliwości dzielnie walczy ze skutkami zjawisk, które sam wywołał. Oczywiście walka ta jest jak najbardziej słuszna, ale czyż nie lepiej byłoby jednak podejmować działania bardziej przemyślane, przy uwzględnieniu głosu osób, które lepiej znają się na funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości niż doktor filozofii pełniący funkcję ministra?

WINNYCH NIE MA

Po drugie, jak zwykle w takich wypadkach politycy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności politycznej, a tym bardziej prawnej za realizację swoich nieudanych pomysłów. Minister Jarosław Gowin, co prawda, został odwołany ze swojej funkcji, ale z przyczyn ideologicznych, a nie z powodu nieudanej reformy. Nadal chętnie występuje w mediach, dostał biorące miejsce na liście wyborczej do Sejmu, a ostatnio także tekę ministra nauki i szkolnictwa wyższego w nowym rządzie. Mógł nawet wybrać, bo proponowano mu podobno także funkcję ministra obrony narodowej.

Ciągle jeszcze politycy, niezależnie od opcji partyjnej (minister Gowin zmienił wszak w międzyczasie barwy klubowe), mają przyzwolenie na zupełnie dowolne i nieprzemyślane eksperymentowanie na żywej tkance społecznej dla zyskania chwilowego poklasku, nie ponosząc przy tym żadnej odpowiedzialności za swoje błędy. To nie nastraja zbyt optymistycznie na przyszłość.

Walec dwuwładzy udało się powtrzymać. Raz

Nie cichnie gorąca dyskusja na temat niezależności władzy sądowniczej, zwłaszcza w kontekście obsady stanowisk sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Padają zarzuty naruszenia zasad demokratycznego państwa prawnego czy zamachu na niezależność władzy sądowniczej. Nie odnosząc się do bieżącej polityki, warto jednak przypomnieć niedawną historię zmian ustawy – Prawo o ustroju sądów powszechnych, która w istotny sposób uderzała w niezależność władzy sądowniczej. Mimo to została przeforsowana przez rządzącą wówczas dwuwładzę wbrew wszelkim apelom i ostrzeżeniom – pisze Mariusz Królikowski, sędzia SO w Płocku.

Warto ją przytoczyć, zwłaszcza że wówczas ta zmiana ustawowa nie budziła przesadnego zainteresowania mediów i opinii publicznej.

14 października 2015 r. Trybunał Konstytucyjny orzekł o niezgodności z Konstytucją RP nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych, zwanej – od nazwiska ówczesnego ministra wnoszącego ten projekt – Lex Biernacki (Kp 1/15). Trybunał stwierdził, że przyznanie ministrowi sprawiedliwości prawa żądania akt każdej sprawy prowadzonej przez każdy sąd oraz wglądu w te akta jest niezgodne z konstytucją. Forsowana przez Ministerstwo Sprawiedliwości ustawa została zaskarżona w trybie prewencyjnym przez prezydenta RP Bronisława Komorowskiego. Warto zaznaczyć, że był to jedyny od niemal ośmiu lat przypadek, gdy Trybunał Konstytucyjny uwzględnił w istotnej części skargę dotyczącą rządowego projektu zmian ustroju sądów.

Skąd jednak tytułowa „dwuwładza”? Istotnie, konstytucja takiej formuły nie przewiduje, zakładając w teorii rozdzielność władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Jednak praktyka legislacyjna podczas prac nad tą nowelizacją wyraźnie pokazuje, że rozdzielność władzy ustawodawczej i wykonawczej w praktyce nie występuje, zaś równorzędną pozycję władzy sądowniczej można włożyć między bajki. Mało tego – władza ustawodawcza nie pełni wcale funkcji kontrolnej wobec władzy wykonawczej, lecz w praktyce tej władzy podlega. Dotyczy to niestety także pełnego podporządkowania procesu legislacyjnego władzy wykonawczej. Dlatego – choć może to zgorszyć niektórych konstytucjonalistów – w pełni uzasadnione jest posługiwanie się stwierdzeniem o dwuwładzy lub władzy wykonawczo-ustawodawczej.

Jak to wyglądało w pracach nad omawianą nowelizacją? Przede wszystkim dla posłów rządzącej wówczas Platformy Obywatelskiej projekt rządowy okazał się świętością. Zarówno w Sejmie, jak i w Senacie nie było mowy o wprowadzeniu do niego żadnej zmiany bez zgody obecnego na posiedzeniu komisji przedstawiciela Ministerstwa Sprawiedliwości.

Zupełnie inaczej posłowie i senatorowie traktowali natomiast tzw. wrzutki legislacyjne, których istotą było zgłaszanie nowelizacji opracowanych przez ministerialnych urzędników formalnie jako poprawek poselskich. W rezultacie ominięto cały wielomiesięczny proces konsultacji, a dane rozwiązanie trafiło do projektu ustawy – dotyczącego pierwotnie zupełnie innych kwestii – już na etapie prac podkomisji, z pominięciem wszystkich wcześniejszych kroków.

Wrzutki legislacyjne pojawiły się w toku prac nad tą ustawą kilkakrotnie. Pierwsza dotyczyła pozbawienia sędziów sądów rejonowych zwrotu kosztów przejazdu do siedziby sądu. Druga – przyznania podsekretarzom stanu uprawnień władczych wobec sądów i sędziów, które dotychczas – zgodnie z uchwałą Sądu Najwyższego z 28 stycznia 2014 r. (BSA-I-4110-4/13) – przysługiwały wyłącznie ministrowi konstytucyjnemu. Szczęśliwie ówczesny minister Cezary Grabarczyk zaapelował o odrzucenie tej drugiej wrzutki i – jak się nietrudno domyślić – posłowie skwapliwie przychylili się do tej prośby. Trzecia wrzutka dotyczyła umożliwienia ministrowi dostępu do akt sądowych i systemów informatycznych sądów. I to ona stała się podstawą późniejszej skargi konstytucyjnej.

We wszystkich przypadkach nawet nie próbowano ukrywać, że jest to w istocie projekt rządowy. Poseł Robert Kropiwnicki (PO), który poprawki zgłaszał, nie był zbytnio zorientowany co do ich treści, a uzasadnianiem zmian zajmował się obecny na posiedzeniu ówczesny wiceminister Wojciech Hajduk.

Oczywiście, parlamentarzyści działali zgodnie z wytycznymi wiceministra i projekt – przy niewielkim zainteresowaniu, bo w dyskusji przy pustej sali wzięło udział tylko sześciu posłów – został miażdżącą większością głosów przyjęty w Sejmie. Pewna komplikacja pojawiła się na etapie prac w Senacie, bowiem zastrzeżenia zgłosił generalny inspektor ochrony danych osobowych, z którym dotąd treści wrzutki nie konsultowano. Senatorowie PO stanęli jednak na wysokości stawianego im przez rząd zadania i wszystkie zastrzeżenia zlekceważyli.

Szczęśliwie dla demokratycznego państwa prawnego na tym sprawa się nie zakończyła. Trzy główne stowarzyszenia sędziowskie: „Iustitia”, „Themis” i Stowarzyszenie Sędziów Rodzinnych złożyły do prezydenta Komorowskiego wspólny apel o zawetowanie ustawy bądź skierowanie jej do prewencyjnej kontroli przez Trybunał Konstytucyjny. Podobny wniosek wynikał z listów protestacyjnych podpisywanych przez sędziów z całej Polski. Istotną rolę odegrała także Krajowa Rada Sądownictwa, która zgłosiła zastrzeżenia do projektu i wniosła o jego skierowanie do TK. Protestowały także organizacje broniące praw człowieka, m.in. Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Zastrzeżenia podtrzymał też GIODO.

Strona rządowa walczyła jednak do końca. Ministerstwo Sprawiedliwości publikowało fałszujące rzeczywistość komunikaty, które były na bieżąco dementowane przez Stowarzyszenie „Iustitia”. Należący do KRS senatorowie opublikowali nawet – nieznane polskiemu prawu – zdania odrębne od krytycznej uchwały KRS, notabene ogłaszane na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości. Stało się to kolejnym przejawem istnienia w praktyce jednolitej władzy wykonawczo-ustawodawczej.

Ostatecznie prezydent Komorowski – ku zdumieniu polityków ze swojej macierzystej partii i ministerialnych urzędników – zdecydował o skierowaniu sprawy do Trybunału Konstytucyjnego. Jak wiemy, z pozytywnym skutkiem. I choć trybunał zakwestionował ostatecznie tylko jeden z sześciu krytykowanych przez środowisko sędziowskie przepisów (i ograniczył stosowanie drugiego), to jest to pierwszy od wielu lat przypadek, gdy głos naszego środowiska został wzięty pod uwagę. Dotychczas bowiem walec dwuwładzy miażdżył wszelki opór: rządowe pomysły dotyczące sądownictwa były – co do zasady – uchwalane bez zastrzeżeń i akceptowane przez Trybunał Konstytucyjny.

I tu nasuwa się refleksja o „plemiennym” charakterze naszej polityki. Bo jak nazwać sytuację, gdy jakiekolwiek racjonalne argumenty, które padają podczas prac legislacyjnych, trafiają w próżnię, a rola posła z partii rządzącej ogranicza się jedynie do posłusznego wykonywania instrukcji ministerialnych urzędników? Zbudowaliśmy przez 25 lat model władzy aroganckiej, niechętnie słuchającej głosu fachowców. Warto na to zwracać uwagę politykom każdej partii rządzącej. Zwłaszcza że – jak niestety widać – zmiana władzy wcale nie prowadzi do poprawy stylu stanowienia prawa.

Groteskowa rozgrywka o Trybunał Konstytucyjny

Jako sędzia sądu powszechnego nie mam specjalnych powodów, by orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego darzyć szczególną sympatią, zwłaszcza w okresie sprawowania prezesury przez prof. Andrzeja Rzeplińskiego. Z przykrością muszę stwierdzić, że orzecznictwo TK pod jego przewodnictwem systematycznie przesuwało granice niezależności władzy sądowniczej na korzyść władzy ustawodawczej i wykonawczej. Zatem wobec ostatnich wydarzeń dotyczących TK warto stanąć po stronie dobra i słuszności, możliwie bezstronnie ustosunkowując się do zamieszania związanego z tym organem.

Od lat dobór sędziów Trybunału Konstytucyjnego ma charakter polityczny, ponieważ zgodnie z konstytucją są oni powoływani przez Sejm. Co więcej, prawo do zgłaszania kandydatów mieli i mają wyłącznie posłowie. W rezultacie zawsze przyjmowane są kandydatury zgłaszane przez aktualną większość sejmową. Tak było w latach 2005–2007, gdy sędziów TK powoływała koalicja PiS–LPR–Samoobrona oraz w latach 2007–2015, gdy byli oni powoływani przez koalicję PO–PSL.

Wybór dokonany przez posłów określonej opcji politycznej nie oznacza, że dany sędzia musi być bezwzględnie posłuszny rekomendującej go partii. Niemniej politycy są głęboko zainteresowani obsadzeniem Trybunału przez „swoich” sędziów, którzy – przynajmniej pod względem światopoglądowym – będą bliscy programowi partii aktualnie rządzącej.

W roku 2015 doszło do specyficznej sytuacji. Kadencje trzech sędziów Trybunału (Marii Gintowt-Jankowicz, Wojciecha Hermelińskiego i Marka Kotlinowskiego) upływały 6 listopada, czyli w okresie między kadencjami Sejmu, gdyż ostatnie posiedzenie poprzedniej kadencji odbyło się w dniach 8–9 października, a pierwsze posiedzenie nowego Sejmu zaczęło się 13 listopada.

Taka sytuacja mogła rodzić wątpliwości: której kadencji Sejm powinien dokonać wyboru na trzy zwalniane stanowiska? Zgodnie z praktyką, która zakładała wybór sędziów przed upływem kadencji ich poprzedników, wyboru powinien dokonać Sejm poprzedniej kadencji. Inna sytuacja doprowadziłaby do naruszenia zasady ciągłości składu Trybunału, gdyż nowy Sejm żadną miarą nie zdołałby wybrać trzech sędziów przed 6 listopada 2015 r. I – gdyby tak się stało – zapewne nie byłoby obecnego zamieszania. Niestety, posłowie Platformy Obywatelskiej postanowili pójść o krok dalej i obsadzić w poprzedniej kadencji także dwa kolejne stanowiska sędziowskie, które zostaną zwolnione w dniach 2 i 8 grudnia 2015 r. przez prof. Teresę Liszcz i prof. Zbigniewa Cieślaka.

Skok PO na Trybunał zakończył się pełnym powodzeniem. Nowa ustawa weszła w życie 30 sierpnia, a w dniu 8 października Sejm VII kadencji wybrał nie trzech, ale pięciu nowych sędziów Trybunału.

Nie było to możliwe pod rządami dotychczasowej ustawy, zatem ówczesna sejmowa większość 25 czerwca 2015 r. uchwaliła nową ustawę o Trybunale, która (w art. 137) przewidywała specjalny tryb powoływania sędziów na stanowiska zwolnione w roku 2015, ustanawiając termin do zgłaszania kandydatów na dzień 30 sierpnia tego roku. Skutkowało to możliwością dokonania w poprzedniej kadencji wyboru także na dwa dodatkowe stanowiska sędziowskie zwalniane w grudniu 2015 roku.

Nowe regulacje wywołały zastrzeżenia natury konstytucyjnej, zwłaszcza w zakresie powołania dwóch dodatkowych sędziów, ale także w innych kwestiach, które wykraczają poza ramy niniejszego artykułu. Poseł Robert Kropiwnicki (PO) wszelkie zastrzeżenia skwitował jednak stwierdzeniem: „Proszę się nie bać, dla wszystkich wystarczy”. Trudno o bardziej wymowne podsumowanie podejścia do TK w ramach podziału politycznych łupów.

Po wyborach dotychczasowa opozycja stała się partią rządzącą, a partia przez osiem lat sprawująca władzę zasiadła w ławach opozycji. Trudno się dziwić, że jedną z pierwszych inicjatyw nowej partii rządzącej było uregulowanie kwestii ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Niestety, sposób, w jaki politycy PiS to zrobili, nie tylko – wbrew ich deklaracjom – nie uporządkował sytuacji, ale wręcz dodatkowo ją skomplikował.

Przede wszystkim zwraca uwagę tryb uchwalenia tej ustawy. Nie tylko nie została ona poddana konsultacjom, ale niezwykła szybkość jej uchwalenia – całość procesu legislacyjnego trwała łącznie siedem dni – urąga zasadom prawidłowej legislacji, zwłaszcza w tak istotnej ustrojowo kwestii.

Ważniejsza jest jednak treść nowej ustawy. Treść, która wzbudza równie wielkie wątpliwości konstytucyjne, jak poprzednia ustawa autorstwa PO, a w dodatku stwarza sytuację pata konstytucyjnego, z którego niezwykle trudno będzie wybrnąć. Przez pospieszną pracę nad projektem sami politycy PiS nie zauważyli, jakiej treści przepisy w istocie uchwalili. Treść ustawy bowiem – czytana literalnie – w istotny sposób rozmija się z deklarowanymi intencjami projektodawców.

Po pierwsze, nowa ustawa nie daje prezydentowi uprawnienia do odmowy przyjęcia ślubowania od sędziów wybranych w październiku. Przeciwnie – możliwości działania ze strony prezydenta zostają w nowym stanie prawnym istotnie ograniczone. Zgodnie z nowym brzmieniem art. 21 ust. 1 ustawy osoba wybrana na stanowisko sędziego składa ślubowanie wobec prezydenta RP w terminie 30 dni od wyboru. Oznacza to, że nowy sędzia ma obowiązek złożyć ślubowanie, a prezydent musi przyjąć to ślubowanie w terminie 30 dni. Tym samym prezydent nie będzie mógł stosować obstrukcji w postaci przewlekania momentu przyjęcia ślubowania – dotychczas taką możliwość miał i z niej korzystał.

Po drugie, brak złożenia ślubowania w terminie 30 dni nie oznacza wygaśnięcia mandatu wybranego sędziego. Nigdzie taki rygor nie jest zapisany, wobec czego termin ten należy rozumieć jedynie instrukcyjnie.

Po trzecie, nowa ustawa nie przewiduje wygaśnięcia z mocy prawa mandatów pięciu sędziów wybranych w październiku 2015 roku. Przepis art. 137a nowej ustawy przewiduje jedynie specjalny termin do zgłaszania kandydatów na stanowiska opróżniane w roku 2015 (termin ten wynosi siedem dni od wejścia w życie ustawy, czyli upływa 11 grudnia 2015 roku, podczas gdy w innych przypadkach jest to 30 dni przed wygaśnięciem kadencji danego sędziego). Przepis ten – wbrew deklarowanej w mediach intencji projektodawców – nie stwarza uprawnienia do ponownego wyboru pięciu sędziów TK. Określa tylko termin zgłaszania kandydatur na zwalniane stanowiska. Problem polega na tym, że sędziowie na te stanowiska zostali już wybrani, wobec czego – o ile sami nie zrzekną się urzędu – przepis ten pozostanie martwy, bo w roku 2015 nie pozostanie żadne wolne stanowisko sędziowskie do obsadzenia w trybie nowej ustawy.

Co jednak najistotniejsze, nowelizacja ustawy o TK nie działa wstecz. Żaden przepis przejściowy tak nie stanowi i stanowić nie może. Tym samym nowa ustawa nie niweluje skuteczności wyboru sędziów TK dokonanego w październiku i nie otwiera drogi do powołania nowych sędziów, o ile dotychczasowi sędziowie sami nie zrzekną się urzędu. Dotyczy to zarówno trzech sędziów, których wybór nie budzi wątpliwości konstytucyjnych, jak i dwóch sędziów „grudniowych”, których wybór takie wątpliwości może budzić.

Pozostaje kwestia dalszego postępowania w tej sprawie. Zgodnie z literalną wykładnią nowej ustawy nic istotnego zmienić się nie powinno. Prezydent powinien niezwłocznie przyjąć ślubowanie od sędziów wybranych w październiku 2015 roku (bo termin 30 dni od wyboru już upłynął), w przeciwnym bowiem razie naraża się na zarzut niedopełnienia obowiązków. Wybór nowych sędziów nie będzie możliwy, bo żadne nowe stanowisko się nie zwolni. Kolejny sędzia TK zostanie wybrany na mocy nowej ustawy dopiero w kwietniu 2016 r., po wygaśnięciu kadencji prof. Mirosława Granata.

To wariant optymistyczny. Rządząca większość nie po to zmieniała ustawę, żeby nic się nie zmieniło. Może się zatem pojawić taka interpretacja nowej ustawy, która pozwoli wykorzystać przepis o skróconym terminie składania kandydatur do wyłonienia nowej grupy sędziów. Wówczas może powstać poważny problem konstytucyjny, gdyż liczba wybranych sędziów będzie większa niż dopuszczalny 15-osobowy skład TK.

Sposobem wyjścia z pata mogłoby być złożenie rezygnacji z urzędu przez sędziów mających objąć swe urzędy w grudniu 2015 roku (czyli prof. Bronisława Sitka i prof. Jana Sokalę), ale to ich osobista decyzja. Innym pomysłem jest złożenie ślubowania przez wybranych sędziów w formie pisemnej i przesłanie roty ślubowania listem poleconym za zwrotnym poświadczeniem odbioru. Albo nawet wykorzystać do złożenia ślubowania przypadkowe spotkanie z prezydentem Andrzejem Dudą.

Są to koncepcje nielicujące z powagą Trybunału. Jednakże to przecież politycy obu głównych partii sprowadzili poważną sprawę do poziomu groteski, więc być może wizja sędziów TK, ścigających prezydenta po sejmowych korytarzach w celu złożenia ślubowania, przystaje do poziomu naszej polityki.

Sędziowski immunitet – przedwyborczy bubel

19 września weszła w życie ustawa, która zakłada możliwość zrzeczenia się immunitetu w sprawie wykroczeń drogowych m. in. posłów, senatorów i prokuratorów. W toku prac sejmowych (w drugim czytaniu) analogiczne rozwiązanie wprowadzono także dla sędziów. Na nic zdały się cierpliwe tłumaczenia prawniczych ekspertów, parlamentarzyści byli już ogarnięci przedwyborczą gorączką i głosowali za prawem sprzecznym z konstytucją.

Możliwości zrzeczenia się immunitetu przez jego posiadacza, zwłaszcza w sprawach o wykroczenia drogowe, spotkała się na ogół z przychylnym przyjęciem opinii publicznej, mediów i samych zainteresowanych środowisk. Przeważały opinie, że wreszcie skończy się epoka świętych krów ukrywających się za immunitetem, a w najlepszym razie za długotrwałą procedurą uchylania immunitetu, tak jak parlamentarzyści.

JUŻ LEPSZY MANDAT

Przy okazji pojawiły się w mediach opinie, że spośród osób objętych immunitetem sędziowie najczęściej popełniają wykroczenia drogowe, co jest jednak pewnym przekłamaniem statystycznym. Biorąc bowiem np. pod uwagę liczbę sędziów (ponad 10 tys.) i parlamentarzystów (560), przeciętny sędzia popełnia wykroczenia drogowe trzykrotnie rzadziej od przeciętnego parlamentarzysty, aczkolwiek ze smutkiem trzeba stwierdzić, że i tak liczba tych zdarzeń drogowych z udziałem sędziów jest zbyt duża. Środowisko sędziowskie, zwłaszcza sędziowie skupieni w Stowarzyszeniu Iustitia, generalnie nie ma nic przeciwko umożliwieniu sędziom przyjęcia mandatu karnego za wykroczenia drogowe (oczywiście w sytuacjach niespornych).

Taka możliwość byłaby w większości przypadków jak najbardziej korzystna dla sędziów. Mało która bowiem z osób postronnych zdaje sobie sprawę, że regulacje dotyczące wykroczeń popełnianych przez sędziów wcale nie prowadzą do ich bezkarności. Za popełnione wykroczenie może bowiem grozić sędziemu odpowiedzialność dyscyplinarna, a ta wiąże się z dodatkowymi konsekwencjami – przede wszystkim wydłuża o trzy lata okres oczekiwania na kolejną stawkę awansową.

Konsekwencje tego są nader dotkliwe, bo w ten sposób już do końca kariery ukarany sędzia będzie otrzymywał stawki awansowe o trzy lata później niż jego niekarani koledzy z takim samym stażem. W rezultacie koszt popełnienia wykroczenia drogowego, które spotka się z następstwem w postaci kary dyscyplinarnej, może sięgnąć kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych w ciągu całej kariery sędziowskiej.

TRZY RAZY PRZECIW KONSTYTUCJI

Przyznać trzeba, że w takim wypadku trudno zaiste mówić o bezkarności świętych krów. I nie mogą dziwić przypadki sędziów, którzy w razie wykrycia wykroczenia drogowego ukrywają swój zawód i płacą normalnie mandaty, co notabene – jako oczywiste naruszenie prawa – również kończy się postępowaniami dyscyplinarnymi.

Nie oznacza to jednak aprobaty dla zmian wprowadzonych wspomnianą ustawą z 10 lipca 2015 r. Jak zwykle bowiem diabeł tkwi w szczegółach, a analiza tych szczegółów pozwala na stwierdzenie, że mamy do czynienia z kolejnym bublem prawnym, pośpiesznie uchwalonym na potrzeby nadchodzącej kampanii wyborczej. Taka zmiana ustawy narusza przede wszystkim w sposób oczywisty normę wynikającą z art. 181 Konstytucji RP, zgodnie z którym sędzia nie może być bez uprzedniej zgody sądu określonego w ustawie pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Tym samym – w przeciwieństwie do parlamentarzystów, którym konstytucja to umożliwia – sędziowie nie mogą zrzec się immunitetu ani w sprawach o przestępstwa, ani o wykroczenia. Druga istotna wątpliwość natury konstytucyjnej dotyczy kwestii podwójnej karalności. W odniesieniu bowiem do prokuratorów ustawodawca przewidział, że przyjęcie mandatu wyklucza odpowiedzialność dyscyplinarną. Jest to rozwiązanie logiczne, bo taki popełniający wykroczenie drogowe prokurator będzie mógł wybrać: albo przyjęcie mandatu karnego, albo ryzyko odpowiedzialności dyscyplinarnej.

Niestety, dla sędziów pospiesznie przyjęta poprawka poselska takiego rozwiązania z nieznanych powodów nie zawiera. Stwarza to paradoksalną sytuację, w której sędzia może wybrać pomiędzy mandatem i dyscyplinarką a samą odpowiedzialnością dyscyplinarną. Trudno powiedzieć, dlaczego sędziowie zostali w tak specyficzny sposób wyróżnieni, ale w dość oczywisty sposób narusza to zakaz podwójnego karania za ten sam czyn. Notabene trudno sobie wyobrazić, aby ktokolwiek zdecydował się na taką podwójną odpowiedzialność, więc przepis w tym brzmieniu i tak będzie martwy.

Trzecia wątpliwość dotyczyła faktu, że poprawka nie odnosiłaby się do sędziów Sądu Najwyższego, sądów administracyjnych i sądów wojskowych, którzy z niezrozumiałych względów ponosiliby odpowiedzialność za wykroczenia drogowe na innych zasadach niż sędziowie sądów powszechnych.

Sprzeczność proponowanych rozwiązań z konstytucją szybko dostrzegli parlamentarni eksperci. Biuro Analiz Sejmowych już w kwietniu 2015 r. alarmowało, że poprawka dotycząca sędziów jest niezgodna z konstytucją. Również fachowcy z Biura Legislacyjnego Senatu zwrócili uwagę na jej niekonstytucyjność.

Rozpatrujące projekt komisje sejmowe i senackie wzięły sobie te uwagi do serca i rekomendowały odrzucenie tej kontrowersyjnej poprawki. Cóż z tego, skoro na plenarnych posiedzeniach Sejmu i Senatu została przyjęta przygniatającą większością głosów. Na niekonstytucyjność uchwalonej nowelizacji nie zwrócił też uwagi prezydent RP Andrzej Duda i ustawę podpisał.

Cóż, przedwyborcza gorączka najwyraźniej sprzyjała populistycznym pomysłom, a kwestie zgodności stanowionego prawa z konstytucją zeszły niestety na dalszy plan. Pozostaje nadzieja, że niekonstytucyjny przepis dotyczący sędziów zostanie skutecznie zaskarżony do TK przez uprawniony podmiot, w szczególności Krajową Radę Sądownictwa lub rzecznika praw obywatelskich.

OD HIPOTETYCZNYCH DO REALNYCH

Pojawia się w tej sytuacji pytanie, czy immunitet jest w ogóle sędziom potrzebny i czy nie powinien być całkowicie zniesiony. Często uprawnienie to jest przedstawiane jako nieuzasadniony przywilej służący sędziom naruszającym prawo do uniknięcia odpowiedzialności.

To pokutujące w sporej części opinii publicznej przekonanie opiera się jednak na błędnych przesłankach. Immunitet bowiem nie ma służyć bezkarności sędziów – jego podstawowym celem jest zapewnienie sędziemu wolności od bezprawnych nacisków podległych politykom służb. Jest to zatem instytucja służąca przede wszystkim zapewnieniu społeczeństwu prawa do niezależnego sądu. Można sobie bowiem wyobrazić sędziego prowadzącego sprawę ważnego polityka, którego nękają bezpodstawnymi mandatami za rzekome wykroczenia drogowe służby podległe temu politykowi. Jeszcze łatwiej sobie wyobrazić tę sytuację w skali lokalnej – sędziego prowadzącego np. sprawę burmistrza nęka straż miejska podległa temuż burmistrzowi. Oczywiście tego rodzaju hipotetyczne sytuacje będą należały do rzadkości. W zdecydowanej większości chodzić będzie o zwykłe, niesporne wykroczenia drogowe. Warto jednak pamiętać, że konsekwencją całkowitego zniesienia immunitetu byłoby otwarcie drogi do takich właśnie bezprawnych nacisków.  Dlatego też należy się opowiedzieć za zmianą prawa w kierunku umożliwiającym sędziemu – w sytuacjach bezspornych – przyjęcie mandatu karnego, co jednak wymagałoby zmiany art. 181 konstytucji. Natomiast postulat całkowitej likwidacji immunitetu jest niesłuszny, bo trzeba zapewnić obywatelom prawo do rzetelnego i wolnego od nacisków postępowania sądowego.